sobota, 4 stycznia 2014

Jacek Wiatr: "Modlitwa o recykling" cz. 3

Dziś trzecia część powieści mojego kolegi Jacka Wiatra. Zapraszam.
Link do części 2.
Fot. www.lublin.eu
Lublin. Już sama nazwa tego miasta, brzmi dla mnie jak przekleństwo. Nawet teraz, po tylu latach, jednocześnie lękam się i brzydzę tego słowa. Może każdy ma w sobie taki swój własny „Lublin”? Przecież to oczywiste, wszyscy czegoś się boimy i udajemy, że tego zwyczajnie nie ma. Tak dusimy się od środka. Kto nie chowa w sobie cmentarzyka twarzy, uśmiechów, miejsc i chwil?

Lubelski fenomen polegał na tym, że w owym padole łez nigdy nie brakowało dobrych ludzi. Gdyby jakiś malarz zapragnął stworzyć portret szarości, ze wszystkimi jej odcieniami i półcieniami, musiałby maczać pędzel we wszystkich tych zakamarkach, po których jako dziecko notorycznie się przechadzałem, próbując niezdarnie dogonić szybki krok matczynych półbutów. Miejsce to, zwyczajnie nie nadawało się do życia. Egzystowaliśmy wszyscy w krajobrazie skażonym, zniszczonym i zbłoconym, aż po same dachy. Mimo to, tylu wspaniałych…

Właściwie nie pamiętam, od kiedy zostaliśmy sami. Ojciec zostawił matkę, kiedy zaczął się kolejny ciąg, niedługo po setnym już z rzędu zapewnieniu, że od tej pory będzie inaczej. Nigdy nie jest i nigdy, przenigdy nie można w to wierzyć. Tak, nie tylko faceci piją i biją, paradoksalnie kobiecie jest łatwiej uderzyć i przejść nad tym do porządku dziennego. Dziś już prawie wszystko zniknęło, wspomnienia na szczęście się rozpadły. To chyba zabawne, że tracę najważniejsze momenty, te całe filary, na których oparł się mój późniejszy kształt, a dosłownie jak na zawołanie widzę teraz twarz opiekunki ze szkolnej świetlicy:

- Pani znowu o nim zapomniała – zwracała się do matki na powitanie. – Siedzi i gapi się w to okno chyba od czternastej. Może do jakiegoś psychologa z nim podejść? – radziła, prawie zresztą życzliwie.

Zawsze biegliśmy potem do domu. Nigdy nie mieliśmy na nic czasu, plan był ściśle napięty. Jedynie w środy i piątki, odbywaliśmy przelotną wizytę w cukierni. Żadne współczesne pseudo-ciastko nie zastąpi tych rurek z kremem. Niebo w gębie! Cały świat nabierał barw. Zastanawiałem się wtedy: jak smakować musi wódka, skoro ja jestem w stanie wytrzymać bez rurek tyle czasu, a mama bez wódki nie przeżyje nawet jednego dnia?

- Widzisz, bo dla mnie, to takie słodycze, tylko trochę bardziej… - tłumaczyła mi, kiedy drżącymi w delirycznym amoku dłońmi chwytała za napoczętą jeszcze nad ranem butelkę.

C.D.N. na PSYCHIKA.net






Jacek Wiatr – człowiek z zewnątrz, bez znajomości w branży, nazwiska i rozpoznawanej twarzy. Autor niezależny, ryzykownie niedostosowany do obowiązujących trendów. Napisał „Powietrze po deszczu” (recenzja na PSYCHIKA.net tutaj), książkę skupioną na ratownictwie medycznym, pracy ratowników medycznych oraz sytuacji społecznej pokolenia dorastającego tuż przed świtem obecnych czasów.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

O proszę, zaglądam tu po raz pierwszy (i to całkowicie przypadkowo!) i od razu widzę moje miasto i nawet historię całkiem podobną.Tyle że moje wspomnienia niestety się nie rozpadły, mało tego - ukazują się jakby coraz żywiej, kształtując w ten sposób moją psychikę i podejście do świata. Może to i dobrze?

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania. Proszę o kulturalne wyrażanie swoich poglądów. Nie akceptuję wulgaryzmów i chamstwa.

Dziękuję i zapraszam ponownie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...