FAJNIE! Otrzymuj powiadomienia o nowych tekstach na Twój E-mail:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia kliniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia kliniczna. Pokaż wszystkie posty

Schizofrenik - do psychiatryka czy... do pracy?

środa, sierpień 27, 2008 4 komentarze


Zauważyłem, że sporo z Was zainteresował artykuł o schizofrenii. Chodzi o artykuł "Jak rozwija się schizofrenia?". Generuje on olbrzymi ruch na stronie, co znaczy, że tematyka Was interesuje.

Czy właściwie jest dobra metoda na leczenie schizofrenii?



Jeśli masz w domu kogoś, kto cierpi na schizofrenię, ten problem na pewno bardzo Cię interesuje. Trudno jest bowiem patrzeć na bliską osobę, jak cierpi.

Jak tkwi ciągle w tym swoim bardzo odbiegającym od rzeczywistości – świecie.

Moim zdaniem (i nie tylko moim, bo wielu psychologów uważa podobnie – a ja to potwierdzam), najlepszą metodą na leczenie schizofrenii, w momencie kiedy choroba jest lżejsza jest – praca wśród ludzi.

Największym błędem jest wysłanie osoby chorej do szpitala psychiatrycznego - bez wspomagania terapeutycznego. Tam, osoba chora na schizofrenię (nawiasem mówiąc bardzo wrażliwa osoba), jest jakby „wrzucona” pośród wiele różnych osób cierpiących na inne choroby.

Użyłem słowa „wrzucona”, bo tak jest, że osoba taka jest tam bierna. To znaczy jest poddana – a przez żadnego psychiatrę nie jest traktowana jak osoba, tylko jak „przypadek chorobowy”.

Tak nie może być leczona schizofrenia.

Co więcej, osoba, która raz idzie (czy raczej zostaje wysłana) do szpitala psychiatrycznego na leczenie – najprawdopodobniej tam wróci. Bo przecież jak raz już była i jej pomogło – to niech idzie drugi raz! To nie jest „narzekaniowe” myślenie Polaków, czy osób, które są pesymistami – to normalne myślenie SPOŁECZEŃSTW, które „skracając” sobie myślenie przylepiają etykiety do ludzi.

Ktoś wystąpił raz w telewizji i uprawiał sex w jakuzzi

- i jest gwiazdą !

Ktoś zmodyfikował utwór muzyczny dodając kilka nut do refrenu i opatentował utwór jako swoje „dzieło”

- i jest kompozytorem!

KTOŚ RAZ BYŁ W PSYCHIATRYKU

- I OD TERAZ JEST WARIATEM !!!


Na tym to mniej więcej polega. Etykietowanie ludzie jest bardzo modne i wygodne, bo nie wymaga wielkiego wysiłku umysłowego, a człowiek z natury jest leniwy i nie chce mu się myśleć – a co gorsze – zbliżyć do czegoś co nieznane....

„CO” CHORE!

Czy chcesz, aby osoba z Twojego bliskiego otoczenia a która jest chora była tak traktowana – przez lekarzy – przedmiotowo zamiast podmiotowo?

Tak samo po wyjściu ze szpitala, nie będzie już Markiem, Anią, Kasią, będzie wariatem lub wariatką – a to z pewnością nie pomoże mu / jej na wyjście z choroby.


Myślę, że bardzo dobrym rozwiązaniem dla osób chorych na schizofrenię (jak się okazuje często mądrych, wykształconych, wrażliwych estetów i artystów) – jest aktywizowanie ich zawodowo, aktywizowanie do jakiejkolwiek pracy.



Dobrym rozwiązaniem dla osób chorych na schizofrenię (i nie tylko) będzie uczęszczanie przez nich na świetlice, do ośrodków wsparcia typu Fountain House (Dom pod Fontanną). Tutaj macie link do takiego domu w Poznaniu – kliknij Fountain House.

Z pewnością w Waszej okolicy jest mnóstwo jeśli nie takich to podobnych domów czy świetlic.

Osoby, które tam przychodzą – uczą się pracy w grupie, uczą się życia w społeczności. Tworzą, rozmawiają, grają.

Czują się potrzebne i doceniane.

Wzrasta ich poczucie wartości i poczucie sprawstwa.

Są zachęcane do codziennych analiz, do poprawy swojego zachowania, do monitorowania swojej osoby.

Do stawania się zdrowszym i szczęśliwszym człowiekiem.

Uczą się jak żyć wśród innych ludzi – o mniejszym lub większym stopniu nasilenia choroby.




A przede wszystkim – chorzy tam przebywający - SĄ TRAKTOWANI JAK OSOBY !


A oto fragment o działalności Domu pod Fontanną w Poznaniu (całość na ich stronie internetowej) tutaj:

"Działalność Domu "Pod Fontanną"

Środowiskowy Dom Samopomocy “Pod Fontanną” w Poznaniu jest pierwszą w Polsce placówką opartą na międzynarodowym modelu “Fountain House”, przeznaczoną dla osób z problemami zdrowia psychicznego. Funkcjonuje od sierpnia 2001 roku. Założycielem Domu jest Stowarzyszenie Osób i Rodzin na Rzecz Zdrowia Psychicznego “Zrozumieć i Pomóc”, skupiające ludzi, którym na sercu leży dobro osób z zaburzeniami psychicznymi.
ŚDS “Fountain House” w Poznaniu zapewnia wsparcie 50 osobom po przebytym kryzysie psychicznym, głównie osobom z rozpoznanie schizofrenii. Jednocześnie, w związku z dużym zapotrzebowaniem na usługi rehabilitacyjne skierowane do osób chorych psychicznie, Stowarzyszenie w 2004 roku powołało do życia drugi w Poznaniu Dom oparty na modelu “Fountain House” — ŚDS “Zielone Centrum”, w którym z kolei wsparcie znajduje 70 użytkowników".




Ważne jest, aby każdy chory człowiek był traktowany – przede wszystkim jak człowiek a dopiero później jak osoba chora na schizofrenię, dlatego popieram tego typu Ośrodki.

Leczenie farmakologiczne powinno być uzupełniane bardzo ważnym terapeutycznym elementem:

- pracą wśród ludzi!

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

ŚMIEJE SIĘ NA POGRZEBIE! „Prostak” czy aleksytymik?

piątek, sierpień 22, 2008 6 komentarze

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że istnieje taka choroba jak aleksytymia. Jest to zaburzenie osobowości, które może dotknąć praktycznie każdego – niezależnie od pochodzenia – a które objawia się tym, że osoba nie potrafi adekwatnie reagować na spotykające ją sytuację – pod względem emocjonalnym.


Taka osoba może na przykład być zła, kiedy dostanie to, czego zawsze pragnęła. Równie dobrze może przejawiać zawstydzenie lub agresję. Może też "nie odczuwać nic". Po prostu jej reagowanie emocjonalne jest rozregulowane.

Może też się przydarzyć, że wybuchnie śmiechem – na pogrzebie, choć tak naprawdę nie będzie jej wcale do śmiechu.

Jest to specyficzne zaburzenie osobowości, nazywane również „analfabetyzmem emocjonalnym”.

Taylor wraz ze współpracownikami wyróżnia takie cechy syndromu aleksytymii:

-aleksytymik nie jest zdolny do werbalizacji (czyli nazywania) odczuwanych emocji

-osoba cierpiąca na aleksytymię nie będzie odróżniała pobudzenia emocjonalnego od emocji

-aleksytymik ma ubogi świat wyobrażeniowy

-styl myślenia operacyjny (koncentracja na powierzchownych zjawiskach, na konkretach, brak umiejętności szukania istoty sprawy – która jest głębiej ukryta)


Aleksytymicy mają wąskie zainteresowania, nie potrafią marzyć, snuć planów. Ich życie wewnętrzne jest ubogie – a na dodatek mają do niego ograniczony dostęp. Źle radzą sobie ze stresem, nie potrafią szukać wsparcia u innych osób.

Aleksytymia łączy się z neurotyzmem, introwersją i niską otwartością na doświadczenia.

Kiedy aleksytymik tłumi swoje prawdziwe emocje – może prowadzić to do wielu chorób psychosomatycznych (takich, gdzie choroba umysłu wpływa na chorobę ciała).

Być może spotkasz się kiedyś z nieadekwatną reakcją emocjonalną jakiejś osoby. Zanim ją ocenisz, zastanów się, czy może nie cierpi na aleksytymię.



Śmiać się na pogrzebie może osoba złośliwa, niekulturalna – ale i aleksytymik – zupełnie niezdolny do kontrolowania swoich „dziwacznych” dla otoczenia stanów emocjonalnych.

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

"Defekt schizofreniczny" - trwała zmiana osobowości po przebytej schizofrenii

piątek, sierpień 15, 2008 2 komentarze

Schizofrenia powoduje wielkie spustoszenie w psychice człowieka. W artykule Jak rozwija się schizofrenia, który opublikowałem tydzień temu na PSYCHICE.net – wspomniałem o porównaniu rozwijania się schizofrenii do pożaru.



"Wyobraźcie sobie pożar, który w pierwszej fazie wybucha – w drugiej pali się spokojnie – w trzeciej gaśnie – pozostawiając po sobie popioły, zgliszcza i zniszczenia."

To, co zostawia po sobie schizofrenia nazywane jest często „defektem schizofrenicznym”. Jest to trwała zmiana osobowości człowieka – po przebytej schiozfrenii.

Osoby, które przeszły schizofrenię mogą być drażliwe, oziębłe uczuciowo, nieufne.
Mogą izolować się od ludzi i zagłębiać się we własnym świecie.

Bądź też zupełnie na odwrót: jako posłannicy – będą udzielać się społecznie – aż nadto.

Kępiński uważa, że nazwa „defekt schizofreniczny” – nie do końca oddaje charakter tej zmiany osobowości, ponieważ samo słowo „defekt” sugeruje jakiś ubytek czy wadę. W istocie jednak „defekt” ten może uzewnętrzniać się w prawdziwie altruistycznych przedsięwzięciach, które społecznie są pochwalane, aprobowane i wynagradzane.



Ludzie po przebytej schizofrenii mogą czuć, że żyją po to – aby budować, tworzyć i rozwijać kontakty – aby służyć jakiemuś wyższemu Celowi. Jednocześnie zawsze będą oddawać coś w zamian – a mianowicie samego siebie, swoje radości, uczucia, emocje. Prawdziwe międzyludzkie ciepłe więzi będą cierpiały z powodu konieczności budowania więzi służących Celowi. Osoby takie mogą stać się WIELKIMI SPOŁECZNIKAMI.

Czasami defekt schizofreniczny jest bardzo dyskretny. Wręcz niedostrzegalny „gołym okiem”, często wymyka się rutynowym badaniom psychiatrycznym.

Przejawia on się jednak w 3 sferach:

1) Dynamika życiowa – oczywiście obniża się. Inni ludzie, którzy obserwują osobę po przebytej chorobie, widzą, że coś się w niej „załamało”, że wygasło w niej życie. Taka osoba wydaje się już żyć – tylko dlatego, że ma obowiązki do wypełnienia, czy misję. Nie raduje się życiem. Nie cieszy się, że słońce wstaje i zaczyna się nowy dzień, nie raduje się pięknem zachodzącego słońca i szeroką gamą kolorów, jakie wówczas pojawiają się na niebie. Nie czuje Chwili, przestaje być wrażliwa na muzykę, dźwięki. Osoba taka jest jakby „ospała” – z tym, że „nie śnią jej się ani koszmary ani przyjemne sny”. Nie marzy. Jest jakby w innym świecie.

2) Stosunek do ludzi – osoba taka jest nieufna, podejrzliwa, izoluje się emocjonalnie.

Ma jednakową twarz dla każdego. Bliscy skarżą się, że osoba ta zdystansowała się od nich, że nie wdaje się w związki emocjonalne, natomiast dalsi znajomi – uważają, że osoba taka stała się bardziej życzliwa, bardziej seredczna.

Przedchorobowe związki uczuciowe są zniekształcone.

3) Wzrost drażliwości, imulsywności, nieadekwatnego reagowania emocjonalnego. Osoba po przebytej schizofrenii może mieć bardzo zmienne nastroje, będą przeważać u niej reakcje negatywne, kontakt ze światem będzie dla nich czymś nieprzyjemnym, przykrym.

Osoba, która przeszła schizofrenię – nie jest już tą samą osobą, którą była wcześniej. Jej psychika nosi "defekt schizofreniczny".

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Jak rozwija się schizofrenia?

środa, sierpień 06, 2008 10 komentarze

Schizofrenia – nazywana jest czasami ”królową chorób psychicznych”. Mimo podobnych objawów osiowych choroby (autyzmu i rozszczepienia) – poszególne przypadki choroby bardzo różnią się od siebie.

Każda chora osoba doświadcza różnej intensyfikacji emocji, a także przypisuje zdarzeniom odmienne znaczenia.

Kępiński wyróżnia trzy fazy rozwoju schizofrenii. Oczywiście nie u każdego musi wystąpić każda z tych faz.


Pierwsza faza to FAZA OWŁADNIĘCIA.

Biorąc pod uwagę fakt, że najczęściej na schizofrenię chorują ludzie młodzi, wkraczający w dorosłość, nie mogący sobie poradzić z adaptacją do realiów, wielu chorujących będąc w tej fazie zauważa w sobie „że dorośleją”. Nawet nie tyle dorośleją, co odkrywają swoje prawdziwe „ja”. Swoją Nową Twarz. Dojrzewają do czegoś nowego.

Dostrzegają, że rzeczywistość wcale nie jest taka, za jaką ją pierwotnie uważali. Wszystko jakby się zmienia. Świat jest takim samym zbiorem zdarzeń, bodźców – jednak pierwotne znaczenie tej całej struktury jest inne.

Jeśli owładnięcie jest głębokie u osoby, u której rozwija się schizofrenia mogą pojawić się intensywne wizje, eskstazy, koszmary. Człowiek taki jakby wpada NAGLE do innej rzeczywistości. Tak samo zbudowanej. Jednak schizofrenicznie zniekształconej.

Człowiek chory widzi nagle siebie, że wcale nie jest Piotrkiem, Jankiem, czy Małgosią – ale bohaterem, który – żyjąc w czasach albo obecnych albo nieobecnych musi pokonać jakąś Siłę, aby zbawić, uratować świat. Albo jakąś populację. Człowiek taki czuje nienawiść do świata i samego siebie. Naokoło jest jakby chaos. On zagubiony w wirze zdarzeń oddala się od rzeczywistości.

Jeśli faza owładnięcia przebiega łagodniej człowiek izoluje się od ludzi, od świata, przyjmuje postawę na przekór, wygłupia się itd. Proces owładnięcia jest stopniowy.

W tej fazie chory odkrywa znaczenie każdego gestu – jaki wykonuje dowolny człowiek. Na wszystko jest jakieś wytłumaczenie. Osoba chora jakby porządkuje chaos w swojej głowie – nadając zupełnie nieracjonalne znaczenia przypadkowym zdarzeniom. Dla niej są jednak racjonalne. Historie przez nią opowiadane wydają się być logiczne, mówi przekonywująco.

Druga faza to FAZA ADAPTACJI.

Burza emocjonalna ucisza się. Człowiek już wie, że dotykają go różne myśli, przez otoczenie kwestionowane. Zdaje sobie sprawę, że jego przekonania są przez innych odbierane niepoważnie. Chory w tej fazie nie będzie już jednak kwestionował, że pielęgniarka w szpitalu jest pielęgniarką. Ona dla niego będzie i pielęgniarką i aniołem (lub inną postacią). W tej fazie dochodzi do tak zwanej „podwójnej orientacji”. Świat i ludzie są jednocześnie obiektywnym światem i ludźmi – ale są jednocześnie światem wymyślonym przez chorego.

Chory żyje w dwóch światach – i oba traktuje przez pewien czas jako realne.
Z czasem jednak jedna rzeczywistość zaczyna przeważać, ponieważ trudno jest żyć w dwóch jednocześnie.

Chory zdaje sobie sprawę, co jest obiektywizmem a co jego ”rzeczywistością schizofreniczną” – jednak nie potrafi w pełni odrzucić realnego przeżywania tego, co istnieje tylko w jego psychice.




Co chwilę pochrzękuje lub mówi głośno jakieś słowo, lub kilka słów, powtarza jakieś ruchy, gesty – jest to tak zwana perseweracja schizofreniczna.
Mimo że wydają się to być bezsensowne gesty czy słowa – jeśli pozna się świat chorego – są spójnymi elementami w jego percepcji rzeczywistości.

Ta nieprzewidywalność gestów – zmienia się z czasem w przewidywalną dziwaczność.
Ludzie z otoczenia przestają się „bać” dziwnych nieprzewidywalnych ruchów chorego, ponieważ są one już tylko przewidywalnymi dziwacznościami.

A co na to chory?


Ma do wyboru dwie rzeczywistości: obiektywną i swoją schizofreniczną. Wybiera jednak tę swoją – ponieważ czuje się w niej pewniej. Wydaje mu się też mimo wszystko bardziej realna. Realniej przeżywana.

Trzecia faza choroby to FAZA DEGRADACJI.

Wyobraźcie sobie pożar, który w pierwszej fazie wybucha – w drugiej pali się spokojnie – w trzeciej gaśnie – pozostawiając po sobie popioły, zgliszcza i zniszczenia.

Właśnie tak wygląda trzecia faza schizofrenii. Objawy choroby bledną, następuje wygasanie.

Świat chorego staje się szary i pusty. Nie ma w nim niczego ciekawego ani nie ma niczego nudnego.

Objawami osiowymi schizofrenii są autyzm – czyli odcinanie się od otoczenia, zamykanie się w świecie własnych przeżyć wewnętrznych oraz rozszczepienie – czyli rozerwanie poszczególnych funkcji psychicznych, obniżenie uczuciowości, obojętność, utrata związków emocjonalnych z otoczeniem.

W fazie degradacji autyzm i rozszczepienie są szczególnie nasilone. Chory tkwi w schizofrenicznej pustce. Bez końca. Bez niczego. Bez nikogo. Jego gesty są chaotyczne, nieuporządkowane, słowa bez znaczenia („sałata słowna”).

Bardzo trudno leczy się schizofrenię jeśli dojdzie ona już do trzeciego etapu. W terapii chodzi o to, aby wzbudzić w chorym zainteresowania życiem, jego hobby. Jeśli terapia się powiedzie, chory może żyć samodzielnie i pracować, zarabiać na swoje utrzymanie. Czasami osoby chore na schizofrenię są nawet lepszymi, bardziej sumiennymi pracownikami – niż osoby zdrowe.

Marcin / integralny@gmail.com

Polecam książki Antoniego Kępińskiego.

Czytaj dalej >>

Farby nie chcą być już tak barwne – DEPRESJA SZCZYTU

środa, lipiec 30, 2008 9 komentarze

Mój znajomy całe życie marzył o tym, żeby dostać dobrą pracę. W końcu mu się to udało. Jego zadanie polegało na tym, aby znaleźć pracę, która będzie dawała mu taki dochód, aby stać go było na mieszkanie, samochód i rodzinę (ma żonę i malutkie dziecko). Osiągnął to – pracując za granicą kraju - ale jak sam mówi mi w mailach, czy pisze na gadu-gadu „czuje, że jego życie nie ma smaku”.


Nie jestem pewien, czy rozpocząłem ten post od najtrafniejszego przykładu. Jeśli jednak wziąć pod uwagę fakt, że celem głównym mojego kolegi było znalezienie dochodowej pracy – po czym jego życie straciło smak, bo osiągnął już to, do czego ciągle dążył – to można mówić o tak zwanej DEPRESJI SZCZYTU.

Innym przykładem może być małżeństwo, w którym facet wspina się po szczeblach kariery naukowej. Powiedzmy, że chłopak – już jako student – dobrze się uczy, zdobywa stypendia, wygrywa konkursy. Jeździ za granicę na staże. Robi doktorat. Doktorat dodaje mu prestiżu. Żona, rodzina jest dumna z doktora. Ten facet jednak ciągle nie jest syty. Chce profesury. Udziela się w środowisku akademickim. Pisze, czyta, pisze, publikuje. Bada, tworzy, odkrywa. Udziela wywiadów. Organizuje konferencje. Jest zapraszany na konferencje naukowe – jako very important person. Wiedzie mu się dobrze.

Kosztem czego? Na przykład kosztem spokojnego życia.

W końcu zostaje profesorem. Zdobywa szczyt. To, czego chciał. Jest z siebie dumny. Dumna jest z niego żona, dzieci. Rodzina.

Zdobywając jednak szczyt, realizując swoje życiowe marzenie, niektórzy ludzie – zatrzymują się i „upadają na ziemię”. Zarówno ci ludzie, którzy osiągnęli szczyty, jak i ich rodziny, które podporządkowały życie ich sukcesowi. Nie wiedzą, co dalej ze sobą zrobić.

Osiągnęli już to, czego chcieli. Po co dalej mają żyć?

Ich życie przepełnione było barwami, kolorami, mieli tyle pomysłów. Teraz już – nic nie muszą, mają to, co chcieli – i stracili smak życia. Często kolorują więc sobie życie alkoholem.



Często w zawodach naukowych i artystycznych – występuje tak zwana depresja szczytu. Tacy ludzie powinni zdawać sobie sprawę, że twórczość przypływa i odpływa. Że nie jest to proces ciągły. Podobnie w innych wolnych zawodach – praca jest okresowa, czasami pracujesz 3 miesiące – kiedy jest zapotrzebowanie na Twoje usługi, żeby żyć za zarobione pieniądze – przez cały rok (i to czasami więcej jedząc, mając i wydając niż ludzie pracujący cały rok bez urlopu). Pamiętajmy, że praca twórcza nie jest pracą ciągłą – a dzięki takiej świadomości możemy uchronić się przed tak zwaną depresją szczytu.

To nie farby nie chcą już być barwne, to nie my jesteśmy bezwartościowo i już niepotrzebni – bo mamy wszystko, czego chcemy. Bo mamy tytuły i wizerunek. To po prostu – życie – jak sztuka – jak proces – nie zawsze dostarcza nam natchnienia.
Natchnienie przychodzi znienacka. I to jest naturalne. Wcale nie trzeba na nie oczekiwać.

Ono przychodzi, odchodzi. Wraca. A życie mimo tej nieregularności natchnienia twórczego, może być bezustannie kolorowe – i różnorodne.

"Włączmy się na kolorowe życie" z natchnieniem lub bez :)

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Myśli natrętne - OBCY w Umyśle

piątek, lipiec 25, 2008 3 komentarze

Jakiś czas temu pisałem na PSYCHICE.net na temat nerwicy natręctw. Mówiłem wówczas o tak zwanych objawach anankastycznych – czyli przymusowych. Mogą one występować w trzech formach – jak mówi Antoni Kępiński – mianowicie: w formie myśli natrętnych, czynności przymusowych i natrętnych lęków.


Jak rozpoznać natrętne myśli?

Zasadnicza różnica pomiędzy myślą urojoną a natrętną – polega na tym, że myśl urojona jest odbierana przez chorego jako myśl „jego”, natomiast natrętna – jako coś obcego, co mu dokucza. Myśl natrętna to jakby odbrębny byt w umyśle człowieka chorego, który co jakiś czas „kłuje” człowieka.

Kiedy się pojawiają?

Myśli natrętne występują w sytuacjach powtarzających się, rutynowych. Hydraulik mimo że naprawiał już w swoim życiu setki zaworów, po powrocie do domu z pracy, będzie zastanawiał się, czy tym razem dokręcił wszystko odpowiednio. Dziewczyna po wyjściu z mieszkania będzie zastanawiać się czy zakręciła kurki od gazu, lekarz, czy dobrze wypisał receptę itd. Mimo, że czynności te są częściowo zautomatyzowane.

Jak to wygląda?

Osoba, która została wychowana w religijnej rodzinie, która zawsze przestrzegała czystości myśli, może odczuwać, że "coś" próbuje zawładnąć jej umysłem i każe jej w myślach kląć, rzucać złe czary, wyobrażać sobie najgorsze rzeczy z osobami bliskimi w roli głównej. Mimo, że człowiek ów z natury może być bardzo spokojny, zrównoważony i skromny – to cała ta gama natrętnych myśli może przerażać kogoś najbardziej wyzwolonego. Może on na przykład – kiedy zobaczy „święty” obraz - automatycznie wyobrażać sobie akty seksualne, lub na widok ołtarza, na którym odprawiane są rytuały mszalne – „ukaże mu się w umyśle” coś jeszcze bardziej zdrożnego.




Kobieta, która kocha swoje dzieci, może co jakiś czas uświadamiać sobie, że w jej umyśle pojawiają się sceny, kiedy z nożem w ręce – rozścina wnętrzności swoich pociech. Kiedy tapla się w ich krwi.

I wcale tak nie jest, że któraś z wymienionych wyżej osób myśli o czymś w ten sposób. Natręctwo myśli pojawia się „znikąd” i atakuje jakby z zewnątrz.

Na tym polega dramat.

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Zdobywaj szczyty! - czyli o tym, co jest normalne a co nie

czwartek, lipiec 03, 2008 4 komentarze

Zanurzeni w kulturze – czasami nie potrafimy wychylić nosa spoza tego, co nas otacza.
Albo nie posiedliśmy takich umiejętności – albo czasami po prostu z lenistwa – nie chce nam się spojrzeć na życie inaczej, na nowo. Moim zdaniem, warto się wysilić.


O tym, jak oddziaływuje na nas kultura Zachodu i Wschodu pisałem już kilka dni temu w notce Właśnie jesteś. Nakreśliłem wówczas zarys tego, jak bardzo medytacja może pomóc nam w doskonaleniu umiejętności wglądu – doświadczania i rozumienia siebie samego takim, jakim się jest.

Dzisiaj zastanowimy się nad tym, czym jest normalność.
Karen Horney, psychoanalityk niemiecka, o której teoriach pisałem już na PSYCHICE.net kilkakrotnie, również zastanawia się nad podobnym zagadnieniem w swojej książce „Neurotyczna osobowość naszych czasów”– a ściślej mówiąc sugeruje, że o tym, czy ktoś jest neurotykiem, czy nie – nie decydują jakieś obiektywne, niezmienne cechy – lecz jedynie odstępstwa od norm kulturowych. A te – jak wiadomo – w każdej kulturze są inne.

I tak: w naszej kulturze, kulturze Zachodu, dominuje przekonanie, że normalne i pożądane jest to, aby zdobywać jak najwięcej, jak najwięcej zarabiać, rozwijać się, jak najwięcej konsumować, ogólnie rzecz biorąc – aby zdobywać szczyty. Na Wschodzie jest inaczej, tam najważniejsze jest wspólne dobro, indywidualizm jest odstępstwem od normy a zdobywanie szczytów jest takim samym wartościowym doświadczeniem jak sama wspinaczka.

Aby nadmiernie nie generalizować i nie dzielić Świata wyłącznie na Wschód i Zachód przytoczę kilka przykładów z wyżej już wspomnianej książki Karen Horney opisujących bardziej szczegółowo jak relatywne jest nazwanie zachowania „normalnym”.

W naszym świecie, taki przykład wprowadza Karen Horney próbując opisać nierozłączność zachowań nerwicowych z kontekstem kulturowym, dziewczyna, która rezygnuje z możliwego awansu w pracy – tylko dlatego, że „ma zasady” i nie chce utożsamiać się ze zwierzchnikami, których polityki prowadzenia firmy po prostu nie może zaakceptować – będzie traktowana jako osoba neurotyczna. Coś jest z nią przecież nie tak! Taka sama dziewczyna – nieujawniająca potrzeb rywalizacyjnych żyjąca wśród Indian Pueblo traktowana byłaby jako – zupełnie normalna.

Artysta plastyk, któremu „nie chce się” pracować więcej niż musi, a starcza mu pieniędzy na podstawowe potrzeby, woli spędzać czas bawiąc się, pijąc wino i spotykać się z ludźmi zamiast pracować na „lepsze życie” – również będzie traktowany jako osoba „nienormalna”. Neurotyczna? Podczas gdy taki sam facet żyjący na wsi w południowych Włoszech czy Meksyku będzie traktowany jako zupełnie normalny. Karen Horney dodaje, że w starożytnej Grecji praca służąca zarabianiu więcej pieniędzy „ponad to” co jest najpotrzebniejsze – traktowana była jako coś wręcz nieprzyzwoitego.



Różne kultury mają różne poglądy na temat „normalności” - ale również ta sama kultura odmiennie postrzega te same aspekty na przestrzeni czasu. Kiedyś na przykład kobieta, która miała wcześniejsze kontakty seksualne z mężczyznami traktowana była jako „kobieta lekkich obyczajów”, „niegodna przyzwoitego mężczyzny”. Była to kulturowa norma. Dzisiaj - myślącej tak o sobie kobiecie przypisano by nerwicę.

Nie ma definicji normalności?
Jest – ale w obrębie danej kultury w danym czasie.

Zanim zacząłem studiować psychologię w Poznaniu, miałem okazję mieszkać i uczyć się w Goettingen, niemieckim miasteczku studenckim - gdzie miałem styczność z wieloma kulturami. Spora część studiującej tam młodzieży (i nie tylko młodzieży) to obcokrajowcy - różne kultury przesycały się wzajemnie a przez to każdy uczył się czegoś nowego, odmiennego spojrzenia na świat, bogacił się w doświadczenia. Czasami zastanawiałem się jak ona może tak to robić, przecież to nie tak. Jak on może w taki sposób myśleć i czuć się z tym OK. My – ludzie tworzymy kulturę a kultura tworzy nas. Obserwowałem jak różne podejścia do życia mają ludzie wywodzący się z różnych krajów. Pytałem co jest dla nich ważne. Badałem.

Wciąż mnie to fascynuje.

Trzeba pamiętać o tym, że po pierwsze każdy z nas jest indywidualnością samą w sobie, a dwa: nasza osobowość jest częściowo kształtowana przez kulturę.

Czasami to, na co mamy ochotę zostaje nam zakazane przez normy kulturowe. Od nas zależy czy im się poddamy, czy nie. Normy kulturowe są dla ludzi a nie na odwrót. To od nas zależy czy uznamy je jako faktycznie dobre lub złe dla nas, czy zrobimy tak jak czujemy.

Życzę Wam i sobie świadomości zanurzenia w kulturze i wpływu jej na nasze niektóre zachowania. Czasami naprawdę warto spojrzeć nieco inaczej, a to, że ktoś mówi „To nie jest normalne” – to jego sprawa. Póki robimy to, czego pragniemy, nie wyrządzamy nikomu szkody – i czujemy się ok - czasami nawet nie warto spierać się i tracić energii na rozstrzyganie „kto ma rację, co jest normalne”.

Pamiętajmy o tym, że normy kulturowe są dla nas – ludzi a nie na odwrót. One mają nam służyć. A jeśli przeszkadzają nam w czymś istotnym – może warto dokonać redefinicji?

PS. Podczas pobytu w Niemczech bardzo polubiłem i zaprzyjaźniłem się z Hiszpanami, dlatego kibicowałem temu krajowi całym sercem na Mistrzostwach:)

Pozdrawiam serdecznie Czytelników Psychiki.net
Marcin / integralny@gmail.com


Czytaj dalej >>

EROTYCZNE DOZNANIA NIEMOWLAKÓW

środa, lipiec 02, 2008 4 komentarze

Człowiek jest istotą, która gromadzi w swojej psychice osobiste doświadczenia od najwcześniejszych lat swojego życia.


Jak się okazuje popęd seksualny – służący zasadniczo do tego, aby utrzymać gatunek – nie ogranicza się tylko do samego stosunku seksualnego – a również obejmuje zachowania związane z macierzyństwem.

Pierwszych doznań erotycznych niemowlę doświadcza wraz z pieszczotami, tak przynajmniej uważa Antoni Kępiński (jeden z najwybitniejszych polskich psychiatrów).

Wielu badaczy ludzkiej natury utrzymuje poza tym, że jednoznacznymi przejawami seksualnych zachowań dzieci w tym wieku – jest niemowlęca masturbacja i erekcja.

Kiedy matka dotyka, przytula dziecko, dostarcza mu w pewnym sensie doznań erotycznych.



Dzieci pozbawione pieszczot gorzej się rozwijają, są bardziej nieufne, ich życie uczuciowe jest zagmatwane, nieuporządkowane.
Może dojść u nich do zahamowań lub zaburzeń rozwoju fizycznego i umysłowego. W skrajnych przypadkach również - do śmierci.

Przede wszystkim jednak – pieszczoty, które otrzymujemy bądź nie - w okresie niemowlęcym wpływają na nasze późniejsze życie erotyczne. Kępiński uważa, że dla każdego człowieka istnieje odpowiednia konstelacja bodźców seksualnych, wzorców, których nauczył się już jako dziecko – a które to najłatwiej wyzwalają w nim doznania podniecenia płciowego.



Często powtarzamy te wzorce w dorosłym życiu i nawet „zaczynając” nowy związek, chcąc wszystko odmienić i mając nadzieję, że teraz już będzie inaczej – powtarzamy schematy związane z naszym erotycznym życiem. Ciężko jest je zmienić – w tym pomagają nam seksuolodzy.

Pieszczoty są dziecku potrzebne zatem tak samo jak woda, pożywienie, powietrze. A może nawet jeszcze bardziej! Mógłby to obrazować eksperyment Harlowa.

Stworzył on w nim dwie sztuczne Matki-Małpy: jedna mięciutka, miła w dotyku, druga druciana – ale za to z butelką mleka. Jak się okazywało – żywe małpki szukając matki – nie odstępowały tej „miłej” w dotyku na krok, jedynie na krótki czas karmienia. Większość czasu jednak wołały spędzać u boku Matki, do której mogły się przytulić.

Jak ważne są doznania erotyczne niemowlaków już chyba wiecie.
Mam nadzieję, że – jeśli jesteście rodzicami lub macie zamiar mieć dzieci – spojrzycie teraz na kwestię pieszczot nieco inaczej, jako na naturalną potrzebę dziecka – potrzebną do zdrowego rozwoju psychicznego i fizycznego.

Jakość naszego życia erotycznego jest bowiem częściowo uwarunkowana rodzajem pieszczot, jakie otrzymaliśmy – będąc małymi dziećmi.

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Lęk podstawowy i "ZWALCZANIE" BEZRADNOŚCI

środa, czerwiec 25, 2008 6 komentarze

Słynna niemiecka psychoanalityk Karen Horney wprowadziła do psychologii pojęcie lęku podstawowego. Uważała, że człowiek – w dzieciństwie doświadcza bezradności, która później towarzyszy mu przez całe życie. Tym silniejszy jest ten lęk – im bardziej tłumiony był w dzieciństwie. Wpływa on później na wszystkie nasze stosunki interpersonalne (czyli kontakty z innymi ludźmi). Bardzo szanuję tę teorię jak i wiele innych autorstwa tej psychoanalityk.



Karen Horney w swojej książce „Neurotyczna osobowość naszych czasów” mówi:

„Lęk podstawowy w określony sposób wpływa na postawę jednostek wobec innych. Jest on równoznaczny z izolacją emocjonalną, tym trudniejszą do zniesienia, że łączy się ona z uczuciem własnej wewnętrznej słabości, z brakiem wiary w siebie”

Co się dzieje, kiedy ogarnęłoby nas działanie lęku podstawowego? Przede wszystkim stracilibyśmy poczucie bezpieczeństwa, które tak bardzo potrzebne jest nam do stworzenia zdrowych i budujących relacji. Pojawia się jednak konflikt: chcemy być w związku, ale boimy się bliskości, bo możemy zostać opuszczeni – i pozostaniemy sami we wrogim świecie (doświadczymy dokładnie takiego samego poczucia bezradności, które w mniejszym lub większym stopniu przeżywamy w dzieciństwie). Nieufność, wrogość wobec innych ludzi - skutek nieprzepracowanego i niezintegrowanego lęku podstawowego – powoduje, że w człowieku lęk wzrasta („przecież nie można się bać i być blisko, coś tu jest nie tak, nie wiem, o co chodzi, ratujcie, znowu się boję”) – a to sprawia, że człowiek musi się bronić.


Najczęściej, najprostszymi sposobami - w naszej kulturze, nie do końca świadomie stosowanymi są: miłość, uległość, władza i wycofanie się.

Po pierwsze człowiek może zatem szukać miłości – jako sposobu na obronę przed lękiem podstawowym. „Jeżeli mnie kochasz, nie skrzywdzisz mnie” – ta zasada przyświeca każdemu związkowi osoby niepotrafiącej poradzić sobie z wrogością budzącą lęk. Zapewnienie sobie kogoś, kto kocha – daje takiej osobie złudne poczucie bezpieczeństwa w świecie.

Drugim sposobem na powstrzymywanie lęku jest stosowanie się do wszelkich nakazów, reguł, zasad. Uleganie im. Można tutaj mówić zarówno o stosowaniu się do zasad instytucji, urzędów, Kościoła, praktyk religijnych – ale i do bycia uległym wobec „niepisanych” zasad, wszechobecnych w danej kulturze. Należy być dobrym, szczerym, uprzejmym, ponieważ inne zachowanie mogłoby wzbudzić w innych ludziach wstręt, odrazę, niechęć. Motto tego sposobu obrony przed lękiem brzmi zatem „Jeśli będę uległy, poddam się – nikt mnie nie skrzywdzi”.

Kolejną, trzecią metodą na poradzenie sobie z lękiem, wyzbycie się poczucia niższości i bezradności – jest zdobycie rzeczywistej władzy, stanu posiadania, sukcesu czy podziwu innych osób. Przyświeca temu motywowi taka idea „Jeśli zdobędę władzę, nikt mnie nie skrzywdzi”.

Czwartą
metodą na obronę przed lękiem jest wycofywanie się. Nie chodzi tutaj o uciekanie od świata – w dosłownym tego słowa znaczeniu, nie chodzi o ucieczkę na pustynię, miejsca, gdzie nikogo nie ma. Chodzi tutaj o uniezależnienie się od innych osób w takim zakresie – w jakim człowiek mógłby innych potrzebować. Dobrym środkiem do tego będzie zatem gromadzenie dóbr materialnych, przy czym nie przyświeca temu cel sprawowania dzięki dobrom materialnym władzy – a jedynie uśmierzanie dzięki nim poczucia zależności, zdobycie uniezależnienia.
Gromadzenie dóbr nie będzie zatem sprawiało przyjemności albo zaspokajało rządzę posiadania, będzie jedynie koniecznym warunkiem do uśmierzania lęku.

Innym sposobem na uzyskanie niezależności zewnętrznej – będzie ograniczenie swoich potrzeb do minimum. Człowiek może stać się tak obojętny na uczucia innych ludzi, że nic nie zdoła sprawić mu bólu, czy przykrości. Staje się „znieczulony” na potrzeby innych – a także swoje. Wypiera swoje marzenia, dążenia, traktuje siebie i innych obojętnie. "Jeżeli się wycofam, nic nie może sprawić mi przykrości."

Moje zdanie na temat teorii lęku podstawowego i sposobów na obronę przed nim jest aprobujące. Potrafię ją sobie wyobrazić jako logicznie komponującą się teorię – z innymi teoriami na temat powstawania zaburzeń osobowości i relacji interpersonalnych. Myślę, że wielu z nas doświadczało w swoim dzieciństwie mniej lub bardziej dotkliwie poczucia bezradności. Nie każdy z nas był stanie już je przepracować, zrozumieć i zniwelować jego działanie. Może być to spowodowane w dużej mierze nieadekwatnymi sposobami wychowania, które mają swoje źródło w konfliktach intrapsychicznych naszych rodziców. I nie chodzi mi tutaj o typowo patologiczne rodziny, co do których nikt nie ma najmniejszej wątpliwości, że są patologiczne – bo myślę, tutaj sytuacja jest klarowna, że poczucie bezradności dziecka dorastającego w takiej rodzinie jest wyjątkowo silne. Chodzi mi o to, że często nasi rodzice wdają się w tak zwane koluzje - toczą nieuświadamiane sobie gry między sobą – jako skutek ich wewnętrznych konfliktów i braku umiejętności miłości, szczerości, otwartości. Oczywiście nie jestem zwolennikiem teorii deterministycznych, wg których to doświadczenia z dzieciństwa ukształtowały nas i nasze życie i nic nie da się już z nim zrobić, że ciąży na nas piętno czy klątwa. W swoim umyśle integruję teorie psychoanalityczne – z innymi teoriami wywodzącymi się z innych paradygmatów. Wierzę, że przyszlość jest w naszych rękach i nie warto zajmować się jedynie tym, co było. Jestem zwolennikiem podejścia integratywnego. I wierzę w życie:)

Na zakończenie tego wpisu chcę dodać, że od jakiegoś czasu dość regularnie napływają do mnie maile od Was z opisami Waszych problemów i prośbą o ich rozwiązanie. Zaczynacie je bardzo podobnie „Integralny, pomóż”, „Ratuj, Marcinie”, „Nie wiem, co mam zrobić, może mi pomożesz”. Bardzo mnie cieszy fakt, że jesteście aktywni, że nie poddajecie się i staracie się podchodzić do życia – jako do formy, którą da się kształtować. Pamiętajcie jednak o tym, co również często podkreślam w odpowiedziach na Wasze maile, że nie dam Wam gotowej recepty na rozwiązanie Waszych problemów, nie oczekujcie, że stworzę dla Was klucz na pokonanie trudności.

Powód jest prosty: po pierwsze nie jestem w stanie poprzez maila – dojrzeć Was całościowo, myślę, kontakt z osoba wspomagajacą „na żywo” jest jednak niezastąpiony, a po drugie i dużo dużo ważniejsze: recepta na Wasze szczęśliwe życie tkwi w Was samych i nikt inny nie przygotuje dla Was gotowego schematu. Dlatego polecam Wam w ciężkich dla Was chwilach skorzystanie z usług psychologa – na żywo – niezapominając jednocześnie, że psycholog pomoże Wam, wesprze Was – w planie działania, w planie zmiany ułożonego przez Was samych:)

Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu Czytelników PSYCHIKI.net to ludzie młodzi, których sytuacja finansowa może nie być jeszcze do końca ustabilizowana – a usługi psychologiczne są stosunkowo drogie. Nie każdego na nie stać. Proponuje więc w takich sytuacjach korzystać z usług świadczonych za darmo – na pewno w Twojej okolicy jest wiele takich ośrodków, czy organizowanych grup samopomocy - wystarczy skorzystać z wyszukiwarki:) Świadomość potrzeby zdrowia psychicznego jest coraz większa w naszym kraju, co mnie bardzo cieszy.

Polecam korzystanie z usług psychologów „na żywo”– aczkolwiek odpowiadać będę na Wasze maile, lecz wybaczcie, jeśli nie od razu. Nie zawsze znajduję czas na pracę, naukę, własne sprawy, na pisanie notek na PSYCHICE i na odpowiadanie na maile. Możecie być pewni, że nie pozostawiam żadnego maila bez odpowiedzi, uzbrójcie się jednak w cierpliwość – przynajmniej kilkudniową:)


Życzę Wam wszystkim rozwijania umiejętności wglądu – poznawania źródeł swoich sfer konfliktowych i budowania pozytywnego życia. Każdy z nas ma prawo do szczęścia:) Indywidualnego i niepowtarzalnego:) Pozdrawiam Was wszystkich gorąco:)

Marcin / integralny@gmail.com



Literatura:
Karen Horney “Neurotyczna osbowość naszych czasów”, Poznań 1999, Dom wydawniczy Rebis


Czytaj dalej >>

Porównanie procesu pomagania w podejściu psychoanalitycznym, behawioralno-poznawczym oraz humanistyczno-egzystencjalnym

czwartek, czerwiec 19, 2008 2 komentarze


W niniejszym artykule chcę dotknąć tematu procesu pomagania – z perspektywy tego, kto pomaga - w ujęciu różnych paradygmatów – czyli kierunków psychologicznych, głównych nurtów, jakby ram ujmujących osobowość, jednostkę w jednostce i jednostkę w świecie – na różny sposób. Skoncentruję się na podejściu psychoanalitycznym, behawioralno-poznawczym oraz humanistyczno-egzystencjalnym.
Spróbuję najpierw określić jak wygląda sam proces pomagania – posiłkując się poziomami stworzonymi przez Brammera zawartymi w jego książce „Kontakty służące pomaganiu. Procesy i umiejętności”.



Brammer wyróżnia zatem następujące stadia procesu pomagania:

1) Wstęp: przygotowanie wspomaganego i nawiązanie relacji
2) Klaryfikacja: ustalenie problemów i powodów szukania pomocy
3) Strukturowanie: sformułowanie kontraktu i struktury
4) Relacja: budowanie relacji pomagania.
5) Eksploracja: eksplorowanie problemów, formułowanie celów, planowanie strategii, zbieranie faktów, wyrażanie głębszych uczuć, uczenie nowych umiejętności.
6) Konsolidacja: eksplorowanie alternatyw, przepracowywanie uczuć praktykowanie nowych umiejętności.
7) Planowanie: rozwijanie planu działania przy zastosowaniu strategii rozwiązywania konfliktów, redukowanie przykrych uczuć i włączaniu oraz rozszerzaniu nowych umiejętności czy zachowań kontynuowaniu samodzielnie podejmowanych działań.
8) Zakończenie: ewaluacja wyników i zakończenie relacji.


Po pierwsze zatem pomagający powinien zapewnić odpowiednie warunki spotkania oraz nawiązać wstępną rozmowę. Chodzi o to, aby atmosfera była przyjazna począwszy od takich „technicznych” aspektów typu wystrój wnętrza, ustawienie fotelu czy sposób oświetlania a także jego intensywność – a kończąc na typowo ludzkich właściwościach służących prawidłowemu nawiązaniu dobrej relacji. Bardzo ważne jest, aby pomagający wzbudził we wspomaganym zaufanie, ciepło.

Osoba pomagająca pracująca w myśl paradygmatu psychoanalitycznego jest świadoma podstawowych założeń tego nurtu, iż człowiek broni się w sposób mniej lub bardziej świadomy. Nieświadomie posługuje się mechanizmami obronnymi, dlatego często nie mówi tego, co myśli, nie jest zbyt ufny – na pierwszym spotkaniu, ponieważ nie przepracował jeszcze wewnętrznych konfliktów z przeszłości. Na pytanie, w czym wspomagany sobie nie radzi, ten wymienia sytuacje zupełnie niezwiązane z właściwym problemem – ponieważ ten głęboko skryty, czeka na wykopanie i przepracowanie. Psychoanalityczne podejście pomagającego powinno zatem ukierunkować to stadium pomagania ku otrzymaniu od pacjenta jasne, że niewerbalnej „zgody na tak, że można kopać głębiej”.

Pomagający w myśl paradygmatu behawioralno-poznawczego będzie kładł nacisk na nagradzanie osoby wspomaganej za wszelkie przejawy otwartości, chęci do aktywnej współpracy. Behawiorysta wierzy bowiem, że jakiekolwiek pożądane zachowania człowieka można wzmacniać oferując mu za to nagrody – i jest to wielce skuteczne. Tutaj nie ma miejsca na głęboką analizę aż do wczesnych kontaktów osoby wspomaganej z jego rodzicami – jak było w podejściu psychoanalitycznym, tutaj liczy się tu i teraz i wzmacnianie tego co dobre i wygaszanie tego co złe. Oczywiście wg wartościowania etycznego osoby, która pomaga. Pozytywne formułowanie zdań, jasne i klarowne przedstawienie swojej osoby będą zatem wzmacniane.


Humanistyczno - egzystencjalne podejście postrzega człowieka jako bardzo zindywidualizowaną istotę, realizującą swoje potrzeby rozwojowe na tle kultury, sytuacji ekonomicznej, politycznej, temperamentu. Osobistych refleksji. Osobistego sensu. Subiektywnie realnego powodu, dla którego warto żyć, a w sytuacji bez wyjścia – warto byłoby zdrowo, funkcjonalnie, aktywnie żyć.
Początkowa rozmowa nie może być schematyczna, pobieżna, nacechowana zbyt wieloma formułkami. Powinna być jasna, aczkolwiek oryginalna – ponieważ każdy z nas jest oryginalny, odmienny, inny, żyje w różnorodnie uporządkowanym świecie, otoczeniu, które zaczyna się już od naszego ciała, tworzącego temperament i charakter a kończąc na mentalnym wszechświecie odmiennych, oryginalnych, indywidualnych wartości takich jak etyka, Bóg, czy wiara w ideę.

Drugie stadium procesu pomagania koncentruje się na klaryfikacji czyli na ustaleniu problemów i powodów szukania pomocy. Podejście psychoanalityczne problem definiować będzie nie na podstawie tego, co bezpośrednio nazwane i „ubrane” w słowa – lecz to czego nie widać gołym okiem, a co jest rzeczywistym problemem, wewnętrzną walką dwóch przeciwstawnych tendencji – maskowanych problemem, który jest „zewnętrzny”.

Pomagający w myśl podejścia behawioralno-poznawczego odniesie się do sposobu formułowania sądów o świecie i sposobów reagowania na różne wydarzenia. Złe nawyki, przyzwyczajenia w myśleniu, czy zachowaniu codziennym będą w tym momencie źródłem problemu.

Humanistyczne podejście nakreślać będzie problem w perspektywie holistycznej, dostrzegając ponadczasowy konflikt np. samotności w świecie lub braku miłości. To podejście nie koncentruje się na ujmowaniu problemu w jakimś wyizolowanym obszarze – lecz dostrzega problem jako czynnik powodujący filozoficznie pojmowane zagubienie, utratę wiary, czy sensu istnienia.


Trzeciem etapem niesienia pomocy jest strukturyzowanie. Jest to nakreślanie zakresu pomocy, nazwanie zadań odpowiedzialności, ról. Dla psychoanalityka (osoby pracującej w paradygmacie psychoanalitycznym) i jego pacjenta (tudzież osoby wspomaganej) jasne powinno się stać, że na wiele rzeczy obaj (!) / oboje / mogą zareagować niekontrolowanym wybuchem gniewu, czasem zachować się z agresją, ponieważ psychoanaliza widzi świat czasami zupełnie „odwrotnie” – kiedy to wszystko czego się wstydzimy, co wypieramy – wychodzi na „powierzchnią” w trakcie analizowania.

Behawiorysta zwracać będzie uwagę osobie wspomaganej - czasami przerywając rozmowę - na konstruowanie przez niego zdań. Kiedy ten mówi „Nie powiem, że nie wiem, jak tego nie zrobić, żeby nie kłócić się z żoną” osoba pomagająca będzie zachęcała do wyrażania się w sposób jaśniejszy, bez tworzenia negacji i gubiących gdzieś istotny sens zdań nadmiernie podrzędnie złożonych.

Humanista spojrzy na człowieka wspomaganego jako na niepowtarzalną jednostkę, i zapewni o odrębności - lecz komplementarności pomagającego i wspomaganego. Zaznaczy, że celem obojga jest samorealizacja i wspólne działania ku szczęściu.

Czwarte stadium procesu pomagania wg Brammera jest nawiązaniem prawidłowej, dobrej, bezpiecznej relacji. W tym miejscu istotne znaczenie ma cisza, milczenie oraz sposób jak zostanie ona potraktowana przez wspomaganego.
Pasjonat psychoanalizy będzie widział w ciszy wskaźnik obszaru konfliktowego, ponieważ wspomagany nie chce o tym mówić.

„Behawiorysta-poznawczy” być może będzie zastanawiał się co wywołuje lęk w pacjencie, że ten skojarzył akurat ten neutralny element rozmowy z czymś co wywołało w nim „zamknięcie się” w sobie.

Humanista potraktuje milczenie jako rozmowę bez słów. Jest świadomy bowiem, że milczenie jest czasem cenniejszą informacją od potoku bezwartościowych, nieszczerych słów. Humanista doceni ciszę. Doceni w niej szczerość.

Kolejne, piąte stadium procesu pomagania ma na celu wg Brammera:

1) utrzymanie i spotęgowanie związku /zaufanie, łatwość, bezpieczeństwo/
2) radzenie sobie z uczuciami pomagającego i wspomaganego, które zakłócają postępowanie w kierunku celów
3) ośmielenie wspomaganego do głębszej eksploracji problemu czy uczuć /klaryfikacja, rozszerzanie, ilustrowanie, precyzowanie/ tak, by samoświadomość wspomaganego uległą rozszerzeniu.
4) Zachęcanie wspomaganego do wyjaśniania i dalszego precyzowania celów
5) Zbieranie potrzebnych informacji służących do rozwiązywania problemu wspomaganego.
6) Zdecydowanie o kontynuowaniu bądź zakończeniu relacji
7) Uczenie się umiejętności potrzebnych do osiągnięcia celów wspomaganego /demonstrowanie, modelowanie, trenowanie/
8) Inicjowanie „zadań domowych: dla wspomaganego, które posuwają go do celu /próby, ewaluacja, postęp/


Na tym etapie psychoanalityk wyjaśnia osobie wspomaganej, czym są mechanizmy obronne oraz jak wielkie znaczenie dla jego aktualnego funkcjonowania miały relacje w dzieciństwie. Relacje z rodzicami a także rówieśnikami. Aspiracje i nadzieje jakie wobec wspomaganego pokładały osoby dla niego znaczące. W co wierzyli jego rodzice, co było dla nich ważne. Jakie instynkty stojące w opozycji z kulturą, z wychowaniem osoba wspomagana musiała w sobie zwalczać. Co musiała tłumić, by być „w porządku” wobec siebie – widzianego przez pryzmat oceny rodziców. Pomagający w paradygmacie psychoanalizy zachęci do „wolnych skojarzeń”- do pozwolenia wspomaganemu na dowolny ciąg słów na określony temat. Tutaj pomagający typuje istotność słów – badając tonację głosu, szybkość wypowiedzi, zabarwienie. Pomagający wie najlepiej co kryje się za określonymi sądami, opiniami, ponieważ jest „obiektywny”- w przeciwieństwie do osoby wspomaganej. Istotne jest też zjawisko przeniesienia i przeciwprzeniesienia. Osoba, która pomaga jest świadoma, że wspomagany może projektować na niego stosunek do osób z jego przeszłości (np. może traktować pomagającego jak złego ojca), natomiast sam wspomagający ulega zjawisku przeciwprzeniesienia – kiedy to sam nie do końca uporał się ze swoimi konfliktami. Pomagający powinien być świadomy tych zjawisk i traktować je jako źródła informacji, które mogą okazać się potrzebne, aby pomóc.

Pomagający w paradygmacie poznawczo-behawioralnym zachęcić do opowiadania co jakie skojarzenia związane z zachowaniem osób towarzyszących mają obszary złych przyzwyczajeń czy nieprawidłowości w myśleniu. Pomoc w myśl behawioryzmu ma na celu przewarunkowanie reakcji patologicznej, takie zrekonstruowanie kombinacji skojarzeń osoby cierpiącej, potrzebującej, aby bodziec neutralny nie kojarzył się z silną reakcją emocjonalną. Tutaj rację mogą mieć i wspomagany i wspomagający. Osoba, która pomaga łatwiej zachowuje jednakże dystans i patrzy na zjawiska „z boku”.

Pomagający w paradygmacie humanistyczno - egzystencjalnym będzie chciał dostrzec znaczenie, subiektywną istotę wydarzeń w życiu pacjenta. Będzie dopytywał, co znaczą dla wspomaganego określone wydarzenia społeczne, jak on widzi daną sytuację w świetle swoich wartości, przemyśleń.

Kolejne trzy stadia procesu pomagania czyli konsolidacja, planowanie i zakończenie mają na celu podsumowanie wszystkich dotyczących osoby wspomaganej i jego problemu faktów, nazwanie głównych mechanizmów powodujących dysfunkcyjne zachowanie, myślenie, funkcjonowanie – a także „wyjście z sytuacji pomagania”.
Wtedy to wspomagany zobowiązuje się do działania, do praktykowania nowych umiejętności.

Psychoanalitycznie wspomagana osoba będzie więc dostrzegać przeniesienia w życiu codziennym, docierać do źródła niesatysfakcjonujących relacji i doświadczać wglądu. Osoba wspomagana będzie kontrolować swoje mechanizmy obronne, będzie przez to bardziej szczera wobec siebie, przestanie racjonalizować czy projektować swoje negatywne uczucia – przez co jej życie może nabrać barw życia świadomie prowadzonego, bez konfliktów. Jeśli relacja pomiędzy wspomaganym i pomagającym była silna, „pożegnanie” może być bardzo trudne aczkolwiek możliwe – w momencie pozytywnie przepracowanych sfer konfliktowych.

Osoba wspomagana w paradygmacie poznawczo-behawioralnym na tym etapie będzie wiedziała co powoduje, że jej zachowania są nieprzystosowawcze. Będzie starała się podjąć kroki do eliminacji negatywnych skojarzeń, może prowadzić monitorowanie otoczenie zawsze wtedy kiedy zachowa się nieodpowiednio, nieadekwatnie. To może pomóc w ewentualnym dalszym pomaganiu takiej osoby –włączając nieznane do tej pory nowe czynniki mające cechy pierwotnie budzącej lęk sytuacji stresowej, która spowodowała skojarzenie bodźca neutralnego z silną reakcją emocjonalną. „Pożegnaniu” może towarzyszyć spisanie kroków służących lepszemu kontrolowaniu swoich reakcji.

Osoba wspomagana w ujęciu humanistyczno-egzystencjalnym na tych etapach pomagania stanie się świadoma swojej życiowej ścieżki, będzie znała ramy swojego dalszego rozwoju na wymiarze bio-psycho-społecznym. Będzie starała się dostrzegać istotne elementy swojego życia, pozytywnie rozwiązywać swoje problemy, myśleć wielopoziomowo, być otwarta na innych, będzie asertywna – a jeśli wręcz przeciwnie to będzie świadoma „nie bycia taką” - np. „wiem, że teraz nie jestem asertywna, nie jestem otwarty, bo się boję” itd.

Każde z ujęć psychologicznych ma zatem swój specyficzny charakter. Uważam, że każdy paradygmat jest równie skuteczny w procesie pomagania, trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć, które z wyżej wymienionych podejść będzie wiązało się z najszybszym reagowaniem pomocą – i niwelowaniem nieprawidłowości w funkcjonowaniu.

Bliskie jest mi podejście humanistyczno-egzystencjalne. Doceniam behawiorystów i psychologię poznawczą. Szanuję psychoanalizę.
Myślę, że w swojej przyszłej pracy psychologa będę pracował w myśl podejścia integratywnego, kiedy to dobór metody (podejścia) będę dobierał na podstawie charakteru problemu pacjenta (osoby wspomaganej). Będę wówczas świadomy swoich własnych i osoby oczekującej pomocy ograniczeń i potrzeb, będę zdawał sobie sprawę o niemożliwości zmiany fizycznie i psychicznie zaistniałych zdarzeń z przeszłości swojej i osoby wspomaganej, będę znał swoje cele, budował i scalał myśli na pozór sprzeczne i odmienne – „schwytane” przez granice słów. A wszystko to po to, aby pomóc cierpiącej osobie pracować nad sobą, by pomóc jej odnaleźć swoją godność, by wzniecić w niej nadzieję, wiarę w życie.

Autor: Marcin / integralny@gmail.com


Literatura:

-Brammer M. Lawrence (1984), Kontakty służące pomaganiu. Procesy i umiejętności Materiały Szkoleniowe do użytku wewnętrznego, Warszawa: Studium Pomocy Psychologicznej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego
-Sęk Helena (2007), Psychologia Kliniczna, t. I, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN
-Grzesiuk Lidia (2005), Psychoterapia – Teoria, Podręcznik akademicki, Warszawa: ENETEIA, Wydawnictwo Psychologii i Kultury


Czytaj dalej >>

Student na stażu i Nadzieja

środa, czerwiec 04, 2008 1 komentarze


Przychodzi taki moment w życiu każdego studenta psychologii, że musi-powinien-chce odbyć staż. Jaki jest student psychologii? - czytaj tutaj. Zależnie od specjalności każdy ze studiujących przyszłych psychologów uczęszcza na staż w adekwatnym obszarze. Jako, że moją specjalnością w ramach studiów jest psychologia kliniczna odbyłem staż w szpitalu.
Obowiązuje mnie dyskrecja dlatego notka będzie ogólnikowa w kwestiach „technicznych”, bardziej szczegółowa w kwestiach moich osobistych odczuć.

Co mnie spotkało na stażu?

Pierwszy raz w życiu – jako specjalista, swego rodzaju „człowiek z personelu” miałem stawić czoła chorobom, których nie leczy się na stole chirurgicznym za pomocą skalpela, które są niewidoczne na zewnątrz gołym okiem czy przy pomocy urządzeń badających wnętrze ciała– a które to choroby w niesamowicie dużym stopniu modyfikują życie człowieka.

Z czego nie zdawałem sobie sprawy przed stażem?

Nie do końca zdawałem sobie sprawę, jak wielkie cierpienie towarzyszy ludziom cierpiącym na wszelkiego rodzaju zaburzenia psychiczne. Nie zdawałem sobie sprawy, jak „ta sama” choroba wpływa w różny sposób na różnych ludzi, jak różnie się objawia, zależnie od cżłowieka.
Pomimo, że o wszystkim tym wiedziałem...teoretycznie.

Czego żałowałem?

Na pewno tych niedoczytanych stron z książek mogących mi jeszcze bardziej pomóc (tak myślałem) – podczas rozmowy i badań z chorymi. Czułem trochę zakłopotanie kiedy osoby chore często pokładały we mnie swoją nadzieję, na zmianę, na poprawę. Ja tymczasem jedyne co mogłem im zaoferować to była rozmowa i rutynowe badania.
Wtedy to zdałem sobie sprawę, że wszystko czego się uczę, pomaga – zastosowane w odpowiedni sposób. Dlatego pomimo ustalonej procedury starałem się być kreatywny.

Z czego się cieszę?

Cieszę się, że poznałem jak funkcjonuje szpital jako organizacja, jak wygląda również tamtejsza organizacja pracy, z jakimi problemami ludzie zostają przyjęci do szpitala. Cieszę się, że mogłem poznać osoby, z którymi rozmawiałem, które badałem.
Cieszę się, że mogłem sprawdzić swoją teoretyczną wiedzę o zaburzeniach i procedurach badań – naprawdę. Dotknąć tego, czego dotykały słowa w książkach, które przeczytałem – w ramach tych wspaniałych studiów.


Jakie są moje wnioski, refleksje?

Chcę w swojej przyszłej pracy psychologa, być dla potrzebujących pomocy ludzi kimś, kto ich Wysłucha. Nie chodzi mi o samo słuchanie, o zapamiętywanie faktów z ich życia czy organizacji struktury ich rzeczywistości. Chodzi mi o słuchanie, do którego tak naprawdę niepotrzebne są uszy. O słuchanie, w którym nasz rozum nie odgrywa aż tak dużego znaczenia, o słuchanie ciszy – poprzez którą pacjent mówi. O słuchanie słowotoku – poprzez który pacjent milczy. O słuchanie o odwadze pomimo że się strasznie boi. O słuchanie o strachu i rozpaczy podczas gdy te słowa są za słabe by oddać dramat tego, co dzieje się w nich naprawdę i tylko jakiś cud sprawia, że ta rozpacz nie do końca w nich jeszcze zwyciężyła...

Że jest nadzieja... Nadzieja, wiara w życie...

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

"Boję się bliskości w związku" TEORIA PRZYWIĄZANIA BOWLBY'EGO

sobota, maj 31, 2008 0 komentarze


Teoria przywiązania Bowlby’ego mówi, że wczesne relacje dziecka z opiekunami warunkują relacje w związkach w późniejszym życiu – jak również wpływają ogólnie na sposób funkcjonowania. Bowlby uważał, że każdy człowiek ma własny styl przywiązania. Style te ściśle wiążą się z wewnętrznym obrazem samego siebie i świata, otoczenia.

Bowlby wyróżnił cztery style przywiązania – odpowiadające okresowi niemowlęcemu.

Pierwszy z nich to bezpieczny styl przywiązania. Osoby z takim stylem doświadczały ciepła, bliskości ze strony opiekunów. Osoby takie nie boją się bliskich relacji w późniejszych związkach, wiedzą co znaczy intymność i poczucie zaufania.

Drugi styl przywiązania to przywiązanie lękowo-unikające. Ludzie z takim stylem zazwyczaj pamiętają rodziców jako zmiennych emocjonalnie i mało przewidywalnych, matkę - jako zimną i odrzucającą. W dorosłym życiu osoby takie uważają, że bliskość zagraża im w jakiś sposób, że wytworzy w nich swego rodzaju niebezpieczną zależność, uciekają więc od kontaktów bardzo intymnych, choć tak naprawdę bardzo ich potrzebują. Nie potrafią nawiązać satysfakcjonujących pozytywnych relacji z drugą osobą. Stale są emocjonalnie rozdarci.

Trzeci styl to przywiązanie lękowo-ambiwalentne. Osoby z takim stylem wspominają okres dzieciństwa jako całkowitą nieumiejętność przewidzenia zachowania opiekuna. Wiąże się to z tym, że naprzemiennie mogli czuć się to kochani, to odrzucani. Ta całkowita zmienność nastrojów opiekunów, ekspresji emocji – wpływa na rozregulowanie emocjonalne człowieka, który w związkach międzyludzkich zachowuje się jak zagubiony podróżnik nie wiedzący, w którym kierunku podążyć i lękający się, że każda ścieżka może okazać się tą błędną. Osoba taka będzie postrzegała stosunki międzyludzkie niepoważnie - jak iluzję która zagraża.

Można zastanowić się czy mając wyszczególnione trzy typy tego szczególnego stosunku rodzic-dziecko, brak jakiegokolwiek – będzie oznaczał po prostu brak relacji.

Idąc jednak tropem idei teorii Bowlby’ego wyłania się z niej teza, że zdezorganizowane przywiązanie – jest jednocześnie kolejnym – czwartym typem przywiązania.

Różni ludzie przejawiają ukształtowane różne style przywiązania, jak również – możliwe są ich kombinacje.


Autor artykułu: MARCIN integralny(at)gmail.com


Czytaj dalej >>

Zasady rządzące rodzinami alkoholowymi

niedziela, kwiecień 27, 2008 3 komentarze


W literaturze dotyczącej DDA, czyli Dorosłych Dzieci Alkoholików opisuje się różne role, jakie dziecko, dorastające w dysfunkcyjnej rodzinie może przybierać. Wegscheider-Cruise wyróżnia następujące role: bohater, kozioł ofiarny, maskotka, zagubione dziecko. Z pewnością charakterystykę poszczególnych ról w rodzinie opiszę jeszcze na PSYCHICE.net. Jak się jednak okazuje nie wszystkie badania potw