Lubisz czytać o psychologii ?

Otrzymuj powiadomienia o Nowych Tekstach na blogu PSYCHIKA.net, tak jak ponad 301 zapisanych już osób :D



Pamiętaj proszę, aby następnie potwierdzić Twoje zgłoszenie w mailu aktywującym.

Którym dzieckiem w rodzinie jesteś?

czwartek, lipiec 02, 2009 11 komentarze

Jeśli masz rodzeństwo z pewnością dostrzegasz, że każde z Was jest inne. Pomimo tego, że macie podobne geny Wasze preferencje różnią się, wybieracie różne ścieżki życiowe itd.

Czy kolejność Twojego urodzenia w stosunku do rodzeństwa wpływa na Twoją psychikę?

Czy można mówić o cechach Pierwszego, Drugiego, Trzeciego, czy Czwartego Dziecka w Rodzinie?


Jeśli chcecie znać odpowiedzi na te pytania, przeczytajcie koniecznie ten wpis.


Rodzina to mały system społeczny.

Każdy system coś daje, ale i czegoś oczekuje.

Dzisiejsza notka opowiada o tym, jakie „zadania do wykonania” noszą poszczególne dzieci w rodzinie – zgodnie z kolejnością urodzenia.

Te „oczekiwania” systemu rodzinnego – wobec poszczególnych dzieci – w pewnym stopniu wpływają na aktywność każdego z nas – również w dorosłym życiu.

Bach uważa, że każdy system społeczny ma cztery główne potrzeby:

1) potrzeba produktywności i osiągnięć
2) potrzeba zaspokojenia emocjonalnego
3) potrzeba związku, relacji
4) jedności


Każde nowe dziecko jakie pojawia się w rodzinie, aktywuje w systemie rodzinnym pojawianie się kolejnych wyżej wymienionych potrzeb.



PIERWSZE DZIECKO W RODZINIE


Dlatego jeśli jesteś pierwszym dzieckiem w rodzinie będziesz raczej nastawiony na to, aby rodzina była z Ciebie dumna. Abyś Ty przynosił jej dumę i prestiż.

Mówi się, że pierwsze dziecko ma najciężej, bo jest obciążone potrzebą osiągnięć rodziny. Pierwsze dziecko w rodzinie będzie więc zatem wyczulone na wszystko co związane z produktywnością.


a) pierwsze dziecko w rodzinie jest najbardziej ze wszystkich dzieci zorientowane na społeczne normy i wartości, jest najbardziej świadome społecznie.

b) pierwsze dziecko woli zajmować się konkretami, chce znać szczegóły, ceni jasno sprecyzowane kwestie, raczej stroni od zagadnień na temat duchowości

c) pierwsze dziecko ma zazwyczaj kłopoty z rozwinięciem poczucia własnej wartości


Wyobraźcie sobie: jesteście młodym małżeństwem i rodzi Wam się syn. Zaczynacie dopiero swoje życie zawodowe, pierwszy awans, pierwsza większa kasa, pierwsze własne mieszkanie... pierwsze dziecko!

Co czujecie?

Trochę niepokój, bo „jak to będzie?” , „czy damy radę finansowo?”, „miałam / miałem zamiar zrobić jeszcze doktorat, ciekawe czy dam radę mając dziecko” itd.

Psychika dziecka, które rodzi się jako pierwsze w rodzinie jest zatem wg Bacha przesiąknięta atmosferą „dążenia do osiągnięć”.

Dlatego zawsze będzie nosiło brzemię pod tytułem „Moje zadanie to przynieść rodzinie chwałę”.

A jak jest w Waszym przypadku?


DRUGIE DZIECKO W RODZINIE


Drugie dziecko w rodzinie nosi na sobie brzemię potrzeby zaspokojenia emocjonalnego rodziny.

Jest szczególnie wyczulone na wszelkie ukryte (nieświadome) reguły panujące w rodzinie. Będzie dostosowywało się do zasad, które nie są nazwane wprost, jednak są silnie obecne w systemie.

Drugie dziecko w rodzinie mocno identyfikuje swoje potrzeby z nieświadomymi potrzebami innych ludzi. Często realizuje pragnienia matki.

Literatura mówi, że jeśli drugim dzieckiem jest chłopiec – często staje się on takim mężczyzną, o jakim zawsze marzyła matka, jakiego chciałaby poślubić, bo ona jakby wymusza na nim „nieświadomie” już od maleńkości, żeby był – takim, jak ona go „zaprojektuje”.

Jeśli drugim dzieckiem jest dziewczynka, może ona „wyczuwać w powietrzu”, że matka jest osobą na pozór zimną i uporządkowaną – jednak w skrytości ducha marzy o szalonym seksie, o nieskrępowanym sposobie bycia – i dziewczyna staje się taką, jaką matka nieświadomie chciałaby być.

Ostre, co nie?

Jeśli jesteś Drugim Dzieckiem w Rodzinie – możesz mieć trudności w nazywaniu tego, co czujesz. Możesz mieć bardzo dobrą intuicję na wyłapywanie obecności w systemach społecznych – różnych gierek itd. ale nie będziesz w stanie ich nazwać ani dokładnie zbadać.

Będziesz czuła / czuł, że o coś tutaj chodzi, ale.... o co?

To powoduje, że subiektywnie Drugie Dziecko ma poczucie balansowania na granicy szaleństwa. Często jest naiwne i zakłopotane, nie potrafi pogodzić uczuć z rozumem.

Zgadzacie się z tym?


TRZECIE DZIECKO W RODZINIE


Trzecie Dziecko w Rodzinie dorasta w atmosferze, kiedy rodzina jako system próbuje realizować zaspokojenie potrzeby związku.

Chodzi tutaj o relację małżeńską rodziców.

Trzecie Dziecko jest jakby gąbką, która wchłania wszystko to – co rodzice między sobą przejawiają.

Miłość? Spoko – dziecko będzie dorastać szczęśliwie, stanie się radosnym człowiekiem.

Złość albo jakieś głupie małżeńskie gierki, kto kogo pierwszy ugryzie? Trzecie dziecko będzie wchłaniało ten klimat i na tej podstawie budować będzie to, kim jest.

Małżeństwo jest zimne? Matka stroni od ojca a ojciec od matki? Prawie nie rozmawiają ze sobą? Ech, to może bardzo negatywnie wpłynąć na rozwój – szczególnie Trzeciego Dziecka w Rodzinie. Będzie ono zimne, zamknięte w sobie – podobnie jak relacje między jego rodzicami.

Jest ono podatne na wszelkie napięcia między mamą a tatą. Trudno mu będzie żyć swoim życiem, bo bardzo przejmuje się tym, jak żyją ze sobą rodzice.


Dla Trzeciego Dziecka bardzo ważne jest bycie w jakimś związku. Chociaż wydaje się być „poza rodzinnymi sprawami”, to bardzo jest w nie uwikłane. Nie potrafi łatwo dokonywać wyborów, samo nie do końca wie, czy coś lubi czy nie.

Raz coś chce a drugi raz nie. Pełne jest sprzecznych uczuć.

Co o tym myślicie?


CZWARTE DZIECKO W RODZINIE


Czwarte Dziecko w Rodzinie rozwija się wtedy, kiedy w rodzinie potrzeba jedności, spójności systemu – wysuwa się na pierwszy plan.

Czwarte Dziecko jest wrażliwe na każde „tąpnięcia” systemu. Jest jak radar, które wyczuwa wszelkie akcje i reakcje w systemie.

Czuje się bardzo odpowiedzialne za to, co dzieje się w systemie, za jego trwałość, za to, że „wszyscy trzymamy się w kupie” – a jednocześnie czuje się mega bezsilne.

Chce, ale nie zawsze potrafi – scalać rodzinę.

Często staje się Kozłem Ofiarnym. Przyjmuje rolę na przykład niegrzecznego dziecka – paradoksalnie ! – aby system rodziny nie padł !

Chcecie przykład?

Powiedzmy, że w rodzinie mama jest lekarzem, tata jest prawnikiem i oboje kochają pracę i pieniądze. Mniej kochają siebie nawzajem. Rodzice mają oddzielne sypialnie, a kiedy się od czasu do czasu spotykają – nie potrafią rozmawiać spokojnie. Krzyczą na siebie i obrzucają nawzajem wulgaryzmami. Wyrzucają sobie nawzajem „stracone lata młodości” i kłamstwa. I tak dalej.

Czwarte Dziecko w Rodzinie, doskonale wyczuwa, że coś jest nie tak. System może paść. Jego najstarszy brat – Pierwsze Dziecko - teoretycznie najsilniejszy– ma gdzieś to, że system rodzinny może paść, bo jest zajęte swoją karierą zawodową. Czwarte Dziecko również to dostrzega, że Pierwsze ucieka z systemu, który ledwo ledwo jeszcze zipie.

Czwarte Dziecko chce więc samo przywrócić spójność systemu.

Może zacząć brać narkotyki.

Bić się na podwórku.

Może zacząć kraść.

Po co? Bo czuje, że to zbliży rodzinę do siebie.

Mama i tata już nie będą się kłócić – bo przecież jest ważniejszy problem na głowie. Ich synek zaczął ćpać.

Starszy brat nagle zaczyna częściej dzwonić na chatę, i pytać jak tam jego młodszy brat, czy przestał już wciągać amfetaminę.

Rodzina – dzięki poświęceniu się Czwartego Dziecka i jego „ćpaniu” – scala się.


Dragi koncentrują uwagę całej rodziny, która już się nie kłóci tylko wspólnie działa i myśli jak zaradzić problemowi.

Przykład ostro nakreślony – jednak w mniej lub bardziej podobnej formie bardzo powszechny.

To tyle na dziś, nie będę poruszał już wątku jedynaka - ponieważ teoria jest w jego przypadku jeszcze bardziej skomplikowana. Musi on zaspokajać bowiem wszystkie potrzeby rodziny jakby jednocześnie, naprzemiennie.

---

PS. Tę notkę napisałem ponad roku temu, lecz dopiero niedawno odnalazłem ją zapisaną na dysku i pomyślałem, że grzechem byłoby jej nie opublikować. Nie modyfikowałem jej treści od tego czasu, ponieważ mam ostatnio napięty plan dnia, jednak mam nadzieję, że wszystko jest spoko.

Dodam tylko, że zarysowane tutaj obrazy kolejnych dzieci nie są udowodnione naukowo, a twórca tej teorii - opierał się wyłącznie na obserwacji klinicznej.



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Nie zamykajmy się na cierpienie

środa, lipiec 01, 2009 10 komentarze

Różnorodność emocji i uczuć ludzkich jest jak wachlarz kolorów tęczy, które to łatwo i lekko przechodzą z jednej barwy w kolejną.

Dlatego zamykanie się na cierpienie - może zabrać nam również to, co w życiu najpiękniejsze.


Radość.

Gniew.

Tkliwość.

Wstyd.

Zachwyt.

Obrzydzenie.

Przyjemność.

Smutek.

Czułość.

Wściekłość.

Strach.

Zazdrość.

Zadowolenie.

Rozdrażnienie.

Ekstaza.

Miłość.

Zwątpienie.

Szczęście.

Lęk.

Zawiść.

Ulga.

Wstręt.

Duma.

Współczucie.

Poczucie winy.

Rozkosz...


Tyle emocji i każda jest w życiu potrzebna.


Wszystkie emocje są przejawem naszego ustosunkowywania się do świata - nawet te, które są dla nas nieprzyjemne. Choćbyśmy nie wiem jak tłumili to, co siedzi w nas w środku, to nie oszukamy naszego ciała. Może pamiętacie, kiedyś napisałem notkę o tym, że psychika i ciało tworzą jedność. To oznacza, że wszystkie wypierane przez nas złe uczucia, nie dopuszczane do świadomości - znajdują swoje ujście w najprzeróżniejszych chorobach fizycznych. Podam Wam taki przykład.


Kobieta z wizytą u lekarza.

- I co u Pani słychać? Jak się Pani czuje? - pyta lekarz.
- Wszystko w porządku, panie doktorze, życie mam poukładane, dzieci robią kariery, w mojej pracy też awans za awansem, z mężem się dogadujemy, ale - ciągle coś tak jakby kłuło mnie o tu w sercu...



Jest bardzo możliwe, że ta kobieta wcale nie miała "poukładanego życia", to znaczy życia, w którym mogłaby realizować potencjały we wszystkich życiowych sferach - i zamiast przestać wciąż oszukiwać samą siebie, z dumą żyła tak, jakby jej życie było jedynie pasmem osobistych sukcesów i szczęśliwych chwil, zapominając o swoich najgłębszych potrzebach.

Chciałaby, by jej życie było doskonałe, a może wręcz czuła taką powinność jak w nerwicy - a jej serducho nie mogło dłużej już tego znieść !!!

Wiele naszych dolegliwości - jest właśnie natury psychosomatycznej: bóle głowy, alergie, problemy sercowe. A jakiekolwiek leczenie tych dolegliwości farmaceutykami jest leczeniem jedynie tego, co widać na powierzchni, a nie tego, co tę dolegliwość wywołało.

Leczenie chorób psychosomatycznych jedynie farmaceutykami jest tak naprawdę leczeniem na krótką metę, jest "zaleczaniem", które nie prowadzi do ogólnego zdrowia. Tutaj potrzebne byłyby bowiem konsultacje z psychologiem, psychoterapia.

Nie zamykajmy się na psychiczne cierpienie - jeśli cierpimy, bo prędzej czy później i tak coś w nas w końcu pęknie i wtedy dopiero będzie po ptakach. Uwierzcie, że łatwiej jest zapobiegać niż leczyć.

Warto uświadamiać sobie wszystkie emocje nawet te o tak zwanym znaku ujemnym i nie traktować ich NEGATYWNIE jako czegoś złego, niedobrego i w ogóle. Każda nasza emocja coś nam mówi o nas samych, bo to my ją wytworzyliśmy. Emocje nie pojawiają się jak grom z jasnego nieba, nie pochodzą z zewnątrz - one są nasze. Dbajmy o nie.

Odcinając się od emocji negatywnych, stawiamy mur dla emocji w ogóle, dla wszystkich: dla tych "bleee" i dla tych "ojej:)" - czyli pozytywnych. A odcinanie się od emocji stwarza nie tylko smakowitą pożywkę dla choróbsk fizycznych, ono - zabiera nam z życia szczęście.

Paradoks? Nazwijcie to jak chcecie, ale uważam, że szczęście w życiu polega na dostrzeganiu wielości jego odcieni, tonów, nasyceń, nawet tych niechcianych, nie uchodzących na pozór za przejawy szczęśliwego życia. A zwieńczeniem nauki takiego stosunku jest elastyczna, ale pewna siebie, w pełni akceptująca postawa - wobec TAK BARDZO pragnącej być szczęśliwą manifestacji naszej Natury...



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Randka z samoświadomością

sobota, czerwiec 20, 2009 15 komentarze

"Żyj chwilą" - znacie ten slogan? Na bank.

Hasło to powtarzane jest niemal na wszystkie możliwe sposoby, serwowane w najprzeróżniejszych formach, mniej lub bardziej zmodyfikowane wtykane między wersy piosenek, przekazy reklamowe, powtarzane przez media, które nieudolnie starają się wyznaczać trendy. Kto głośniej, kto dosadniej przekaże odbiorcom, że warto żyć chwilą. Dobre hasło, dobrze sprzedaje, kto by właściwie zastanawiał się co ono znaczy.

Co tak naprawdę oznacza żyć chwilą?


Często zastanawiam się nad rolą mediów kształtujących świadomość Polaków. Wielu ludzi nie widzi świata poza tym, co serwuje im telewizja, czy ich ulubione radio. Kloc plastiku z kineskopem albo mały tranzystorek staje się dla wielu jedynym oknem na świat, z którego należy, powinno się czerpać wiedzę. A raczej: niewiedzę.

Życie chwilą kojarzy się zatem wielu osobom z życiem na wysokich obrotach, napędzaniem mózgu kofeiną, nikotyną, czy alkoholem (a nawet twardymi dragami typu amfetamina, czy LSD), z szaleństwem w sklepach (wydawaniem ponad stan, zadłużaniem się na kartach kredytowych, kupowaniem bo akurat tylko teraz promocja).

Życie chwilą wielu osobom kojarzy się z szaleństwem w dyskotece kiedy to nowopoznany chłopak ("Naprawdę niezłe ciacho!") po postawieniu drinka zaprasza na przenocowanie u siebie ("A co mi tam! Raz się żyje!").

Życie chwilą wielu kojarzy się z tym, że wszystko co robimy, robimy raz w życiu - co oznacza, że należy na polskich jezdniach zasuwać 120h na godzinę i nie zważać na to, że może zaskoczy nas zakręt, którego nie zdążymy wyrobić. ("Wciskam gaz do dechy! Niech żyje młodość!!" a może: "niech żyje śmierć"?).

To nie tak, moi Drodzy. Moim zdaniem życie chwilą jest zupełnie czymś innym.


Życie chwilą jest w moim mniemaniu czymś na kształt przypominającym buddyjskie wyzbycie się swojego ego. Traktuje o tym tak zwana buddyjska Mała Droga.

Życie chwilą jest dla mnie czymś na kształt przypomnającym transgresję Kozieleckiego (kiedy wychodzimy ponad to, co serwuje nam kultura, zastany porządek czasów i obszarów a także indywidualne ograniczenia).

Życie chwilą jest zmianą dokonującą się wewnątrz nas, na najgłębszym poziomie. To jak wędrówka za samym sobą, którą doskonale Carl Gustav Jung streszcza w słowie indywiduacja.

Randka z samoświadomością jest dla mnie zawsze wydarzeniem, z którego czerpię energię na to, co przynosi dzisiaj. Tak - dzisiaj.

Wielu ludzi uważa bowiem, że skoro nie ćpają, nie szaleją ponad stan, nie nadużywają społecznie ustalonych norm - żyją właśnie chwilą. Przecież negują oni te wszystkie przykłady, które wymieniłem wyżej.

Bardzo sprytnie, ale to jeszcze nie to, Kochani.

Życie chwilą to tak naprawdę całkowite uwolnienie się z kajdan poczucia winy, żalu i gniewu, w które zakuła nas nasza przeszłość, lęku i niepewności tego, co nastąpi, w które wciąż próbuje zakuć nas nasza przyszłość. Aby całkowicie wyzbyć się z niszczących wpływów przeszłości i przyszłości, należy każdego dnia starać się z tym, co wczoraj i jutro - paradoksalnie zintegrować. Nie uciekać. Nie lękać się. Nie szperać jak w starej szufladzie tylko po to, aby uczucia nazwać i zostawić tak jak były - a przeżyć raz jeszcze, zaakceptować i pokochać.

Można dokonać tego z pomocą psychoterapeutycznych sesji lub próbując na własną rękę (co będzie o wiele bardziej trudne) - budować wizerunek samego siebie najbardziej prawdziwie, jak to tylko jest możliwe.

Prawda o nas samych (ta niepożądana) często boli, lecz i ból czasami jest konieczny, by wygrać walkę o własne szczęście.

Randka z samoświadomością niech stanie się Waszym sposobem na życie, by każdego dnia dodawała Wam energii ta siła, która drzemie właśnie w Was.

Uświadamiać sobie siebie - to bardzo trudne, nieustające zadanie. Jeśli chcecie nauczyć się tego dokonywać każdego dnia, nie musicie czytać żadnych poradników. Aby udać się na randkę z samoświadomością, nie musicie wcale czytać bloga PSYCHIKA.net. A jeśli już czytacie mojego bloga pamiętajcie o tym, że refleksje, które rodzą się we mnie i które w postaci cyfrowej trafiają do Was są jedynie mapą mojej osobistej wędrówki, ścieżki, po której stąpam...

Mapa może Wam pomóc eksplorować obszar, ale jedynie jej czytanie nie da Wam tych wrażeń, które z wędrówki czerpie sam Odkrywca...


Może zatem już dziś czas powiedzieć "Witaj Przygodo", udając się na własną randkę z samoświadomością ?




Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Prywatność w związku

niedziela, czerwiec 14, 2009 8 komentarze

Witajcie:) Zapraszam Was serdecznie do lektury tekstu o życiu w związku nadesłanego przez Sandrę Miszczak - Czytelniczkę PSYCHIKI.net. Integralny:)

Związek nie powinien być oparty na indywidualnym interesie osób, które go tworzą. Jego podstawa powinna zawierać sumiennie wytyczone granice prywatności.

Gdy zakochujemy się, chcemy wpuścić do całego swojego świata, drugą osobę. Zależy nam na częstych spotkaniach, wspólnych posiłkach i uzupełnianiu sobą każdej wolnej chwili. Z czasem wspólne życie determinuje udział ukochanego w naszym dniu i nocy. Wytyczenie granic prywatności w związku jest ciężką i długotrwałą pracą. Zbliża do siebie dwoje ludzi, ale też potrafi zakończyć nawet najbardziej udany związek.


Osobno, ale razem

W świecie par coraz częściej dominuje tendencja do tworzenia związku na zasadzie: jesteśmy razem, ale jednak osobno. Osobno mieszkamy, osobno pracujemy, osobno jemy, mamy osobnych przyjaciół. Dla siebie i partnera zostawiamy weekendy, lub co drugi wieczór połączony z przyjemną nocą. To dobry sposób na wspólne życie. – mówi Karolina, studentka polonistyki – Z Darkiem spotykam się dwa, trzy razy w tygodniu. Czasem wychodzimy do knajpki, czasami spędzimy razem noc. Żyjąc w ten sposób, zostawiamy sobie wolną rękę. Jest to bardzo wygodne, ponieważ ja mogę wyjść kiedy chcę i z kim chcę, a on dalej wychodzi na piwko z kumplami. Czy jednak warto dla „wygody” rezygnować z nauki kompromisu, która potrzebna jest w związku, ale na innych polach życia? Można zadać sobie pytanie czy taki związek, to faktycznie związek? Relacja dwojga ludzi, dzielących ze sobą życie? Narzucanie się partnerowi ze swoimi problemami, to jedno. Wspólne rozwiązywanie ich to podstawa wzajemnych relacji. Skoro Karolina wraz z Darkiem unikają tego typu zachowań, stanowią bardziej parę znajomych od czasu do czasu spotykających się i uprawiających seks. Tendencje do tworzenia związków na odległość, powodują również to, że więcej decyzji musimy podjąć idąc na kompromis. Podobnie, jak żyjąc ze sobą codziennie. Kiedy się spotkać? Co zjeść? Czy spotkać się po pracy, czy dopiero wieczorem? To również może być przyczyna rozpadu związku. Często w partnerach budzi złość, postawa drugiej osoby: chcę, ale znów nie mogę. Wygoda, nie zawsze podsuwa najlepsze rozwiązanie. Brak wspólnych spraw, pomniejsza szanse na bliskość.

To moje, to Twoje, a to jest nasze – wspólne

Związek nie powinien być oparty na indywidualnym interesie osób, które go tworzą. Jego podstawa powinna zawierać sumiennie wytyczone granice, przestrzegane przez partnerów, żyjących razem. Wyraźne powiedzenie sobie, co stanowi wspólnotę, a co zostaje odrębne to klucz do stworzenia pozytywnych relacji i szansa na udany związek. Od razu mówię, że łazienka moja! – śmieje się Anna, pracująca na jako zastępca dyrektora szkoły muzycznej. – Do rozstania z moim byłym partnerem doszło właśnie przez łazienkę. Nie mógł znieść moich perfum czy innych drobiazgów zajmujących większą jej część. Gdy zamieszkałam z Arturem, podjęliśmy decyzje o tym, co wspólne, a co osobne już na samym początku. Jedną z naszych decyzji było to, że nie będzie on narzekał na moją ilość kosmetyków w łazience i kobiecą dominację w tym obszarze domu. Pomogło to nam zachować trzeźwość myślenia w gorszych chwilach (śmiech). I do teraz mogę mieć łazienkę całą dla siebie... A on jest panem na kuchennych włościach. Zaczynając od takich granic jak Anna łatwiej później dojść do porozumienia w innych sferach życia. Zarówno pytania o czas powrotu do domu, jak i decyzja, kto dzisiaj kupuje masło, nie będą sprawiać trudności. Podział na moje – twoje – nasze, to złoty środek wspólnego życia. Każda para powinna oficjalnie ustalić granice swojej prywatności, nie ograniczając się tylko do sfery duchowej, cielesnej czy domowej, ale zahaczając też o swoje finanse i czas spędzany osobno (żebyśmy mogli za sobą zatęsknić).

Byle nie zatracić się w sobie

Zbytnie narzucanie się i zatracanie w partnerze, może prowadzić do rozpadu związku tak samo jak życie na odległość. Jedną z najczęstszych przyczyn, niemożności wypuszczenia partnera z rąk, jest zazdrość. To zazwyczaj ona powoduje przekraczanie granic prywatności partnera. Jest też przyczyną rozpadu wielu związków. Jednak gdy zbytnio przyzwyczaimy się do obecności drugiej osoby, i przestaniemy zauważać ją i jej potrzeby, oznacza to tak samo koniec bliskości. Bycie blisko siebie, nie musi być równoznaczne z rezygnowaniem ze swoich potrzeb, czy przyzwyczajeń. Nie bez powodu związek nazywamy często sztuką kompromisu. Kiedy chcę wyjść, zawsze umawiam się z mężem, że będę pod telefonem, że ma na mnie nie czekać. Ale mamy umowę, że zawsze wiemy, z kim wychodzimy i gdzie najprawdopodobniej będziemy. Takie rozwiązanie jest korzystne dla obu stron, które nie czują się osaczone. Podjęcie decyzji o kształtowaniu we wspólnym życiu, osobnego życia towarzyskiego pomaga zachować trzeźwość w związku. Ważne przecież jest racjonalne podejście do wszystkich, wspólnych, aspektów życia. Zbyt dużo wspólnych spraw, może także powodować wycofanie się i rozpad związku. Przez zaniknięcie sfer intymnych, osobistych, ludzie odsuwają się od siebie, odpychają coś, co ich ogranicza. Odbierają sobie tym samym szanse na zdroworozsądkową bliskość.

Mimo licznych problemów, zachowanie granic prywatności na różnych obszarach związku, pomaga wzmacniać go. Partnerzy darzą się większym zaufaniem i szacunkiem. Przy tym obydwoje zachowują poczucie niezależności, czy to uczuciowej, czy finansowej. Wtedy łatwiej jest racjonalnie podejść do wielu spraw. Życie w związku opiera się na empatii i otwartości. Robimy razem wiele rzeczy, wiele z nich musimy przejść osobno. Ale bycie ze sobą polega właśnie na konstruowaniu wspólnej rzeczywistości, w której żadna ze stron nie musi rezygnować z siebie.

Sandra Miszczak

Autorka artykułu (na zdjęciu) tak mówi o sobie:

Nazywam się Sandra:) Studiuję na wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej, w DSW we Wrocławiu, na specjalności media cyfrowe i komunikacja elektroniczna. Interesuję się webdesignem, badaniami internetu, i coraz bardziej zajmują mnie social media. Psychologią zajęłam się już w liceum, ponieważ lubię rozmawiać z ludźmi i poznawać różne zakamarki ludzkiego umysłu.


Dziękuję Tobie, Sandro, za nadesłanie bardzo ciekawego artykułu:) !

Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Widzisz palec czy dwa?

sobota, czerwiec 13, 2009 8 komentarze

Dzisiejszy wpis dotyka neuronauki (czyli nauki o mózgu), która również powiązana jest z psychologią.

Czy to co widzimy - jest zawsze prawdziwe?

Spróbujcie zrobić taki prosty, lajtowy a zarazem bardzo ciekawy eksperyment.


Unieście jednego palca przed siebie - w odległości około 15-20 centymetrów od oczu. Popatrzcie teraz na tło za palcem (np. ściana, meble, telewizor), lecz jednocześnie bądźcie świadomi, że trzymacie przed sobą palec.

Pytanie: ile palców widzicie?


Autorka tekstu na ten temat Susan R. Barry znajdującego się na blogu PsychologyToday.com, uspokaja nas, że jeśli widzimy dwa palce to jest to całkowicie normalne (angielska nazwa tego zjawiska to physiological diplopia). Dzieje się tak, ponieważ kiedy koncentrujemy się na obiektach odległych, nasze oczy przystosowują się do obserwowania dali. W związku z tym bliższy obraz palca "wyświetla się" na innych obszarach siatkówek każdego oka (lewego i prawego), dlatego widzimy obraz podwójnie.

W życiu codziennym nie jesteśmy raczej świadomi istnienia takiego zjawiska, jednak jest ono powszechne.

Który palec jest prawdziwy: ten który widzimy lewym czy prawym okiem?

Aby to sprawdzić powtórzcie ten sam eksperyment a drugą ręką spróbujcie uchwycić najpierw jeden a później drugi palec.

Całkiem prawdopodobne, że uda Wam się uchwycić tylko jeden z nich !

To masz mózg w życiu codziennym wybiera właściwe obrazy różnych obiektów i decyduje, które uznajemy za te "prawdziwe", ocenia których usytuowanie w przestrzeni jest adekwatne, dzięki czemu również możemy manipulować obiektami.

Ciekawe, prawda?

PS. Pamiętajcie, że eksperyment należy robić na trzeźwo;)



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Najbardziej przyziemne uczucie świata

piątek, czerwiec 12, 2009 27 komentarze

Lubię czytać o miłości.
Wznoszę się wtedy wraz z ideą twórcy, pod nieboskłon znaczenia słów, którymi maluje to wspaniałe uczucie.

Chwilę później przychodzi jednak zrozumienie...


Nadziewane metaforami jak czekolada z bakaliami opisy miłości każą czytelnikowi myśleć

- Boże, to jest ponad mną. Kiedy ja to osiągnę? Pewnie nigdy.

Guzik prawda.
Miłość opisywana przez poetów jest tą samą miłością, którą możesz spotkać w swoim życiu również Ty. Manifestacja siły najpiękniejszego uczucia na świecie może przeniknąć również Twoje życie, bo każdy ma prawo i zdolności, aby odnaleźć szczęście w miłości.

Krew mnie zalewa, kiedy ludzie czytając poetę potrafią zachłysnąć się jego słowami, na chwilę odlecieć a zaraz potem ocknąć się i rzec:

- Ten to potrafił kochać.

- Jak kochać? - pytam wtedy

- Kochać pięknie.

- A Ty tak nie potrafisz?

- Ja jestem tylko... zwykłym człowiekiem. Nie potrafię tak się wznosić.


---
Postanowiłem, że na swoim blogu rozwieję wątpliwości wszystkich tych, którzy myślą podobnie.
Miłość jest najbardziej przyziemnym uczuciem świata! Bowiem tylko konfrontacja z rzeczywistością ubranych w to uczucie, dotknięcie ziemi i wspólne rozwiązanie może świadczyć o jego prawdziwej sile.

Co to oznacza w praktyce?

Często ludzie myśląc, że kochają prawdziwie, opuszczają partnera w chwilach trudnych, bo wydaje im się, że takie i takie wydarzenie (na przykład sprzeczka o pieniądze) "zabrudziło" czystość ich uczucia, a tym samym, że zniszczyło ich miłość. Pytam się wtedy: czy to była miłość czy raczej jej wyobrażenie?

- Zawsze rzucam laskę, kiedy zaczyna się rządzić, nie będzie rządzić mną baba.

- Mój chłopak był kiedyś dobrym skejtem, potrafił czynić cuda na deskorolce, od kiedy miał poważną kontuzję, nasza miłość osłabła, nawet Piotrek, który teraz jest najlepszym skejtem w dzielnicy to zauważył i mi o tym powiedział.

- Nie chodzi mi o seks, on po prostu się zmienił, poza tym na początku znajomości nigdy mi nie mówił, że najpierw ślub a dopiero później sprawy łóżkowe.


Tak, tak. Bohaterowie wyżej wymyślonych stanowisk to osoby zupełnie przypadkowe, a przecież ich sądy wcale nie są nam tak odległe. Kiedy tylko coś w ich związkach stanęło im na przeszkodzie, wolą się wycofać. Słuchajcie, co teraz powiem. Oni wszyscy mogą nauczyć się kochać prawdziwie, jeśli zrozumieją, że miłość wymaga poświęceń, jeśli ujrzą miłość nie jak piękne uczucie, które sobie samo do nich przychodzi w doskonale przyrządzonej formie - a uczucie, nad którym trzeba stale pracować, tak jak rzemieślnik pracuje nad swoim dziełem, jak kowal kujący podkowę.


Uważnie, cierpliwie, z czułością.

Poeci mówią pięknie o miłości, ja się z tym zgadzam i dodaję:

- Miłość jest najbardziej przyziemnym uczuciem świata :) Trzeba o nie ciągle dbać, pielęgnować każdego dnia, bo tylko wtedy pozwoli nam NAPRAWDĘ odlecieć :D

A co Wy o tym myślicie, Panie i Panowie ?



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Gdzie ta wolność?

sobota, czerwiec 06, 2009 11 komentarze

Żyjemy w wolnym, demokratycznym kraju. Nasza gospodarka jest wolnorynkowa, ten kto ma coś lepszego do zaoferowania klientowi za niższą cenę wygrywa. Mamy prawo wyboru ideologii, religii, sposobu naszego życia.

Ale czy w świetle podstawowych paradygmatów psychologicznych naprawdę jesteśmy wolni?


Psychoanaliza klasyczna dziadka Freuda mówi, że wszystkie nasze zachowania są motywowane popędami seksualnymi. Czy chcemy tego czy nie, na to jacy jesteśmy dzisiaj nie decydują nasze "wolne" wybory a dzieciństwo, wczesne relacje z rodzicami, nasze uczucia wobec nich. Wewnętrzne konflikty decydują o tym, jak postępujemy - nasza nieświadomość sprawia, że działamy, myślimy, mówimy, robimy tak jak nam ona każe.

Psychologowie behawioralni utrzymują, że nasz sposób zachowania ukształtowany jest przez system kar i nagród, który przyswajamy sobie od początku życia. Jeśli Twój rodzic miał skwaszoną minę, kiedy pierwszy raz zaśpiewałaś, potraktowałaś to jako "karę", czego skutkiem jest to, że nie jesteś dziś piosenkarką. Kiedy nawet jeszcze jako dziecko, czy młodzieniec wysuwałeś nieśmiałe plany kim chcesz być - a rodzic uśmiechnął się kiedy mówiłeś o zawodzie prawnika, całkiem prawdopodobne, że dziś po tylu latach będziesz akurat nim. Dla behawiorystów każda reakcja jest spowodowana konkretnym bodźcem, a więc wolność wyboru jest wątpliwa.

Psychologowie humanistyczni głoszą swoje nauki, że każdy człowiek powinien odkryć swoje powołanie (w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu) i urzeczywistniać się, czyli robić to co kocha. Mimo to wolność człowieka jest ograniczona przez normy społeczne i choćbyś miał poczucie, że Twoja samorealizacja będzie wykonywała się poprzez Twoją pasję malowania graffiti na pociągach to to nie przejdzie, kiedy Policja powie Ci "STOP KOLEGO, PROSZĘ Z NAMI".

Podobnie w psychologii poznawczej, nasza wolność wydaje się być ograniczona przez schematy poznawcze, jakimi się posługujemy w życiu. Wyobraźcie sobie, że idąc do sklepu zauważacie faceta, który leży na trawniku. Co sobie pomyślicie: upił się czy zemdlał? Prawdopodobnie Wasze przekonanie będzie uwarunkowane tym, o czym myśleliście, z czym mieliście styczność wcześniej. Nasze przekonania budują nam struktury, które nie pozwalają myśleć prawdziwie elastycznie. Jak klatki dla papug.

Gdzie zatem jest ta wolność? Czy człowiek jest naprawdę zniewolony?

Moim osobistym zdaniem samo trzymanie się jakiejkolwiek myśli paradygmatycznej zbyt sztywnie, jest ograniczeniem wolności, bo przecież to tylko teorie a nie rzeczywistość. Prawdziwa wolność polega na integracji wielu teorii i przyjęcia za pewnik, że to nie wszystko, że jest coś jeszcze, czego żadna nauka nie opisze.

Samoświadomość procesów dziejących się w nas samych, w społeczeństwie w jakim żyjemy, uwzględniając wszelkie idee sterujące jakimkolwiek zachowaniem jednostek czy grup - jest kluczem do dotknięcia prawdziwie czystej wolności.

Wolność jest w nas. Dajmy jej wypłynąć - samej z siebie, a paradygmaty traktujmy jako próbę ujęcia psychologicznej rzeczywistości. Bo faktycznie są one tylko próbą.

Jeśli nauczymy się obserwować świat takim jakim jest, całościowo plus pewna niewiadoma, wtedy staniemy się wolni. Takie jest przynajmniej moje zdanie.

A czy Wy czujecie się wolni?






Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Łezka w oku

piątek, czerwiec 05, 2009 11 komentarze

Nieubłaganie zbliża się koniec moich studiów. Dziś mam bal absolutoryjny, a za dwa dni - absolutorium. Obrona pracy magisterskiej najpóźniej we wrześniu.

Cholernie cieszę się, że koniec studiów tuż tuż, a jednocześnie jak o tym myślę kręci mi się łezka w oku. Studia to był fajny czas...


Pamiętam jak zaczynałem studia.
Beztroska pierwszego roku pochłaniała mnie bez reszty. Pierwsze starcia z doktorami, o to kto ma rację. Imprezy, plenery, juwenalia.
"Juwe Juwe Juwenalia kto się nie bawi ten kanalia!"
To były czasy.

Pamiętam jak zakuwałem w czasie sesji do psychologii poznawczej.
Mnóstwo tam było regułek i naprawdę trzeba było przysiąść do tego przedmiotu. Wystarczyło mi jednak zapału, aby zrozumieć tematy, które trudnością przypominają rachunek różniczkowy po to - aby nauczyć się jeszcze metodologii badań naukowych.
Było hardkorowo.

Pamiętam chwile napięcia, gdy po raz pierwszy szedłem na staż do szpitala psychiatrycznego.
Kiedy osoby chore testowały moją czujność, zadając mi podchwytliwe pytania a ja z serdecznym uśmiechem zachęcałem je do powrotu rzeczywistości.
Bywało różnie.

Dziś wiem, że koniec studiów coraz bliżej. Na pewno będzie mi brakowało tego klimatu, dlatego jak to piszę to kręci mi się łezka w oku.

Jestem świadomy tego, że koniec studiów nie jest końcem edukacji psychologa. Mam kilka dalszych opcji na przyszłość, ale jak będzie, czas pokaże.

A jak to było u Was kiedy kończyliście studia ?

No dobra nie będę już smęcił, możecie życzyć mi za to dobrej zabawy dzisiejszego wieczoru na balu :)




AKTUALIZACJA POSTA GODZINA 13:50

Mile zaskoczyły mnie pierwsze oferty pracy, które po publikacji tego postu dziś rano otrzymałem (w sumie nie ma się co dziwić w końcu czyta mnie blisko sześćset użytkowników dziennie :)). Aby wprowadzić porządek w mojej skrzynce mejlowej, proszę o tytułowanie ich: OFERTA PRACY DLA PSYCHOLOGA. Adres oczywiście: integralny@gmail.com. Nie będę robił żadnego wyścigu szczurów czy licytacji. Każdą ofertę dokładnie analizuję, ponieważ zależy mi na kilku szczególnie ważnych dla mnie aspektach pracy.






Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Seks i jedzenie

czwartek, czerwiec 04, 2009 12 komentarze

Jesteś facetem? Lepiej zastanów się, co jesz.

Okazuje się bowiem, że jedzenie może w istotny sposób wpływać na nasze zdolności seksualne.


Jak pisze dietetyczka Susan McQuillan na blogu PsychologyToday.com nie ma żadnych powodów, aby wierzyć tym, którzy mówią, że jest jakiś określony posiłek, którego spożywanie wpływa na naszą długość życia, potencję seksualną lub też pozwala w większym stopniu czerpać satysfakcję z seksu. Nie ma po prostu na to dowodów.

Istnieją jednak przesłanki ku temu, aby sądzić że rodzaj diety, który jest podstawą naszego odżywiania w istotny sposób wpływa na naszą zdolność do reprodukcji. Wpływa również na nasz dobrostan psychiczny i fizyczny. Oczywiście zdrowo skonstruowana dieta nie sprawi, że w jednej chwili sprawność seksualna się poprawia, bo to nie magia. Zdrowa dieta pomaga za to przygotować organizm do zdolności reprodukcyjnych na poziomie czysto biologicznym.

To trochę tak jak z komputerem. Choćbyśmy mieli najdroższy, bo najmodniejszy program, czy grę - to za Chiny Ludowe jej nie odpalimy, jeśli mamy kompa z przestarzałym procesorem i 32 mega RAMu :) Zdrowa dieta wpływa na budowanie tego "hardwaru", aby móc odpalić "program" ;)

Susan McQuillan nie jest gołosłowna. Przytacza wyniki niedawno publikowanych badań naukowych w centrach leczenia bezpłodności w Hiszpanii, które jednoznacznie stwierdzają, że:

Sperma "produkowana" (heh, jak to brzmi) przez mężczyzn, których dieta złożona jest z większej ilości owoców, warzyw i produktów o niskiej zawartości tłuszczu jest o wiele wyższej jakości niż sperma mężczyzn, którzy pochłaniają ogromne ilości mięsa i produktów wysokotłuszczowych. Poza tym faceci jedzący dużo mięcha produkują mniej spermy.

Szkoda, że autorka nie przytacza tego typu badań dotyczących kobiet. Wydaje się jednak być logiczne, że zdrowo odżywiające się kobiety mają również o wiele więcej sił witalnych. Generalnie to co jemy dzisiaj wpływa na to, jacy zdrowi będziemy za pięć, dziesięć, czy dwadzieścia lat.


Zgadzam się z tym, że rodzaj jedzenia niewątpliwie wpływa na nasze zdrowie, psycho-fizyczny dobrostan. Sam jestem zwolennikiem raczej bezmięsnego sposobu odżywiania się, choć nie jestem jakimś radykalnym wegetarianinem (bo zdarza mi się zjeść coś mięsnego). Generalnie gotuję w chacie (np. ogórkową), lubię też sobie czasami pójść do baru wegetariańskiego i wszamać kiełki. Ale zjem też schabowego.

Pamiętajcie, że oprócz posiłków obfitych w owoce i warzywa, ważne jest też to, aby codziennie zaczynać dzień od śniadania. Nie kawsko, nie papieros - ale smakowite kanapeczki z serkiem, sałatką i pomidorkiem (na przykład).

To by było na tyle.
Smacznego :)



PS.1. Na naszą witalność nie wpływają jedynie kwestie żywieniowe. Ważna jest też odpowiednia ilość ruchu (sporty), unormowana długość snu (a nie że śpimy po 3 godziny na dobę, bo są ważniejsze sprawy), odpowienia ilość relaksu po ciężkiej pracy, czy studiach (aby zredukować poziom stresu), lecz również dobrej jakości czysto psychologiczne kontakty z partnerem.

PS.2. Nie rozumiem jak niektórym moim znajomym może smakować chleb ze smalcem (bleee!).


Na podstawie tekstu Susan McQuillan dostępnego w oryginale tutaj.



Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Czytaj dalej >>

Czy małżonkowie są szczęśliwsi niż single?

poniedziałek, czerwiec 01, 2009 14 komentarze

Psychologowie - badacze coraz częściej stwierdzają, że osoby, które pozostają w związkach małżeńskich czują się szczęśliwsze, wykazują się lepszym zdrowiem psychicznym i fizycznym - niż osoby samotne, owdowiałe lub pozostające w separacji.

Czy zatem małżeństwo uszczęśliwia ?


Wiele sondaży wskazuje na to, że faktycznie małżeństwo uszczęśliwia. Żonaci mężczyźni i zamężne kobiety deklarują wyższy poziom poczucia szczęścia niż nieżonaci panowie i niezamężne panie.

Wyniki badań Veenhovena w 1994 roku wykazały, że osoby pozostające w małżeństwie są szczęśliwsze od osób pozostających we wszelkich innych formach życia razem (np. "żyjąc jak mąż z żoną") oraz osób we wszelkich formach życia w pojedynkę (single, owdowiali, rozwiedzeni, żyjący w separacji). Dodatkowo wyższym wskaźnikiem poczucia szczęścia - wykazali się "żyjący jak mąż z żoną" wobec żyjących samotnie. To oznacza, że najbardziej "szczęściogennym" okazuje się być na pierwszym miejscu - życie w małżeństwie a na miejscu drugim życie w tak zwanym konkubinacie (wiem, to słowo brzydko brzmi).

Zdrowie psychiczne również wydaje się być zależne od tego, czy dana osoba żyje w związku małżeńskim czy też nie. Brown i Harris w 1978 roku wykazali w swoich badaniach, że depresja wystąpiła tylko u 10 % kobiet, które doświadczyły w swoim życiu traumatycznego wydarzenia a które miały wsparcie u partnera - w porównaniu z depresją występującą aż u 41 % kobiet , które doświadczyły czegoś dla nich ciężkiego a nie miały partnera. Ciekawe...

W innych badaniach wykazano, że małżeństwo ma większy wpływ na poczucie szczęścia kobiet (autorzy badań Whood, Rhodes, Whelan), inne z kolei, że bardziej służy facetom (badania Gove'a). Komu to wierzyć :) ?

Okazuje się również (badania Glenna i Weavera), że posiadanie dzieci wpływa negatywnie na poczucie szczęścia w małżeństwie, przy czym najkorzystniej jest posiadać dwójkę lub trójkę dzieci. Mnie osobiście bardzo dziwi to, że posiadanie dzieci wpływa negatywnie, bo wydaje mi się, że z wychowywaniem swojego potomstwa łączy się - owszem wiele wyrzeczeń ale i wiele radości.

Szczęście w małżeństwie zależy również od etapu, na którym dane małżeństwo obecnie się znajduje. Walker w 1977 roku wykazał, że najszczęśliwszymi okresami dla małżonków są etapy tak zwanego okresu miodowego (hmm... można się domyślić:) ) oraz okres tak zwanego "pustego gniazda" (kiedy to "odchowane" dzieci opuszczają dom rodziców, by założyć własne rodziny). Najgorszymi okresami dla małżeństw są natomiast okresy, kiedy ich dzieci są poniżej piątego roku życia (no tak, to przecież trudny dla rodziców czas, nieprzespane noce, bo dziecko płacze itd.) oraz kiedy są nastolatkami (ach to dorastanie, te młodzieńcze bunty).

Mówiąc o związku małżeństwa z poczuciem szczęścia można by się zastanowić, co było pierwsze. To znaczy, czy małżeństwo powoduje szczęście, czy szczęście powoduje, że ludzie mają większe szansę na związek małżeński. Dane statystyczne wskazują na to, że 90 % społeczeństwa się pobiera - a więc raczej druga opcja odpada.

Dlaczego małżeństwo uszczęśliwia?

Związek małżeński jest znakomitym źródłem wsparcia społecznego, dużo większym niż przyjaciele i znajomi. Na to wsparcie składa się wsparcie emocjonalne, materialne oraz koleżeńskie. Tyle dobrodziejstw tkwi w małżeństwie :)

Okazuje się, że osoby pozostające w małżeństwie mają bardziej pobudzony układ odpornościowy, co wpływa pozytywnie na ich zdrowie. Zakochane młode pary czują się szczęśliwe, ponieważ w ich życiu jest wiele emocji pozytywnych. Posiadanie partnera czy partnerki łączy się też z satysfakcją z seksu, z możliwości spędzania razem wolnego czasu itd. Małżonkowie bardziej dbają o swoje zdrowie, mniej piją i palą, nawzajem "posyłają" się do lekarzy, po prostu wspierają się w kwestiach zdrowotnych.

Będąc w małżeństwie, zawsze można też do kogoś się wygadać, powierzyć współczującemu partnerowi swoje troski, podzielić się problemami, co niewątpliwie pomaga zachować równowagę emocjonalną. Badania Vanfossena wykazują, że dzięki temu, że kobiety są dużo lepszymi słuchaczami niż mężczyźni - to właśnie faceci mają większe korzyści z małżeństwa jeśli chodzi o wskaźnik zachorowalności na depresję (żonaci faceci chorują rzadziej, niż zamężne kobiety, bo kobiety słuchają o ich problemach jakościowo lepiej niż - oni o problemach kobiet).

Uff, dość tych wyników badań.

Trudno mi się jednoznacznie ustosunkować do zagadnienia, czy małżeństwo naprawdę uszczęśliwia. Małżeństwo może uszczęśliwiać, lecz też może być przyczyną wielu konfliktów.

Ogólnie jestem zdania, że faktycznie małżeństwo może uszczęśliwiać - pod warunkiem jednak, że związek ów będzie oparty na zdrowej relacji, na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. W każdym związku czasami pojawiają się te gorsze chwile, jednak wspólne przezwyciężenie ich może prowadzić do jeszcze lepszej jakościowo, głębszej relacji. A co za tym idzie - do większego poczucia szczęścia :)

A jakie jest Wasze zdanie?




Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net


Literatura: Janusz Czapiński 2004 "Psychologia pozytywna - nauka o szczęściu, zdrowiu, siukowe Literatura: Janusz Czapiński 2004 "Psychologia pozytywna - nauka o szczęściu, zdrowiu, sile i cnotach człowieka", Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN

Jeśli jeszcze nie czytaliście, zapraszam Was również do zapoznania się z notką "Religijność uszczęśliwia?" opublikowaną nie tak dawno na blogu PSYCHIKA.net.

Czytaj dalej >>
Jeśli chcesz poczytać inne psychologiczne (i nie tylko) teksty - wybierz sobie dowolny miesiąc z archiwum PSYCHIKI.net. Opcja ta znajduje się w kolumnie po prawej stronie u góry bloga. Miłej lektury :)