Strona Główna I Psychologia miłości I Badania I Refleksje

... i wiele innych tematów!
Lubisz czytać o psychologii ?

Otrzymuj powiadomienia o nowych tekstach na blogu tak jak ponad tysiąc zapisanych już osób :D



Pamiętaj proszę, aby następnie potwierdzić Twoje zgłoszenie w mailu aktywującym.

Depresja kobiety w trakcie ciąży niekorzystnie wpływa na dziecko

niedziela, 7 lutego 2010 6 komentarze

Dzieci ze środowisk miejskich, których matki cierpiały na depresję w trakcie ciąży, częściej niż inne dzieci w późniejszym życiu okazywały antyspołeczne zachowania, w tym zachowania z użyciem przemocy.

Idąc dalej, kobiety, które były agresywne i destrukcyjne w swojej własnej młodości, są bardziej skłonne do popadania w depresję w trakcie ciąży. W ten sposób, jeśli nic nie zrobimy, koło może się zamykać.


Do takich ostatecznych wniosków doszli badacze z Cardiff University, King's College London i University of Bristol. Badania ukazały się w styczniowo-lutowym wydaniu czasopisma "Child Development" ("Rozwój dziecka").

"Bardzo wiele uwagi przykłada się do tego, czy matka jest w depresji, kiedy jej dziecko się urodzi, ale depresja w trakcie ciąży - również wpływa na dziecko, które się jeszcze nie urodziło" - mówi profesor Dale F. Hay z Cardiff University.

Badanie polegało na tym, że przeprowadzono wywiady ze 120 brytyjskimi kobietami, pochodzących ze ścisłych centrów miast. Wywiady były przeprowadzane, gdy kobiety były w ciąży, po urodzeniu przez nie dziecka, i gdy dzieci miały 4, 11 i 16 lat. Są to tak zwane badania podłużne, ponieważ przez wiele lat wciąż obserwuje się tych samych ludzi, dzięki czemu widać co dzieje się u tych konkretnych osób.

Okazało się, że kobiety, które były w depresji podczas ciąży - czterokrotnie częściej później posiadały dzieci, które w wieku 16 lat dopuszczały się zachowań antyspołecznych w tym przemocy. To samo tyczyło się i dziewczynek i chłopców. Z kolei depresja matek w trakcie ciąży powiązana była z ich własnych agresywnym stylem bycia w młodości.

Badacze zapewniają, że w tym związku nie ma znaczenia ani status społeczny rodziny, wykształcenie, ani przynależność etniczna; nie ma znaczenia również inteligencja matki, czy depresja przebyta w innym okresie jej życia niż ciąża. Dlaczego jednak tak się dzieje, że to depresja w ciąży jest powodem antyspołecznych zachowań dzieci, tego jeszcze nie wiedzą.

Profesor Hay sugeruje, żeby kobiety w ciąży, które cierpią na depresję były obdarzane szczególnym wsparciem.


---
Aby przerwać ten łańcuch przyczynowo-skutkowy "depresja matki w ciąży - antyspołeczne zachowania dziecka w młodości - a gdy dorasta i zachodzi w ciążę, popada w depresję i tak dalej" najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się być szczególna troska o kobiety w ciąży, które są w depresji.

Kontrolne badania kobiety w ciąży nie powinny zatem ograniczać się jedynie do sprawdzenia "fizycznego stanu" ciała. Umysł i ciało matki są ze sobą sprzężone, dlatego czasami to, czego nie widać może mieć większe znaczenie dla szczęścia dziecka niż to co wykryje usg.

W tym miejscu chciałbym podnieść apel do panów (mężów, partnerów): jeśli zauważycie, że Wasze kobiety w ciąży przez dłuższy czas są w stanie obniżonego nastroju, nie zostawiajcie ich samych w cierpieniu, wspierajcie je, zachęćcie do udania się na konsultację psychologiczną, bo to może być depresja, która, jeśli nie będzie leczona, również wpłynie na Wasze dzieci ...



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Na podstawie tekstu z ScienceDaily.

Czytaj dalej >>

O małżeńskich relacjach ukrytych w słowach...

piątek, 5 lutego 2010 4 komentarze

To, czy małżonkowie są szczęśliwi w związku, można wywnioskować z tego, jakich słów używają rozmawiając o trudnościach, które napotykają w życiu.

Przeczytajcie co odkryli na ten temat badacze ludzkiej psychiki z University of California w Berkeley.

Naukowcy z UC Berkeley postanowili przeanalizować rozmowy stu pięćdziesięciu czterech małżeństw w średnim i starszym wieku.

Małżonkowie mówili na temat punktów spornych w swoich związkach, nie oszukujmy się, w każdym związku prędzej czy później takie się pojawiają. Badacze zauważyli jednak, że ci małżonkowie, którzy w konwersacjach używali słów takich jak: "my", "nasz" i "nas" - odnosili się wobec siebie bardziej pozytywnie i okazywali mniej stresu.

Ci małżonkowie, którzy uwypuklali w rozmowach swoją "odrębność" poprzez używanie słów takich jak "ja", "mi", lub "ty" odczuwali mniejszą satysfakcję z małżeństwa. Szczególnie widoczne to było w przypadku starszych małżeństw. Wypowiedzi wskazujące na niezależność partnerów silnie skorelowane były z nieszczęśliwym małżeństwem.

Okazało się również, że starsze małżeństwa dużo częściej identyfikowały się jako "my" w porównaniu z małżeństwami z młodszym stażem.

"Indywidualność jest głęboko zakorzenioną wartością w amerykańskim społeczeństwie, ale przynajmniej w związku małżeńskim warto jest częściowo z niej zrezygnować na rzecz tego, co ważne dla obojga partnerów" - mówi psychologii Robert Levenson, współautor badań.

Związek pomiędzy używaniem przez pary słów wskazujących na współpracę lub niezależność - a poziomem satysfakcji małżeńskiej jest bardzo widoczny u młodych par.

W ugruntowanych już małżeństwach dodatkowo sposób mówienia skorelowany jest z emocjami i fizjologicznymi reakcjami, które mają miejsce wtedy, gdy partnerzy działają razem lub każdy na własną rękę w obliczu pojawiających się trudności.

"Używanie słowa 'my' jest naturalnym następstwem poczucia partnerstwa, 'grania w tej samej drużynie' i zaufania, że w przypadku problemów można stawić im czoła razem." - mówi współautor badań Benjamin Seider.

-----
Istotą małżeństwa czy związku jest to, aby współdzielić swój los i być ze sobą na dobre i na złe. Razem rzeczy dobre smakują jeszcze lepiej, a trudności stają się łatwiejsze do pokonania.

Kiedy w związku pojawiają się niesnaski, niepotrzebne gierki, kłótnie - warto o nich porozmawiać i postarać się wspólnie zaradzić przyczynom nieporozumień.

Czasami warto też rozważyć wybranie się na psychoterapię par, która może pomóc odnaleźć się związkowi po przejściach - pod warunkiem jednak, że obie strony związku pragną zmiany na lepsze ...



A czy Wy zwróciliście uwagę na to, jakich słów używacie rozmawiając z partnerem / partnerką o życiowych trudnościach ?



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Na podstawie tekstu z ScienceDaily, dostępnego w oryginale tutaj. Konsultacja językowa z: Tomasz.Ch

Czytaj dalej >>

Raz, dwa, trzy… dziś oprawcą będziesz ty - czyli o dobrych ludziach, którzy czynią zło

czwartek, 4 lutego 2010 9 komentarze

Autorką tekstu jest Aleksandra Jóźwik.

Nie tak dawno świat obiegły wiadomości o tym, że żołnierze amerykańcy, na rozkaz oficerów, brutalnie traktowali i upokarzali osadzonych w więzieniu Irakijczyków. Znęcając się nad nimi, robili zdjęcia, dopuszczali się najróżniejszych form fizycznej i psychicznej przemocy (mimo, że większość osadzonych przetrzymywana była jedynie na podstawie podejrzeń, bez konkretnych zarzutów).

Fakt ten dziwić może szczególnie dlatego, że strażnicy więzienni, byli zwykłymi, normalnymi ludźmi, mieli domy, rodziny, byli zdrowi psychicznie i wbrew pozorom - wcale nie byli psychopatami. Również wydarzenia II wojny światowej, w szczególności holocaust i masowe morderstwa, których sprawcami byli w większości przeciętni ludzie, wzorowi ojcowie i mężowie, nadały nowy wymiar myśleniu o złu i o człowieku, jako jego sprawcy...


A gdyby Tobie zadano pytanie „jaki jest człowiek”? Gdybyś choć w kilku słowach miał opisać jego naturę? Jakich przymiotników byś użył? Jesteśmy raczej dobrzy, czy źli? W swoich działaniach podążamy za tym co sami myślimy, czy za tym co mówią inni? I dlaczego to właśnie ludzie ludziom potrafią czasami zgotować okrutny los?

Dzisiaj chciałabym przedstawić kilka eksperymentów, które są próbą odpowiedzi na te właśnie pytania. Badania prowadzone przez Philipa Zimbardo i Stanleya Milgrama szokują, ponieważ podważają głęboko zakorzenione w nas przekonania o tym jacy jesteśmy. Dziś prawdopodobnie, żaden z badaczy nie zdecydował by się na przeprowadzenie eksperymentu podobnego do tego, który wydarzył się w piwnicach Uniwersytetu Stanforda. O etycznych aspektach eksperymentów, które zamierzam przywołać napisano wiele…wiele złego. Niezaprzeczalnym jest jednak to, że wniosły one do świata nauki (nie tylko psychologii), jeśli nie jednoznaczne odpowiedzi na postawione przeze mnie na początku pytania, to pewną refleksję nad nami samymi. Czy smutną? Oceńcie sami.
-----

Badania Zimbardo, dotyczące psychologicznych efektów przebywania w warunkach więziennych, przeprowadzone zostały w piwnicach Uniwersytetu Stanforda ponad 30 lat temu. Celem stworzenia warunków jak najbardziej zbliżonych do tych panujących w więzieniu, pomieszczenia specjalnie przystosowano: wymieniono w tym celu drzwi trzech sal zastępując je stalowymi kratami. Końce 9 metrowego korytarza, stanowiącego „główny dziedziniec” zabito deskami. Urządzono również trzy inne pomieszczenia: przebieralnię dla strażników, pokój wartownika oraz biuro dyrektora więzienia. Przełożonym obiektu został sam Zimbardo, lecz jak sam później stwierdził było to „poważnym błędem w założeniach” i zaangażowało go zbyt emocjonalnie w eksperyment. Uczestnikami eksperymentu byli studenci, którzy za opłatą zgodzili się dobrowolnie wziąć w nim udział. Zostali oni jednak uprzednio przebadani pod kątem ich kryminalnej przeszłości i ewentualnych problemów psychicznych.

Z 70 chętnych wybrano ostatecznie 24 osoby, które następnie losowo przydzielono do dwóch grup: „strażników”, lub „więźniów”. Strażnicy otrzymali odpowiednie umundurowanie, pałki policyjne i czarne okulary uniemożliwiające kontakt wzrokowy z więźniami. Przed badaniem zostali poinstruowani jak powinni się zachowywać. Powiedziano im, że mają stać na straży prawa i porządku a pałki policyjne traktować jedynie jako symboliczną broń. Niedopuszczalne było jedynie użycie siły fizycznej, reszta pozostawała w ich gestii.

Więźniowie z kolei zostali aresztowani przez policję we własnych domach. Przedstawiono im zarzuty (napad z bronią w ręku i włamanie), odczytano prawa i skutych kajdankami odwieziono do pobliskiego komisariatu (policja zgodziła się współpracować z badaczami). Na miejscu ich spisano, zdjęto odciski palców i zamknięto w celi, przewiązując uprzednio oczy.

„Więźniowie” zostali odeskortowani do „uniwersyteckiego więzienia”, gdzie po przywitaniu przez naczelnika i powtórzeniu ciążących na nich zarzutów, zostali dokładnie przeszukani i rozebrani do naga. Następnie poddano ich procesowi odwszenia za pomocą aerozolu i oznaczono specjalnymi numerami.

W miarę trwania eksperymentu, w „więzieniu” zaczęły się dziać coraz okrutniejsze rzeczy. W krótkim czasie grupa normalnych studentów, którzy dobrowolnie wzięli udział w eksperymencie, przeistoczyła się w strażników więziennych, czerpiących przyjemność ze znieważania i prześladowania "więźniów". Więźniowie z kolei stali się bezwolni i dali się poniżać. Czterech z „osadzonych” zareagowało załamaniem emocjonalnym, a u jednego stres spowodował wysypkę psychosomatyczną. Eksperyment, który pierwotnie trwać miał 14 dni przerwano już 6 dnia z dwóch powodów. Strażnicy zaczęli dopuszczać się coraz bardziej gorszących praktyk, m.in. zmuszając więźniów do odgrywania aktów homoseksualnych. Ponadto, Christiana Maslach, doktor ze Stanfordu (później została żoną Zimbardo), stanowczo sprzeciwiła się eksperymentowi, po tym jak przeanalizowała jego zgubny wpływ na psychikę więźniów. Była to pierwsza osoba, która podważyła etyczną stronę eksperymentu.

„Miałem to nieszczęście, że zostałem wciągnięty do udziału w tych zbrodniach wojennych. Przestępstwa te doszły do skutku nie z mojej woli. Nie chciałem uśmiercać ludzi”. Tak skomentował swoją zbrodniczą działalność wysokiej rangi nazistowski urzędnik - Adolf Eichmann. Stwierdzenie to może dziwić, jednak w obliczu badań Milgrama nad posłuszeństwem wobec autorytetu, nabiera nieco innego znaczenia.


Czy aby stać się bezlitośnie okrutnym dla innych trzeba posiadać jakąś szczególną osobowość? Czy też wystarczą jedyne pewne specyficzne okoliczności?


Milgram w swoim eksperymencie uznał za taką okoliczność posłuszeństwo wobec autorytetu. W badaniu udział wzięły 3 osoby. Pierwszą był eksperymentator, mający uosabiać kompetencje, władze i autorytet. Następnie na drodze pozorowanego losowania przypisano pozostałym dwóm uczestnikom rolę „ucznia” i „nauczyciela”. Prawdziwy cel badania nie został ujawniony, badanemu powiedziano, że sprawdzany jest „wpływ kary na proces uczenia się”. W rzeczywistości „uczeń” był współpracownikiem eksperymentatora, o czym „nauczyciel”, czyli faktyczny badany, nie miał pojęcia. Zadaniem „nauczyciela” było czytanie uczniowi listy par słów (np. "miły-dzień", "niebieska-skrzynka" itp.), a następnie sprawdzenie, jak wiele z tych par uczeń zapamiętał.

Faza sprawdzająca polegać miała na tym, że nauczyciel czyta pierwsze słowo z pary, następnie cztery słowa-propozycje, z których uczeń ma wybrać słowo prawidłowe (przyciskając jeden z czterech guzików). W przypadku nieprawidłowej odpowiedzi, zadaniem nauczyciela było wymierzenie kary („wstrząsu elektrycznego”) „uczniowi”. Wstrząsy elektryczne obejmowały zakres od 15 do 450 woltów. Poza liczbą woltów na urządzeniu widoczne były także opisy, uszeregowane od określenia „lekki wstrząs” do „niebezpieczeństwo: bardzo ciężki wstrząs”. Przed rozpoczęciem badania „nauczyciel” otrzymywał jeden próbny wstrząs elektryczny o napięciu 45 V, który był odczuwany jako dość bolesny. Eksperymentator polecił badanym, aby zwiększali napięcie wstrząsu o 15 woltów za każdym razem, gdy uczeń się pomyli, lub nie zareaguje.

Zadaniem ucznia było udawanie, że otrzymuje wstrząsy elektryczne. Jego wypowiedzi za każdym razem były takie same i dostosowane do siły wstrząsu (odtwarzano je z taśmy): 15-90 V – Auu, 120 V – Auuu! "To rzeczywiście boli", 150 V – "AAuuuu! Eksperymentatorze! Już dosyć, Proszę mnie stąd zabrać. Mówię panu mam kłopoty z sercem. Serce zaczyna mi już dokuczać. Proszę mnie stąd zabrać. Serce zaczyna mi dokuczać. Odmawiam dalszego udziału w tym. Pozwólcie mi wyjść."

Przy silniejszych wstrząsach uczeń miał histerycznie i głośno krzyczeć. Od pewnego momentu przestawał reagować – w sali panowała wtedy złowroga cisza. Jeśli w pewnym momencie „nauczyciel” zwracał się do eksperymentatora z wątpliwościami co do dalszego kontynuowania wstrząsów, eksperymentator odpowiadał:

1. "Proszę kontynuować"
2. "Eksperyment wymaga aby to kontynuować"
3. "Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne"
4. "Nie masz innego wyboru, musisz kontynuować"


Czy zastanawiacie się jak wielu „nauczycieli” zastosowało najsilniejszy, śmiertelny wstrząs? Wyniki tych badań do dziś szokują. Psychologowie poproszeni przez eksperymentem o oszacowanie wyniku, podawali, że wstrząs o sile 450 woltów zaaplikuje jedynie 1% „nauczycieli”. Mylili się. Okazało się, że 2/3 badanych nie odmówiło posłuszeństwa eksperymentatorowi, dochodząc do wartości 450 woltów.

Co sprawia, że normalni ludzie są zdolni do takiego okrucieństwa? Zimbardo uważa, że zło rodzi się szczególnie wtedy, gdy zaczynami spostrzegać innych ludzi jako odmieńców (skazańców, homoseksualistów, Żydów). W specyficznych okolicznościach, zaczynamy ich postrzegać jako wrogów, przedmioty, którymi możemy gardzić, a kiedy staną się dla nas robactwem, należy ich upokorzyć, zadać ból, wywołać cierpienie. Krzywda odmieńca nie wzbudza negatywnych odczuć, bo to „nie człowiek”, tylko „czarnuch”, „brudny Żyd”, „pedał”.

W eksperymencie Milgrama badani wpadli w kilka pułapek, które w naturalnych warunkach, miałyby niestety tragiczne konsekwencje. „Nauczyciel” miał przekonanie, że nie jest on bezpośrednio odpowiedzialny za ból jakiego doznaje „uczeń”. Bierze przecież udział w profesjonalnie przygotowanym badaniu i ma do czynienia z badaczem, który z całą pewnością „wie co robi”. Taka sytuacja stwarza okazję do zrzeczenia się odpowiedzialności za konsekwencje naszych działań. Na początku autorytet wydaje się sprawiedliwy i rozsądny, „przecież 15 woltów to niewiele”- zdają się myśleć badani. Jednak stopniowo podnosi się próg wymagań, eksperymentator staje się coraz bardziej wymagający, co prowadzi do dezorientacji i bezmyślnego posłuszeństwa, a psychologiczne koszty zrezygnowania z eksperymentu wydają się dość wysokie („zobowiązałem się”, „przeze mnie eksperyment się nie uda”). Badani protestują, dzięki czemu zachowują dobre mniemanie o sobie.

Dzisiaj wiemy już, że w kulturze istnieją czynniki, które przygotowują nas do „wypełniania rozkazów” i to niezależnie od tego jak absurdalne nam się one mogą wydawać, z reguły-spełniamy je. Zwłaszcza wtedy, gdy „zwierzchnik” dysponuje niekwestionowaną władzą i autorytetem. Niewątpliwie posłuszeństwo jest gwarantem społecznego ładu, lecz należy mieć także świadomość nadużyć , których może być przyczyną. Obydwa eksperymenty pokazują bezsprzecznie, jak łatwo można zastawić złe pułapki na dobrych ludzi oraz to, jak mało o sobie wiemy.

Aleksandra Jóźwik

(Dla zainteresowanych: film „Cicha furia. Stanfordzki eksperyment więzienny”)

Bibliografia:

1. Aronson, E., Alert, R.M., Wilson, T.D.(1997). Psychologia społeczna. Serce i umysł. Poznań, Zysk i S-ka
2. Bruner, S.J. (2008). W imię posłuszeństwa. Charaktery, nr 3
3. Zimbardo, P. (2008). Sytuacje, które prowokują zło. Charaktery, nr 7
4. Zimbardo, P. (2002). Psychologia i życie. Warszawa, PWN

Czytaj dalej >>

Fobia społeczna - silny lęk przed ludźmi

środa, 3 lutego 2010 4 komentarze

Autorką tekstu jest Monika Wilk.

Uczucie znane niektórym z nas. Przyspieszone bicie serca, spocone dłonie, mięśnie napięte tak, jakby ktoś chwycił nas mocną ręką za żołądek i nie chciał puścić. Gonitwa chaotycznych myśli lub zupełna pustka.

Nie dam rady. Jestem do niczego.


Prawie każdy doświadczył w swoim życiu podobnych odczuć, gdy stawał twarzą w twarz z surowym egzaminatorem lub przed ważnym spotkaniem, na którym miał zabrać głos, tuż przed rozmową, od której wiele zależało, czy też przed wejściem do sali pełnej nieznajomych. Wielu profesjonalnych aktorów i muzyków przyznaje się do odczuwania tremy przed każdym wystąpieniem. W codziennym życiu ludzi teoretycznie nie związanych ze sceną również tremy nie brakuje.

Teoretycznie. Wielu filozofów i myślicieli przedstawiało świat jako wielką scenę, na której każdy z nas odgrywa teatr swojego życia. W różnych kontekstach odgrywamy różne role, przybieramy wykwintne pozy, staramy się dobrze posługiwać rekwizytami, pięknie modulować głos, by wyraził dokładnie to, co chcemy – nie mniej i nie więcej.

W teatrze życia, jak w każdym innym, nieodłącznym elementem jest publiczność. Po co grać, skoro nikt nie patrzy. Teatr życia ma jednak tą specyficzną cechę, że każdy kto się w nim znajduje, jest jednocześnie widzem i aktorem. Obserwuje, co robią inni i wyrabia sobie na ten temat określone zdanie, klaszcze lub wygwizduje. Jednocześnie on sam jest motorem akcji i sam podlega ocenie. Nie zawsze wypadnie tak, jakby chciał, nie zawsze zdobędzie serca widzów, nie zawsze zasłuży na uznanie. To stąd rodzi się trema. Wyrasta z poczucia, że mogę nie dać rady, nie spodobać się, nie ukazać się w korzystnych świetle, że mogą mnie wygwizdać i więcej na mój spektakl nie przyjść.

W życiu codziennym, w niszowym teatrzyku ludzkiej egzystencji, trema przybiera formę lęku społecznego. Jak sama nazwa wskazuje, jest to taki rodzaj lęku, który nieodłącznie związany jest z obecnością innych ludzi, a bardziej szczegółowo – z ich tendencją do oceniania naszej osoby i naszego działania. Człowiek doświadczający lęku społecznego jest przeświadczony, że jest przez innych wnikliwie obserwowany i poddawany surowej ocenie. Jednocześnie w głębi serca wierzy, że formułowana przez nich ocena nie jest dla niego korzystna, że zawodzi oczekiwania, nie osiąga standardów, nie staje na wysokości zadania. Patrząc na siebie oczyma innych, widzi osobę nieatrakcyjną, niezgrabną, nudną i sztampową. Napełnia go to smutkiem i obawą.

Sytuacjami najczęściej generującymi lęk społeczny są publiczne wystąpienia, spotkania formalne i nieformalne, poznawanie nowych osób i konfrontowanie się z nowymi sytuacjami, w których nie do końca wiadomo, jak się zachować. Silnie lękotwórczo działają sytuacje wymagające asertywnego zachowania, jak zwrócenie do sklepu wadliwego towaru, oparcie się wpływowi nachalnego sprzedawcy, obrona własnych poglądów, szczególnie tych sprzecznych z opinią otoczenia. Ostatnią kategorią są zwykłe czynności wykonywane w obecności innych: jedzenie w restauracji, praca we wspólnym pokoju, taniec w dyskotece. Żadna z wymienionych czynności nie jest przyczyną dyskomfortu, gdy dokonuje się w samotności lub w otoczeniu najbliższych osób.

Odczuwanie lęku w większości wymienionych sytuacji wydaje się mieć swoje racjonalne podłoże. Może się przecież zdarzyć, że odczyt nie spodoba się zebranym studentom, egzaminator nie uzna naszej odpowiedzi za wystarczająco dobrą, a nowo poznane osoby przylepią nam etykietkę mało interesujących i pozbawionych poczucia humoru. Odczuwanie lęku jest zatem normalne i uzasadnione. Jednakże, sekret jak zwykle tkwi w proporcjach.

Ludzie różnią się częstotliwością i intensywnością przeżywania lęku społecznego. Różnice indywidualne zauważalne są już we wczesnym dzieciństwie, gdy to ze względu na różne czynniki środowiskowe i osobowościowe dzieci uczą się reagować lękiem w pewnych sytuacjach. Dziecięca ogólna lękliwość przenosi się w okres dorastania i dorosłości, przeradzając się często w lęk społeczny odczuwany w sposób silny i stały.

Gdy lęk przybiera postać skrajną, człowiek nieustannie przeżywa katusze w interakcjach z innymi - mówimy wówczas o fobii społecznej. Charakterystyczny dla fobii jest obezwładniający lęk przed narażeniem się na śmieszność i kompromitację, który zazwyczaj nie ma żadnych racjonalnych przyczyn. Osoby cierpiące na fobię społeczną mają błędne wyobrażenie o własnych możliwościach i oczekiwaniach innych. Wydaje im się, że otoczenie wiele od nich wymaga, a oni nie są w stanie tym wymaganiom wyjść naprzeciw. Opinii innych ludzi przypisują nadmierną wagę, choć obiektywnie może ona nie mieć żadnego wpływu na ich życie. Przekonane są, że cokolwiek robią, robią to źle i inni wyraźnie to widzą.

Napełniają ich lękiem wszelkie sytuacje towarzyskie, nie tylko te, które już zaistniały, ale również te wyobrażone, w których mogliby się znaleźć. W napięciu oczekują spotkań, wystąpień i rozmów, które mają rozegrać się w dalekiej przyszłości. Zastanawiają się, co dokładnie powiedzą, przygotowują tematy do rozmowy i całe kwestie, rozmyślają o tym, jak się będą zachowywać i jakie to wywrze wrażenie – jednym słowem – przygotowują scenariusz, który potem wyreżyserują. Nie wierzą jednak, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Co więcej, już na etapie planowania zakładają porażkę. Samemu oczekiwaniu towarzyszą nieprzyjemne objawy fizjologiczne, charakterystyczne dla lęku: przyspieszone bicie serca, zdenerwowanie, drżenie rąk, wzmożona potliwość, ból brzucha, rumieniec, nudności. Objawy fizjologiczne znacznie przybierają na sile w konfrontacji z rzeczywistą sytuacją.

Ponieważ interakcje społeczne wywołują szereg nieprzyjemnych doznań, osoba cierpiąca na fobię będzie ich unikać. Charakterystyczne dla fobii są wyszukane i różnorodne środki ostrożności, jakie jednostka podejmuje, by uniknąć interakcji, które w jej oczach są towarzyską porażką. Może celowo wybierać zawody, w których kontakt z ludźmi jest ograniczony lub na inne sposoby racjonalizować wycofanie się z życia towarzyskiego. Osoby z fobią społeczną doświadczają trudności w nawiązywaniu bliskich kontaktów – nie są nigdy inicjatorami randek, nie rozpoczynają kontaktu i nie umieją go podtrzymać, zrzucając ciężar ożywiania rozmowy na drugą osobę. Często w ogóle nie nawiązują bliskich, intymnych związków, w tym seksualnych. Jeśli jednak to zrobią, mają wiele zahamowań – stronią od rozmów o sprawach intymnych, a kobiety cierpiące na lęk rzadko zażywają środki antykoncepcyjne, których przepisanie wymaga wizyty u lekarza. Fobia zamyka człowieka w ciasnym gronie sprawdzonych ludzi, a czasem fizycznie we własnym domu. Zdarza się, że osoby cierpiące na fobię społeczną ograniczają wyjścia z domu do niezbędnego do przeżycia minimum. Nie jest to jednak wystarczający środek zaradczy – nikt nie jest w stanie żyć w zupełnym odosobnieniu i dla nikogo na dłuższą metę nie jest to korzystne.


Unikanie interakcji zawęża możliwości rozwoju osobistego i zawodowego. Człowiek rozwija się głównie dzięki satysfakcjonującym relacjom, zawieraniu nowych znajomości, dzieleniu się doświadczeniami. Dla dobrego samopoczucia psychicznego niezbędne jest doświadczanie akceptacji i aprobaty ze strony innych. Nie można ich jednak doświadczać, gdy unika się towarzystwa. Rozwój osobisty i zawodowy zahamowany jest przez unikanie sytuacji nowych, dających szansę na zdobycie nowych umiejętności i poszerzenie zakresu wiadomości. Uczniowie cierpiący na silny lęk społeczny nie są aktywni na zajęciach, nie zabierają głosu w dyskusjach i zazwyczaj pozostają niezauważeni, zarówno przez nauczycieli, jak i kolegów. Nie ośmielają się zadać pytania, nawet jeśli zupełnie nie rozumieją, o czym jest mowa na lekcji, na czym cierpią ich wyniki szkolne. W pracy zawodowej osoby z fobią społeczną rzadko awansują, rzadko też zdobywają uznanie pracodawcy. Lęk powstrzymuje ich przed ujawnieniem swoich rzeczywistych talentów. Jeśli zdolny naukowiec nie prezentuje publicznie wyników swoich badań, nikt o nim nie usłyszy. Jeśli niezwykle utalentowana wokalistka nie jest w stanie wyjść na scenę, nie ma szans na karierę w show-biznesie. Osoba niezwykle interesująca może pozostać nielubiana, ponieważ podczas rozmowy jąka się, czerwieni i nie patrzy w oczy, a zamiast wypowiedzieć choć jedną z błyskotliwych myśli, który ma pełną kieszeń, operuje jedynie wytartymi frazesami.

Powstaje w ten sposób błędne koło – osoba ogarnięta lękiem zachowuje się w sposób sztywny, skrępowany, jest zbyt wycofana lub nerwowo narzucająca się, wywierając niekorzystne wrażenie, którego tak się obawia. Sprawia, że ludzie odczuwają nieautentyczność jej zachowania i rzeczywiście zaczynają postrzegać ją jako nieprzyjazną. Brak pozytywnych reakcji otoczenia utwierdza osobę cierpiącą na fobię w negatywnych przekonaniach na temat samej siebie.

Silny lęk w nowych sytuacjach może powodować reagowanie niekontrolowaną złością i agresją, wynikającą ze wzmożonego napięcia nerwowego. Kładzie się to cieniem na wizerunku osoby w jej własnych oczach i w oczach tych, którzy są świadkami wybuchu negatywnych emocji. Unikanie kontaktów oraz nieadekwatne reakcje mogą doprowadzić osoby cierpiące na fobię do chronicznej samotności. Rekompensatą prawdziwych relacji stają się często znajomości przez Internet. W tego rodzaju kontaktach lęk jest znacznie mniejszy, choć nie można powiedzieć, że nie występuje wcale.

Największym paradoksem osób cierpiących na fobię społeczną jest to, że pragną one kontaktu z innymi, ale nie wierzą, że są w stanie korzystnie się zaprezentować i sprawić, by inni byli z nich zadowoleni. Sami o sobie myślą niezbyt pochlebnie. Niska samoocena i brak samoakceptacji są czerwonym światłem na drodze do zdobywania nowych doświadczeń i samorealizacji. Ich sytuacja życiowa przypomina scenę, na której ustawiona jest niezbędna scenografia, gdzie czekają inni aktorzy i czeka licznie zgromadzona publiczność. Nie ma tylko aktora grającego główną rolę. Zamiast wyjść na scenę i objawić swój talent, stoi całkiem z tyłu, nie chce się pokazać. Patrzy z daleka, jak inni, którzy pokonali lęk, swobodnie operują słowami, zbierają oklaski i nie martwią się zbytnio, jaki będzie efekt końcowy, bo swoją rolę grają najlepiej jak potrafią.

Niektórzy badacze nazywają lęk społeczny chorobą cywilizacyjną. Twierdzą, że procent osób, które mają zahamowania w kontaktach z innymi jest większy niż w przeszłości. Każdego, kto się z tym nie zgodzi, zachęcam, by przyjrzał się ludziom w autobusie, w tramwaju, w metrze i spróbował policzyć, ilu z nich ma słuchawki na uszach. By zastanowił się, czy zna swoich sąsiadów i czy lubi z nimi rozmawiać.

Przede wszystkim zachęcam, by niezbyt pochopnie przyklejać etykietki tym, którzy są małomówni, odmawiają spotkań, nie kontynuują rozpoczętej rozmowy. Być może za nieprzyjazną powierzchownością kryje się coś więcej niż tylko gbur i arogant.


Autorka o sobie samej:

Cóż można o mnie napisać... :)

Niegdyś studentka anglistyki, dziś pedagogiki... Czas wypełnia mi praca z ludźmi i książkami, ale przede wszystkim odkrywanie siebie i pokonywanie własnych ograniczeń, co jest przedsięwzięciem zaplanowanym na lata...

Monika Wilk

Czytaj dalej >>

Zła - jak mężczyzna, ciepły - jak kobieta?

sobota, 30 stycznia 2010 12 komentarze

Czy będąc małymi dziećmi nie drażniły Was uwagi dorosłych w stylu:

"Nie bądź mazgaj, chłopaki nie płaczą"

albo

"Dziewczynkom nie wypada brzydko mówić, ani tak brudzić się w piaskownicy" ?!


Pewnie gdybyście sięgnęli pamięcią wstecz przypomnielibyście sobie podobne historie. Owszem, nasze kulturowe wyobrażenie poszczególnych płci mają na nas ogromny wpływ już od najmłodszych lat. Chłopcy wychowywani są - na chłopców, którym wolno troszkę więcej niż dziewczynkom a dziewczynki - na dziewczynki, które zawsze powinny być ładne i grzeczne.

Głęboko zakorzenione w naszej psychice są również wyobrażenia co do "odpowiedniego" wyglądu twarzy kobiety i mężczyzny.

Znalazłem na ten temat bardzo ciekawe badania, które opublikowane zostały w czasopiśmie Journal of Vision w grudniu ubiegłego roku. Zapraszam Was do zapoznania się z nimi.



W dwóch badaniach naukowcy poprosili osoby badane do przyporządkowania płci seriom twarzy pokazywanych im na obrazkach.

W pierwszym badaniu były to dwupłciowe twarze z obniżonymi brwiami i zaciśniętymi ustami, które to wyrażały złość. Co ciekawe, twarze te były częściej określane przez osoby badane jako twarze męskie. Twarze, które były uśmiechnięte, z wysoko uniesionymi brwiami, wyrażające szczęście lub strach - częściej były określane jako twarze kobiece.

W drugim badaniu użyto obrazków twarzy męskich i kobiecych, które wyrażały uczucia szczęścia, złości, strachu lub były neutralne. Ogólnie rzecz biorąc, osoby badane szybciej identyfikowały męskie twarze, a twarze kobiet, które wyrażały złość - były identyfikowane najdłużej.

"Współczesne badania pokazują, że związki pomiędzy złością i mężczyznami oraz szczęściem i kobietami są tak silne, że mogą wpływać na decyzje określania płci innej osoby, kiedy ta widziana jest przez krótką chwilę". - mówi autorka badań Ursula Hess z University of Quebac w Montrealu.

Ponadto pani ta zauważyła też, że te same cechy twarzy, które kojarzone są z twarzami męskimi - czyli wysokie czoło, kanciasta buzia i grube brwi - są również kojarzone z postrzeganiem dominacji. Natomiast cechy twarzy, które kojarzone są z twarzami kobiecymi - czyli okrągła, dziecięca twarz, z dużymi oczami - są również kojarzone z przyjaznym nastawieniem i ciepłem.

W dalszej części podsumowań badań, ich autorka, uzmysławia nam, że ten sam poziom złości jest przez nas postrzegany jako bardziej intensywny, gdy złość okazują mężczyźni, natomiast szczęście wydaje się nam być bardziej intensywne, gdy okazują je kobiety. Wyniki badań sugerują również, że panowie są rzadziej postrzegani jako ciepli i życzliwi a panie jako dominujące.


---

Dlaczego tak się dzieje, że mężczyźni postrzegani są jako bardziej źli a kobiety jako bardziej szczęśliwe ?


Uważam, że z pomocą mogłaby nam przyjść tutaj psychologia ewolucyjna.

Mężczyźni zawsze byli fizycznie silniejsi niż kobiety, dlatego to oni mogli częściej dominować w rodzinach, czy społecznościach. Kobiety za to dbały o dobry nastrój, opiekę nad dziećmi, o relacje itd. Taki wzorzec przekazywany był z pokolenia na pokolenie w różnych formach kultury i jak widzicie z powyższych badań - jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Często nieświadomie posługujemy się nim. Bardziej naturalne wydaje się nam, kiedy to mężczyzna się złości, lub kiedy to kobieta jest ciepła i życzliwa.

O wyjątkach od tej reguły mówi się czasem "herszt-baba" lub "facet ciepłe-kluchy".

Normy kulturowe, jak zapewne pamiętacie z tekstu "Zdobywaj szczyty! - czyli o tym , co jest normalne a co nie" (tutaj link), zależą od miejsca ale i czasu. Co dziś u nas jest zupełnie normalne, zwyczajne i pospolite, jutro może być postrzegane jako całkowita obyczajowa nieprawidłowość. I na odwrót ...



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Na podstawie tekstu z ScienceDaily.

Czytaj dalej >>

Ciekawe iluzje optyczne [filmik]

piątek, 29 stycznia 2010 3 komentarze

Chciałbym zaprosić Was dziś do obejrzenia prezentacji pana Beau Lotto.

Nie, to nie występ pana z telewizji prowadzącego popularną grę losową, lecz bardzo ciekawy wykład, czy może trafniej byłoby, gdybym powiedział - mini-show osoby zajmującej się badaniem percepcji na co dzień, ukazujący, jak działa nasz zmysł wzroku i czy to, co widzimy na pewno jest prawdziwe ...


Aby obejrzeć prezentację z polskimi napisami, kliknijcie na "view subtitles" - najlepiej jeszcze przed naciśnięciem play - i wybierzcie "polish".

Filmik warto też w niektórych momentach cofnąć lub zatrzymać, by przyjrzeć się dokładniej prezentowanym obrazom. Przyjemności podczas oglądania życzę, jak to mówi się w Poznaniu:)



Jak widzicie, świat wcale nie jest taki, jaki wydaje się być.
Tutaj wspaniale widać to na przykładzie zmysłu wzroku, lecz pamiętajmy, że posiadamy jeszcze inne zmysły budujące swoje struktury do odbierania przez nas świata.

Jeśli znacie stronki z innymi iluzjami optycznymi, zapraszam do zostawiania linków w komentarzach.



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>

Czy biedni ludzie palą więcej papierosów?

czwartek, 28 stycznia 2010 12 komentarze


Z badań Thomasa Lamperta z Instytutu Roberta Kocha w Berlinie opublikowanych ostatnio w niemieckim czasopiśmie "Deutsches Aerzteblatt International" wynika, że tak,

biedni naprawdę palą więcej.


Aby ogłosić takie wyniki, Instytut Kocha przeanalizował dane z telefonicznie przeprowadzonych ankiet z 8318 ludźmi przez okres ponad 18 lat (szmat czasu!). Ankieterzy pytali ludzi o to, czy obecnie palą, czy są fizycznie aktywni (czy uprawiają sport, ćwiczą itd.), o wysokość oraz wagę. Na podstawie wykształcenia, zawodu i zarobków określano również status społeczny każdej ankietowanej osoby. W analizie danych szukano także powiązań z wiekiem i płcią.

Co się okazało ?

Analiza wyników wykazała, że mężczyźni z niższych warstw społecznych (o niższym statusie społecznym) są częściej palaczami, częściej są fizycznie nieaktywni (nie uprawiają sportu) i częściej są otyli. Co ciekawe u kobiet sytuacja wygląda podobnie, z tym, że ich niski status społeczny jeszcze silniej niż u mężczyzn powiązany jest z otyłością.

Palenie, brak sportu i otyłość to czynniki powodujące chroniczne choroby, dlatego zdaniem Lamperta, wciąż istnieje potencjał dla działań prewencyjnych. Chodzi tutaj na przykład o edukację zdrowotną, wczesne wykrywanie i leczenie chorób, programy sportowe dofinansowywane przez rząd i tak dalej.

Na koniec moje osobista refleksja.

Zobaczcie w sklepie, ile kosztują papierosy. Nie przesadzę mówiąc, że dziesięć złotych za paczkę papierosów to już standard. Wg mnie to bardzo dużo, bo w skali rocznej palacze "puszczają z dymem" ponad kilka tysięcy złotych. Teoretycznie zatem to nie biedni powinni palić więcej, lecz bogaci, ci, których na to stać. A jest inaczej. Jak to się dzieje, trudno powiedzieć.

Skłonność do popadania w uzależniania może być przekazywana w genach, jak wiecie jednak z bloga - nie jesteśmy na nie skazani. Wydaje mi się zatem, że to brak edukacji i świadomości zdrowotnej osób o niskim statusie społecznym będzie najbardziej istotnym czynnikiem wpływającym na ich niezdrowy tryb życia.

A Wy macie jakieś pomysły, dlaczego biedni mogą palić więcej ?



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net






Na podstawie tekstu z ScienceDaily, dostępnego w oryginale tutaj.
-----
O tym jak ja rzuciłem palenie pisałem swego czasu na blogu. Kliknijcie w tytuł notki, żeby przeczytać:

1. "Jak rzucić palenie?"

2. "Dziękuję, nie palę"

3. "Jak rzucić palenie? - Znajdź sobie zdrowe hobby"

4. "Jak rzucić palenie? Pomyśl ile pieniędzy puszczasz z dymem"


A wszystkie notki o rzucaniu palenia zebrane w jednej tutaj:

5. "Rzuć palenie z PSYCHIKĄ.net"

Czytaj dalej >>

Większy wybór nie dla każdego lepszy

poniedziałek, 25 stycznia 2010 8 komentarze

Kiedy wchodzimy do sklepu, widzimy półki uginające się pod ciężarem coraz bardziej różnorodnego towaru. Handlowcy dbają o szeroką ofertę, aby skusić jak najwięcej klientów do kupna, jeśli nie tego, to innego, podobnego produktu.
Przyjęło się uważać, że sklep jest dobry, kiedy jego oferta jest bogata.

Czy duży wybór, nie tylko w sklepach, jest jednak kluczem do uszczęśliwiania ludzi ?

O tym traktują najnowsze badania. Posłuchajcie.



Autorzy tego badania Hazel Rose Markus ze Stanford University i Barry Schwartz ze Swarthmore College piszą: "Amerykanie żyją w politycznym, społecznym i historycznym kontekście, który przedkłada osobistą wolność, wybór i własną determinację nad wszystko inne. We współczesnej psychologii upowszechniło się podejście, że dokonywanie wolnego wyboru jest kluczem do zdrowego funkcjonowania psychicznego."

Autorzy starają się dać nam jednak do zrozumienia (a może trafniej byłoby gdybym powiedział: dać do zrozumienia Amerykanom), że wolność, własna kontrola naszego życia wcale nie musi uszczęśliwiać każdego. Zależność pomiędzy wolnością a zwiększaniem poczucia szczęściem wcale nie jest uniwersalna.

Rozumieją oni "wybór" bardziej ogólnie, nie chodzi im tylko o możliwość wyboru towaru w sklepie, lecz również o wpływanie na losy państwa - poprzez możliwość wyboru z większej liczby politycznych, czy społecznych opcji... itd.

By wysunąć taką tezę, autorzy przeanalizowali wiele badań na ten temat. Doszli do wniosku, że pośród nie-zachodnich kultur i pośród zachodniej klasy ludzi pracujących fizycznie, wolność i wybór mają mniejszą wartość lub znaczą zupełnie coś innego niż dla ludzi wykształconych.

"Zupełnie co innego jest >wyborem< dla człowieka kultury Zachodu niż dla człowieka innej kultury. Co więcej ogromne możliwości wzrostu, własnego rozwoju wynikające z nieograniczonej wolności wyboru - raczej umniejszają niż zwiększają ich poczucie szczęścia." - kontynuują autorzy dociekań.

Zbyt duży wybór może bowiem paraliżować ludzi, przez co daje mniejszą satysfakcję z podejmowania decyzji. Autorzy odkryli również, że (duży) wybór może zmniejszać empatię, bo wybierający koncentrują się tylko na własnych preferencjach a nie na dobru innych, czy ogółu.


"Podsumowując, nie możemy stwierdzić, że wszyscy ludzie chcą mieć możliwość wyboru a wybór łączy się z uczuciem wolności i poczuciem szczęścia. Nawet dla ludzi żyjących w kulturze zachodniej, w której wybór kojarzony jest z wolnością, siłą, niezależnością - nie jest on krystalicznie czystą wartością. Wybór może przyczyniać się do zwiększania uczucia niepewności, może być powodem depresji lub samolubstwa."

---
Badacze zwracają uwagę na to, że nie zawsze jest tak, jak powszechnie przyjęło się uważać. Wielokulturowość społeczeństw, sposób wychowania poszczególnych jednostek a także osobiste predyspozycje sprawiają, że wartości dla jednych bardzo istotne i potrzebne do rozwoju, dla innych mogą stać się bolączką spędzającą ich sen z powiek.

Wybór jest nieodłącznym elementem kapitalizmu i demokracji. Duży wybór świadczy o wysokiej konkurencji na danym polu, co wiąże się - przynajmniej teoretycznie - z coraz lepszą jakością poszczególnych towarów, czy usług. Każdy przecież walczy o uwagę.

Jeśli chodzi o mnie i zakupy, przyznaję jednak, nie lubię zbyt dużego wyboru w sklepach. O wiele łatwiej i przyjemniej jest mi wybrać jeden produkt z dwóch niż jeden z dwudziestu. Tak już mam:) Za to wybieram sobie sklepy, do których wchodzę.

A jak to jest u Was ?



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net





Na podstawie tekstu z ScienceDaily dostępnego w oryginale tutaj.

Czytaj dalej >>

Jedna miłość na całe życie

piątek, 22 stycznia 2010 16 komentarze

Mówi się, że coraz mniej par się pobiera, bo wolą żyć na tak zwaną kocią łapę a tymczasem branża ślubna (doradcy weselni, suknie ślubne itd.) przeżywa zatrzęsienie. Sale weselne trzeba rezerwować nawet półtora roku przed uroczystością (ciekawe co się dzieje, jeśli w międzyczasie dojdzie do rozmyślenia się ze ślubu jednego z partnerów, może aukcja sali na allegro?) a "fryzura ślubna" panny młodej choć wyglądająca identycznie jak "wieczorowa" - kosztuje u fryzjera dwa razy drożej. Bo to przecież na ślub.

Nie o ślubach jednak dzisiaj chciałem napisać, lecz o tym, czy prawdziwa miłość zdarza się tylko raz w życiu.


Zastanówmy się, co by było gdyby istniała jedna miłość na całe życie, w takim sensie, że jednej osobie na świecie przeznaczona byłaby tylko TA JEDNA OSOBA...

Może jakiś chłopak nie mogąc przestać myśleć o miłości z liceum nie potrafiłby przełamać się, aby zagadać na imprezie do atrakcyjnej dziewczyny, by nawiązać z nią ten pierwszy kontakt. Ta dziewczyna z liceum pewnie nigdy by mu tego wybaczyła, i co z tego, że nie zerknęła na niego przez 4 lata inaczej niż na kumpla, z którym można iść na piwo, ewentualnie na bilard ale nic więcej. Choroba by to wzięła! I co z tego! Przecież to miłość jego życia, więc będzie na nią czekał. I nie chce angażować się w związek z kimkolwiek innym.

Może jakaś dziewczyna nie mogąc zrozumieć niespodziewanego zakończenia romansu ze starszym mężczyzną, który był tak zaradny, mądry, budzący szacunek w swoim środowisku - jak nikt inny - nie zrobiłaby kroku, by odpisać koledze ze studiów na esemesa, że też nie wie jak rozumieć te zakręcone zagadnienia z fizyki (a sesja tuż-tuż) i może spróbowaliby posiedzieć nad nimi razem... Co dwie głowy to nie jedna. Co za brednie! Przecież ON by jej tego nigdy nie wybaczył, wciąż musi wierzyć, że rozwiedzie się z żoną tak, jak obiecał na samym początku.

Może jakaś wdowa, nie mogąc zrozumieć dlaczego wojna odebrała jej męża, kiedy oboje mieli po trzydzieści pięć lat, do końca życia myślałaby o tym co by było gdyby nie ta jego służba i ryzykowanie życia jej męża, by ktoś gdzieś siedząc sobie spokojnie za biurkiem, mógł na wojnie zarobić pękające w szwach cyfry. Był taki przystojny, taki kochany, taki troskliwy i niestety tak waleczny. Z pewnością nie wybaczyłby jej, gdyby zgodziła się na propozycje pójścia na kawę od tego zamożnego elegancika (który nawiasem mówiąc całkiem przyzwoicie pachnie i rusza się w tańcu). Skąd w ogóle takie myśli w nawiasie! Choć mąż nie powstanie z grobu, ona będzie wobec niego lojalna, bo miłość jest tylko jedna i trwa wiecznie...

Dość tych przykładów, myślę, że zrozumieliście przekaz. Gdyby postacie z powyższych historyjek wciąż nie mogły oderwać się od "miłości swojego życia", nie byłyby w stanie zrobić żadnego kroku, by dać szansę nowemu związkowi.

---

Prawdziwa miłość mieszka w nas, Kochani, i to czy kogoś nią obdarzymy DZIŚ zależy w dużej mierze od tego, czy przestaniemy szukać jej gdzieś tam za równoleżnikami... ( - bo Arabowie to wyjątkowi faceci! ) ...czy kilka / naście kalendarzy wstecz... ( - on był moim jedynym a ta jędza go omotała i zabrała mi! ). Prawdziwa miłość jest TU i TERAZ w środku NAS. W tym sensie trwa wiecznie i jest jedyna na całe życie.


Nie jestem zwolennikiem skakania z kwiatka na kwiatek, nie jestem fanem rozwodów, ani chodzenia do łóżka co miesiąc z innym partnerem. Po prostu jestem fanem życia, rozwoju i zmiany, która chyba jest jedynym niezmiennym atrybutem naszego życia na tej planecie.

Wierzę, że każda miłość do drugiego człowieka jest wyjątkowa, bo przecież kiedy kochamy kogoś kochamy całym sobą.

Wierzę też, że możliwa jest miłość do drugiego człowieka, która trwać będzie aż po grób.

A czy będzie ona przypieczętowana wypowiedzeniem TAK na ślubnym kobiercu, czy też szczerym, czułym wyznaniem miłości na ucho, leżąc na pomoście w ciepłą, letnią noc nad jeziorem, nie ma tutaj najmniejszego znaczenia ...


A Wy jak uważacie ?



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>

To nie koniec manipulacji w sklepach

czwartek, 21 stycznia 2010 7 komentarze

Autorem tekstu jest Witek Bomba.

Gorączka zakupów już za nami. Teraz sklepy będą nam serwować różnego rodzaju wyprzedaże z tego co im zostało na magazynowych półkach po świątecznym okresie. W tym czasie będą kusili nas zniżkami i wyprzedażami o X% wartości. A jakie inne haczyki są dla nas również planowane? Oto niektóre z nich...


1. Pierwsza i najważniejsza zasada handlowca – kup tanio sprzedaj drogo, i oto mamy: podwyższanie cen tak, żeby je obniżyć o większą wartość procentową, by zwabić klienta który uda swe kroki tam gdzie zobaczy wyższy procent upustu.

2. Możemy się również natknąć na niedziałające kasy (działa 1 na 9!), a to po to, aby klient mógł zobaczyć co inna osoba ma w koszyku i wrócić po coś jeszcze. [Dość dziwne zagranie, ale uwierzcie że stosowane]

3. Sprzedawcy świetnie zdają sobie sprawę z pewnego mechanizmu, który doskonale wykorzystują – wystarczy pozwolić (lub „wmusić „) klientowi na dotknięcie towaru. Zagrywka ta ma na celu sprawić by klient czuł się jakby dana rzecz była już jego i ostatecznie ją zakupił.

4. Firmy chwycą się każdego sposobu by zwiększyć swoją sprzedaż, więc nie powinien dziwić nas fakt stopniowego zwiększania wózków zakupowych. Niby niepozorna rzecz, ale bardzo dobrze się sprawdzająca. Człowiek jak widzi, że w koszyku jest mniej rzeczy (objętościowo względem koszyka, chociaż to są to „standardowe” zakupy danej osoby) to dorzuci coś jeszcze by wypełnić koszyk.

5. Nowością również nie jest (a może już nawet standardem?) umieszczanie najlepszych (czyt. najdroższych) produktów na wysokości wzroku klienta, a człowiek (niestety) z natury leniwy jest i nie rozgląda się za czymś innym (lepszym) tylko pochwyci co mu w oko wpadnie, tudzież zostało w to oko „wrzucone”. Również w dziale dziecięcym jest to odpowiednio dopasowane do wzrostu dzieci.

6. Temperatura. Kto by do tego przywiązywał wagę? Niby taka niepozorna rzecz, a ponoć można i tym sposobem wywierać wpływ na chęci zakupowe człowieka. Dobrze dobrana temperatura może po prostu na dłużej zatrzymać osobę w sklepie, a co za tym idzie może akurat coś kupi.

Nie tylko te, lecz setki różnych technik mających zachęcić nas do zakupu powodują , iż wyniki sprzedaży sklepów wciąż rosną (przynajmniej w Polsce) pomimo kryzysu jaki dotkną świat. Dowodem na to mogą być wyniki jakie uzyskują sklepy. A skąd wiadomo, że to akurat takie a nie inne techniki działają na ludzi? Jakiś czas temu oglądałem wyniki sondy, jaką przeprowadziła jedna z dużych sieci handlowych, z której wynikało, że aż 1/3 zakupów w okresie wzmożonego wykorzystywanie technik sprzedaży jest nieplanowana.

I co Wy na to?

Witek Bomba

Jeśli chcecie poczytać wszystkie teksty Witka na temat technik manipulacji kliknijcie tutaj.

Czytaj dalej >>

Dziękuję za Wasze eski...

wtorek, 19 stycznia 2010 4 komentarze

... wysyłane na mój blog w konkursie na Blog Roku 2009.

PSYCHIKA.net dzięki Waszym eskom plasuje się obecnie na 14 pozycji na 207 blogów w kategorii Blogi Profesjonalne. Aby przejść do III etapu, musi znaleźć się w pierwszej dziesiątce.

Aktualizacja poniżej.


Proszę tych, którzy mogą, a którzy jeszcze nie wysłali sms-a - o jego wysłanie.


Sms o treści: B00062

Na numer: 7144



(W treści smsa po literce B są zera a nie literki O.)

Z jednego numeru telefonu można oddać tylko jeden głos.

Koszt eski to 1,22 zl z VAT. Dochód z smsów przekazany zostanie przez Onet na turnusy rehabilitacyjne osób niepełnosprawnych.

Liczy się każdy głos !

Głosować można do czwartku do godziny dwunastej. Dzięki!



AKTUALIZACJA :

Głosowanie zakończone. PSYCHIKA.net znalazła się na 8 miejscu i przeszła do III etapu - dzięki Waszym sms-om :D Wielkie dzięki ! Łącznie wysłaliście 106 esek na mój blog. Teraz już wszystko zależy od decyzji Jury.

Dziesięć blogów, które uzyskały największą liczbę głosów, w kategorii Blogi Profesjonalne znajduje się tutaj (kliknij).




Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>

Wyślij SMS-a na PSYCHIKĘ.net:)

niedziela, 17 stycznia 2010 16 komentarze


Kochani Czytelnicy bloga PSYCHIKA.net, postanowiłem wziąć udział w konkursie na Blog Roku 2009 organizowanym przez znany portal Onet.pl.

Aby przejść do III etapu konkursu - potrzebuję Waszych głosów...


Jeśli uważacie, że mój blog powinien wygrać w Konkursie na Blog Roku 2009 w kategorii Blogi Profesjonalne oddajcie na niego głos, wysyłając smsa:)


SMS o treści: B00062

na numer: 7144


uwaga: 0 w treści smsa to cyfra zero a nie literka o, nie ma tam też żadnych spacji, to ważne

SMS nie kosztuje dużo, bo tylko 1,22 z VAT. Z jednego numeru telefonu można oddać tylko jeden głos. Warto też dodać, że dochód z sms-ów zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.

Czasu pozostało niewiele, bo głosować możecie do 21 stycznia do godziny 12.00.

Dzięki !

Więcej o konkursie na oficjalnej stronie Blog Roku. A tu jest strona konkursowa PSYCHIKI.net.

A tutaj - można obserwować zmagania blogów z kategorii Profesjonalne (ranking odświeża się dwa razy na dobę, w południe i o północy).



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>

Gdy dziewczynie spóźnia się okres...

sobota, 16 stycznia 2010 17 komentarze

Rozpoczynając współżycie seksualne, zawsze powinniśmy brać pod uwagę konsekwencje jakie mogą z tego wyniknąć. Abstrahując już od wszelkich typowo psychologicznych konsekwencji uprawiania seksu na przykład z niedawno co poznanym partnerem, chciałbym dziś poruszyć kwestię świadomości tego, że seks może skończyć się ciążą.

W podstawówce każdy się o tym uczy na biologii. Ale czy pamiętamy o tym idąc z kimś do łóżka?


Uważam, że to kiedy stajemy się rodzicami powinno być w mniejszym lub większym stopniu świadomie zaplanowane.

Jakie to ciekawe, człowiek do tej pory nie wymyślił jeszcze sposobu na długowieczność, a wymyślił sposób na zabezpieczanie się przed niechcianą ciążą.

Uważam, że antykoncepcja jest okej, gdyż w sposób bezpieczny dla zdrowia, zmniejsza prawdopodobieństwo zajścia w niechcianą ciążę.

Oczywiście, przed stosowaniem należy dokładnie zapoznać się z instrukcją użytkowania (zwykle na dołączonej ulotce). Co z tego, że facet kupi prezerwatywy, skoro nie będzie potrafił jej założyć, kochać się w niej albo bezpiecznie jej zdjąć. Co z tego, że ginekolog przepisze Ci tabletki antykoncepcyjne, skoro kilka razy w miesiącu zapomnisz ich zażyć (generalnie wtedy działanie ustaje) lub nie postąpisz według instrukcji, co robić w takich wypadkach (zwykle należy zażyć dodatkową dawkę w określonym czasie). Instrukcje są po to, aby je czytać.

Są również naturalne metody antykoncepcji, wymagające sporej wiedzy o samej sobie, tak zwane kalendarzyki, jednak ich skuteczność jest stosunkowo niewielka.

Czy jakaś forma antykoncepcji jest skuteczne w stu procentach?

Czasem najlepsza antykoncepcja zawodzi, bo ryzyko (wiem, brzmi to strasznie, bo tak technicznie, ale cóż taki temat) zajścia w ciążę jest ZAWSZE, można jedynie zmniejszać prawdopodobieństwo zapłodnienia. Stosując na przykład prezerwatywy i tabletki antykoncepcyjne jednocześnie - możemy być prawie pewni, że kobieta nie zajdzie w ciąże. "Prawie pewni" a nie "pewni" - robi jednak wielką różnicę.

Praktycznie rzecz biorąc, choć antykoncepcja zmniejsza prawdopodobieństwo, każdy stosunek może skończyć się ciążą (z wyjątkiem oczywiście stosunku par homoseksualnych).

---
Jeśli zatem jesteś dziewczyną i spóźnia Ci się okres, zrób sobie testy ciążowe lub idź do ginekologa. Okres może spóźniać się z wielu powodów (np. stres, czy złe odżywianie). Jeśli wynik testu wykaże jednak, że będziesz mamą - powoli zacznij przygotowywać się do tego faktu psychicznie. To przecież nie koniec świata, lecz początek nowej przygody, na której przebieg masz duży wpływ.

Ważne są Twoje uczucia wobec partnera, jeśli go kochasz i układa Wam się dobrze w związku, będzie Ci łatwiej zaakceptować fakt zajścia z nim w ciążę. To naturalne, bo miłość do chłopaka, przechodzi również na jego dziecko. Jeśli jednak w związku dochodzi do niesnasek i nie jesteś do końca pewna partnera, możesz odczuwać obawy, strach, wrogość, niechęć do urodzenia dziecka. Warto w takich sytuacjach udać się do psychologa.


Jeśli żyjesz z partnerem na pewno w Waszym związku wiele się od teraz zmieni (przeczytaj notkę "Kiedy chłopak zostaje ojcem"), zaczniecie inaczej organizować dzień, dzielić obowiązki, także Wasze wzajemne relacje mogą początkowo zmienić swoje zabarwienie (to w końcu dziecko, przynajmniej na samym początku, stanie się centrum uwagi), lecz przy odrobinie dobrej woli, można przeciwdziałać wszelkim trudnościom. Istnieje mnóstwo form wsparcia dla młodych rodziców (najlepiej jest zalegalizować związek, jednak i to ostatnio się zmienia).

Jeśli będziesz samotnie wychowującą matką, nie oznacza to wcale, że musi Ci być o wiele trudniej niż ze złym partnerem. Owszem, nie będziesz miała bezpośredniego wsparcia ojca dziecka, jednak możesz śmiało zwracać się o nią do rodziny, przyjaciół, znajomych, czy instytucji, które pomagają osobom takim jak Ty (wystarczy popytać znajomych albo poszukać w Google).

Rodzicielstwo to piękny, ale i trudny okres. Wymaga wyrzeczeń, poświęceń - ale i może dawać nam sporo radości. Jak to mówią, przez trudy do gwiazd :)

Wszystkiego dobrego rodzicom i przyszłym rodzicom życzę :)



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>

Dlaczego "warto" zachorować?

piątek, 15 stycznia 2010 5 komentarze

Wbrew pozorom choroba fizyczna może przynosić chorującemu wiele korzyści psychologicznych, czasem wydaje mu się być jedynym ratunkiem.

Dobry psycholog, umiejętnie posługujący się wiedzą psychologiczną, intelektem i doświadczeniem, potrafi postawić taką diagnozę, która będzie zwracała uwagę również na to, czy przypadkiem chory nie używa choroby jako narzędzia, by osiągnąć jakiś zakamuflowany cel ...


Centrum zainteresowania rodziny

Nie jest chyba zaskoczeniem dla Was fakt, że choroba tak bardzo zwraca uwagę otoczenia. To nie przypadek, że w wiadomościach telewizyjnych, reportażach radiowych, czy artykułach w gazetach tak często słyszy się o wypadkach, chorobach, różnych powikłaniach. Takie tematy po prostu zwracają uwagę odbiorców - a mediom przecież o to chodzi.

Podobnie może być w codziennym życiu. Osoba, która z jakichś powodów czuje się w domu niedoceniana, niezauważana, tak jakby tego chciała, może nieświadomie posłużyć się chorobą (bóle serca, głowy, kręgosłupa, czy cokolwiek innego), by zwrócić na siebie uwagę (np. rodziców, małżonka). Dlaczego chce to uczynić? Być może osoba ta faktycznie czuje się być zaniedbywana bo tak jest w istocie - np. rodzice ewidentnie nie mają czasu na spędzanie go z dzieckiem, bo zawsze jest coś ważniejszego albo jednemu z partnerów od jakiegoś czasu "mniej zależy" na drugim, bo na horyzoncie dostrzega bardziej interesujące osoby.

Choroba może zatem służyć do zwrócenia uwagi na siebie.

Dziecko poprzez chorobę może krzyczeć:

"Rodzice! Ja tu jestem! Przestańcie tyle pracować! Przestańcie tyle się kłócić i lepiej zaopiekujcie się mną!"

Dorosły partner może krzyczeć:

"Ja też jestem ważny! Nikt nigdy mnie nie doceniał, zawsze czułem się niedowartościowany a teraz nawet nawet Ty partnerze odwracasz się ode mnie! Jestem chory - pomóż mi! Powiedz, że mnie kochasz!"


Czasami strach jest tak krzyczeć, czasami wstyd - dlatego choroba wydaje się człowiekowi (nieświadomie) najlepszym wyjściem z sytuacji. O wiele większym wstydem dla członka tak zwanej dysfunkcyjnej rodziny byłoby na przykład udanie się do psychologa i opowiedzeniu mu o problemach w swojej rodzinie. W rodzinach z problemami często niepisaną regułą numer jeden jest "Pierzemy nasze brudy tylko we własnej rodzinie". Choroba wydaje się nie zdradzać rodziny, bo na zewnątrz wszystko wygląda okej (nie widać problemów) - a jednak dobry psycholog dostrzegłby jej znaczenie.

Bezradność i kontrola

Poprzez chorowanie można nieświadomie manipulować. Dlaczego chorujący mieliby manipulować? Bo inaczej nie potrafią funkcjonować. Nie potrafią szczerze pogadać z drugim człowiekiem, co ich gryzie, co ich boli, co im się nie podoba, co ich przeraża. Boją się, że są nadzy. Ta bezradność wobec przekraczających ich możliwości warunków często sprawia, że chwytają się oni takich sposobów jak choroba. Ona jest w pewnym sensie bezpieczna i skuteczna (na krótką metę).

Warto pamiętać, że nie tylko problemy rodzinne mogą być powodem posługiwania się chorobą w celu osiągnięcia pewnych celów. Chorować można dlatego, że nie jest się w stanie poradzić sobie z życiem, uciekając w ten sposób od problemów. Powodem chorowania mogą być różnego rodzaju nerwice, zaburzenia osobowości, lęki, fobie, których przyczyn można doszukać się poza systemem rodziny.

Dobry psycholog wie jednak, że choroba może być komunikatem.

"Ten człowiek chce coś powiedzieć, inaczej nie potrafi. Tylko co - i dlaczego?"

Jeśli psycholog uzyska odpowiedzi na te pytania, może o wiele skuteczniej pomóc osobie, czy nawet całej rodzinie w cierpieniu. Oczywiście tylko w takich przypadkach, gdy choroba fizyczna jest skutkiem czynników psychologicznych - bo nie zawsze tak jest i czasem szukanie powodów choroby w psychice może skończyć się tragicznie. Ale o tym będę pisał jeszcze na blogu.



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>

Dlaczego religia uszczęśliwia? - Dr. Diener odpowiada

środa, 13 stycznia 2010 13 komentarze

O tym, czy religijność uszczęśliwia pisałem już swego czasu na blogu w tej notce.
Dziś zapraszam Was do lektury wywiadu, jaki przeprowadziła Therese Borchard (redaktorka serwisu PsychCentral) z doktorem Edwardem Dienerem, który badał poczucie szczęścia w wielu kulturach i stwierdził, że istnieją pewne uniwersalne przyczyny szczęścia - a jedną z nich jest religia.




Za tłumaczenie wywiadu odpowiadam ja ;) A do oryginału możecie zajrzeć sobie tutaj.

Dlaczego wydaje się, że religia uszczęśliwia ?

DR. DIENER: Wiele badań wykazuje, że religijni ludzie statystycznie są szczęśliwsi. Lecz od kiedy wiemy, że nie wszyscy religijni ludzie są szczęśliwi i nie wszystkie religijne wierzenia wydają się prowadzić do szczęścia, zaczęliśmy w badaniach poszukiwać "aktywnego składnika", który powoduje, że religia może zwiększać poczucie szczęścia. W naszej książce o szczęściu, ja wraz z synem, debatujemy, czy jednym z kluczowych elementów jest pozytywna duchowość, odczuwanie emocji takich jak miłość, szacunek, zachwyt, respekt, i wdzięczność łącząca nas z innymi ludźmi i sprawami, które są potężniejsze od nas samych. Tak jest, duchowość może koncentrować nas na czymś większym niż nasze osobiste dobro i dawać nam cel i sens. Ta koncentracja na innych i cel może pomagać nam przestawać martwić się zbytnio o nas samych. I może pomagać nam łączyć się z innymi.

Religia wiąże się ze szczęściem także z innych powodów. Przykładowo, religia niesie ze sobą wsparcie społeczne, kontakt. Ludzie spotykają podobnie myślących (wierzących) ludzi w kościele i w wielu przypadkach mogą liczyć na ich pomoc, gdy będą jej potrzebować. Inną przyczyną, że niektóre religie wzmacniają subiektywne poczucie szczęścia - jest fakt, że napawają optymizmem, jeśli chodzi o życie po śmierci. Religie te obiecują przecież lepsze życie. Religia łączy się ze szczęściem również dlatego, że często daje ludziom "moralny kompas", reguły wg których należy żyć. My ludzie potrzebujemy czegoś więcej niż tylko folgowanie naszym zmysłom, a religia staje się wytyczną, za którą należy podążać, by mieć uporządkowane, moralne życie, które pomaga nam dobrze żyć z innymi. Wreszcie religia pomaga nam uzyskać odpowiedzi na wielkie pytania, takie jak skąd wziął się wszechświat, dlaczego istnieje zło i tak dalej.

Podczas naszych badań zaskoczyło nas, że najszczęśliwszymi narodami okazały się być narody stosunkowo niereligijne - a chodzi o Skandynawów. To zaskakujące, bo odkryliśmy, że religijni ludzie mają w poszczególnych nacjach najwięcej pozytywnych uczuć. Jest to więc zagadka, dlaczego zamożne społeczeństwa tak często odwracają się od religii. Nasze analizy wydają się sugerować nam, że ludzie zwracają się w kierunku religii kiedy warunki w ich społeczeństwach są trudne, panuje nędza i ubóstwo, konflikty i tak dalej. Gdy warunki są dobre, mniej ludzi decyduje się być nadal religijnymi. Nawet wtedy jednak te jednostki zgłaszają odczuwanie większej ilości pozytywnych emocji.

Jakie są inne klucze do szczęścia ?

DR. DIENER: Jest bardzo wiele przyczyn szczęścia i nie będziemy podpisywać się pod jakimiś pojedynczymi kluczami do niego prowadzącymi. W naszej książce, ja wraz z synem, przychylamy się raczej do tego, że szczęście wymaga przepisu "zmiksowanych" składników w odpowiedniej ilości. Powód, dla którego jedna osoba jest w depresji, może być dla innej osoby powodem, by była szczęśliwa. Dla wielu szczęście bierze się z relacji z innymi ludzi, dla pozostałych - z pracy. Innymi słowy istnieją indywidualne różnice w przyczynach, dla których jedna osoba jest szczęśliwa lub nieszczęśliwa, dlatego ważne jest by patrzeć na każdego człowieka inaczej. Możemy jednak mówić o pewnych statystycznie przeciętnych przyczynach szczęścia:

- Posiadanie wsparcia u innych ludzi jest bardzo ważne. Zauważyliśmy, że wszyscy szczęśliwi ludzie posiadają takie wsparcie.

- Bycie wspierającą osobą wobec innych. Zauważyliśmy, że takie osoby czują się lepiej. Jak wskazują niektóre dane, osoby, które pomagają innym w dużym stopniu, są zdrowsze.

- Posiadanie celów i sensu życia jest bardzo ważne. Oddanie się ludziom, czy celom, które są potężniejsze od nas samych.

- Odnajdywanie aktywności, w których człowiek może wykorzystywać swoje talenty, zdolności, również chodzi o pracę.


Wykazaliśmy więcej takich czynników w naszej książce. Proszę jednak pamiętać, mówimy o tym, co ludzi uszczęśliwia a nie co jest powodem ich nieszczęścia. Wiele z czynników może być powodem i szczęścia i nieszczęścia, jednak są też takie które powodują tylko nieszczęście i depresje. Dlatego tak naprawdę, trzeba zrobić więcej niż tylko uwolnić się od nieszczęścia, by być szczęśliwym.

Już nawet Martin Seligman, twórca psychologii pozytywnej, uważał, że być może najlepszym sposobem na radzenie sobie z depresją nie jest uwalnianie się od problemów, lecz koncentracja na pozytywnych celach, optymiźmie i pozytywnym myśleniu.

-----
Zapraszam do komentowania :)



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

Czytaj dalej >>