wtorek, 1 stycznia 2013

Matki, które każą dzieciom chorować - problematyka przeniesionego zespołu Münchhausena

Fot. Yoshi Aka
Jeśli szukacie intelektualnego odpoczynku po szalonej sylwestrowej nocy, nie znajdziecie go tutaj. PSYCHIKA.net rozpoczyna Nowy 2013 Rok od dostarczenia Wam mocnej dawki wiedzy na bardzo ciekawy psychologiczny temat. 
Autorką niniejszego artykułu jest znana już Wam z bloga Joanna Malesz, studentka psychologii. 
Zapraszam do lektury. Marcin.

W ostatnim czasie miałam okazję obejrzeć thriller „Dom Glassów: dobra matka”, który poniekąd zainspirował mnie do napisania dzisiejszego tekstu. Film opowiada historię rodzeństwa, nastoletniej Abby i jej młodszego brata Ethana, którzy po tragicznej śmierci rodziców trafiają pod opiekę Eve i Raymond'a Goode’ów, mieszkających w wielkim, luksusowym domu na uboczu. Po czasie okazuje się, że państwo Goode, z pozoru sympatyczni i troskliwi rodzice zastępczy, to niebezpieczni, niezrównoważeni psychicznie ludzie. Abby z przerażeniem odkrywa, że przybrana matka regularnie truje jej brata, czerpiąc przyjemność z opieki nad chorym chłopcem. Życie dzieci jest w niebezpieczeństwie…
I choć „Dom Glassów…” to tylko kolejny film grozy, którego fabuła stanowi efekt twórczej pracy scenarzysty, takie „idealne matki” jak pani Goode istnieją naprawdę. Julie Gregory w książce pt. ”Mama kazał mi chorować” opisuje dramatyczną historię swojego dzieciństwa pełnego bólu i cierpienia. O sobie pisze: „Zawsze byłam chora (…) Miałam nie tylko chorobę serca. Dręczyły mnie różne dolegliwości, jak wielki krwotok zalewający organizm przenikającymi się falami.” Nikt nie przypuszczał, że Julie przez lata była bita i głodzona przez matkę, która przekonywała lekarzy o chorobie córki, nalegając na kolejne badania i zabiegi medyczne.

Pani Goode i matka Julie Gregory najprawdopodobniej cierpiały na odmianę zespołu Münchhausena - tajemniczej choroby psychicznej, która niejednokrotnie prowadzi do śmierci dziecka.

Zespół Münchhausena a Przeniesiony Zespół Münchhausena

Zespół Münchhausena (ZM) został po raz pierwszy opisany w 1951 roku przez angielskiego lekarza Ashera. Osoby z tym zaburzeniem celowo kreują u siebie objawy chorobowe, dobrowolnie poddają się hospitalizacji oraz wszelkim zabiegom medycznym, po to by wzbudzić zainteresowanie personelu medycznego. Tacy pacjenci nie cofną się przed niczym, są zdolni nawet do samookaleczeń, byle tylko bardziej uwiarygodnić swoją chorobę. Nie zapominajmy jednak, że u podłoża prowokowanych objawów somatycznych kryje się realne cierpienie psychiczne człowieka, który rozpaczliwie poszukuje uwagi ze strony otoczenia.

Nazwa zespołu wywodzi się od nazwiska niemieckiego barona, Karla Friedricha von Münchhausena, znanego ze swoich barwnych, zafałszowanych opowieści oraz zmyślonego bohaterstwa.

Z kolei przeniesiony zespół Münchhausena (zwany również zastępczym) polega na wywoływaniu objawów chorobowych u bliskiej, zależnej osoby, najczęściej dziecka. Co ciekawe, w ponad 95% stwierdzonych przypadków osobą cierpiącą na przeniesiony ZM jest biologiczna matka, której działania prowadzą do hospitalizacji, a nawet do zgonu maltretowanego dziecka.

W 1977 roku angielski pediatra, Roy Meadow, jako pierwszy opisał w literaturze medycznej liczne przypadki matek, które indukowały i wymyślały objawy u swoich dzieci. Jednym z jego pacjentów był sześcioletni Kay. W moczu chłopca często stwierdzano krew. U małego pacjenta nie wykryto infekcji czy innej choroby somatycznej. Jak się później okazało, krew należała do jego matki, która przed każdym badaniem dodawała ją do moczu. Znana jest także historia Kathy Bush, która przed laty była w USA symbolem oddania ciężko chorej córce. W 1999 roku kobieta została skazana za celowe trucie dziewczynki lekami i zakażanie jej sond do karmienia. Tego typu przypadki możemy mnożyć bez liku. Również w Polsce szacuje się, że rocznie średnio 3 na 100 tys. dzieci pada ofiarą przeniesionego ZM. Ze względu na fakt, że w naszym kraju problem ten jest jak dotąd słabo poznany, powyższe dane i tak mogą być zaniżone. W rezultacie rzeczywista skala zjawiska pozostaje wciąż nie znana.

Kryteria Diagnostyczne

Przeniesiony zespół Münchhausena stanowi bodajże jedną z najgroźniejszych form maltretowania dziecka przede wszystkim dlatego, że pomimo licznych wytycznych trudno go zdiagnozować. Osoba z tym zaburzeniem sama nigdy nie przyzna się do indukowania objawów u swej ofiary, ponadto potrafi w niezwykle umiejętny sposób manipulować otoczeniem. Któż by zresztą śmiał podejrzewać troskliwego i oddanego rodzica o krzywdzenie własnego dziecka?

Według klasyfikacji DSM-IV o przeniesionym ZM, zaliczanym do grona tzw. zaburzeń pozorowanych, możemy mówić, gdy:


-sprawca celowo wytwarza lub symuluje objawy somatyczne bądź psychologiczne u osób pozostających pod jego bezpośrednią opieką

-zamierzeniem takiego zachowania jest wywołanie objawów choroby

-sprawca nie kieruje się przy tym żadnymi zewnętrznymi motywami, np. materialnymi

-powyższych zachowań nie można zakwalifikować do innych zaburzeń psychicznych



Warto zaznaczyć, że działanie sprawcy jest lekkomyślne i bezpośrednio zagrażające życiu lub zdrowiu dziecka. Znane są przypadki matek, które podduszały i truły swoje ofiary, a nawet zanieczyszczały ich naczynia żylne fekaliami.

Przy rozpoznaniu przeniesionego ZM cennych informacji dostarczają również zgłaszane objawy i przebieg choroby dziecka. Lekarz powinien zachować szczególną czujność, gdy:


-dziecko cierpi na bardzo rzadkie lub trudne do zdiagnozowania schorzenie

-domniemana ofiara PZM była wielokrotnie hospitalizowana, często z powodu dziwnych i nietypowych objawów chorobowych

- istnieją rozbieżności pomiędzy wynikami badań a stanem zdrowia pacjenta

-objawy ustępują lub zmniejsza się ich nasilenie, w czasie gdy dziecko nie ma kontaktu z rodzicami

-objawy nie ustępują pomimo zastosowanego leczenia

-u dziecka wystąpi zakażenie wkłucia dożylnego wieloma szczepami bakterii

-we krwi wykryto obecność leku nie podawanego dziecku

-grupa krwi w próbkach moczu, kału, wymiocin nie zgadza się z grupą krwi dziecka



W tym miejscu chciałabym podkreślić, że zarówno brak właściwej diagnozy jak i niesłuszne posądzenie rodzica o maltretowanie dziecka, może mieć dramatyczne w skutkach konsekwencje. Zdarza się bowiem, że przy rozpoznaniu przeniesionego ZM zachodzi pomyłka. Błędu nie ustrzegł się sam dr Meadow, odkrywca zespołu, który zeznając w charakterze biegłego sądowego w sprawie Sally Clark, stwierdził że zabiła ona własne dzieci. Jak się później okazało, zmarły one w wyniku tzw. śmierci łóżeczkowej. W kolejnych latach uniewinniono inne ofiary ekspertyz lekarza, jednak w wielu sprawach, w których występował, kobiety faktycznie okazywały się morderczyniami.

Lekarze podejrzewający wystąpienie zastępczego ZM muszą mieć więc na uwadze nie tylko zdrowie i życie dziecka, ale również uważać na wystawienie niesłusznej diagnozy, krzywdzącej dla opiekuna.

Kim są osoby z przeniesionym zespołem Münchhausena?

Jak już wspomniałam wcześniej, na zastępczy ZM cierpią w przeważającej większości matki. Znamienne jest, że drugi rodzic (w tym przypadku ojciec) pozostaje zazwyczaj bierny i obojętny emocjonalnie. Dystansuje się od „choroby” dziecka, rzadko odwiedza je podczas hospitalizacji lub nie robi tego wcale. Ojciec, zazwyczaj nieświadomy zachowania swojej partnerki, bezkrytycznie ją wspiera, a nawet potwierdza rzekomo występujące objawy, stając się tym samym biernym współwinnym nadużycia.

Znacznie rzadziej na przeniesiony ZM cierpią inne osoby z otoczenia dziecka- ojciec, dziadkowie, rodzice zastępczy, ojczym, macocha, zatrudniona opiekunka.

Zakłada się, iż matki wywołujące u swoich dzieci objawy chorobowe cechują się głębokimi zaburzeniami emocjonalnymi, które skutkują niemożnością budowania zdrowych relacji interpersonalnych. Mimo że sprawiają wrażenie niezwykle opiekuńczych i oddanych dziecku, w rzeczywistości z jakiegoś powodu nieświadomie je odrzucają.

Według prof. Katarzyny Schier, takie osoby przejawiają głębokie zaburzenia narcystyczne i psychopatyczne. Nie postrzegają one własnych dzieci jako oddzielnych osób, lecz jako elementy pełniące określoną funkcję w ich świecie wewnętrznym, przedłużenie ich własnego „ja”. Dzieci mają je uspokajać, gdy są w napięte, realizować ich potrzeby, a przede wszystkim pozyskiwać uwagę i zainteresowanie otoczenia. Osoby cierpiące na zastępczy ZM charakteryzuje zwykle dość dobra ogólna wiedza medyczna. Znamienne jest, że ok.80% zaburzonych matek pracowało w służbie zdrowia. Bardzo dobrze rozeznają się w temacie choroby dziecka, którego nie odstępują na krok. Wnikliwie nadzorują wszelkie procedury medyczne. Uważa się, że sympatia i współczucie, jakimi jest obdarzana przez personel medyczny rodzina chorego, stanowi dla osoby z przeniesionym ZM rodzaj nagrody psychologicznej.

W kontakcie z matką szczególną uwagę zwraca fakt, że mówiąc o chorobie dziecka, kobieta nie zdradza żadnych emocji. Niekiedy nawet sprawia wrażenie, jakby relacjonowała pasjonująca opowieść, a nie dramatyczną walkę o życie i zdrowie bliskiej osoby.

W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć słowa matki Julie Gregory, kierowane do lekarza: „Cóż, Michael. Opracujmy razem plan ataku. Ponieważ wyniki ostatniego badania nie rozwiały naszych wątpliwości, uważam, że już czas przeprowadzić operację na otwartym sercu (...)”.

Dodam, że kobieta była bardzo rozczarowana, gdy doktor podważył zasadność operacji.

Lekarze bardzo często podczas pierwszego kontaktu z dziećmi są całkowicie nieświadomi, że mają do czynienia z ofiarami przeniesionego ZM. Bezwiednie sami stają się współsprawcami maltretowania, stosując nieprzyjemne, często bolesne zabiegi medyczne, obciążone ryzykiem powikłań.

Ofiary przeniesionego zespołu Münchhausena

Ofiarami zespołu padając głównie dzieci w wieku od 2 do 4 lat. Zdarza się jednak, że maltretowani są również nastolatkowie. Osoba cierpiąca na zastępczy ZM najczęściej indukuje u swojego podopiecznego objawy fizyczne, tj. bóle brzucha, wymioty, napady drgawkowe, infekcje, krwawienie czy zatrucie.

U ofiar nierzadko obserwuje się również zaburzenia psychiczne, m.in. zaburzenia zachowania, uwagi, sprawności umysłowej, wysoki poziom lęku, zaburzenia snu oraz pourazowy zespół stresowy (PTSD). Badania pokazują , że dla ok. 7% ofiar maltretowanych w ten sposób skutkiem jest długotrwały uszczerbek na zdrowiu lub trwałe kalectwo. Takie osoby, o ile uda im się przeżyć „opiekę” troskliwego rodzica, w dorosłym życiu zazwyczaj borykają się z poważnymi problemami emocjonalnymi. Bywa, że same cierpią na ZM i przeniesiony ZM. Najtragiczniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci-ofiary potrafią do końca bronić swoich katów. Maltretowane przez matkę wołają o pomoc, a jednocześnie identyfikują się z agresorem. W ten sposób starają się za wszelką cenę chronić idealny obraz rodzica.

Julie Gregory przez lata żyła w przekonaniu, że naprawdę jest ciężko chora. Czemu nie miałaby wierzyć własnej matce, która tak bardzo się o nią troszczyła? Dopiero w wieku 24 lat dowiedziała się o zastępczym zespole Münchhausena, poznając bolesną prawdę o sobie i swojej rodzinie.

Leczenie i interwencja

Odpowiednio wczesne rozpoznanie przeniesionego ZM wydaje się być kluczowe dla ograniczenia śmiertelności jego ofiar. Zdecydowanie pierwszym krokiem po ujawnieniu maltretowania powinno być odseparowanie zaburzonego opiekuna od dziecka.

Dla większości matek fakt rozpoznania u nich zespołu jest bardzo traumatycznym przeżyciem, na które reagują zwykle ostrymi stanami depresyjnymi, włącznie z tendencjami samobójczymi.

Pacjenci z przeniesionym ZM z trudem (jeśli w ogóle) poddają się psychoterapii, gdyż w tym przypadku zaznacza się obecność niezwykle silnych mechanizmów obronnych, które podtrzymują objawy zaburzenia. Według prof. Schier jakakolwiek próba psychoterapii jest możliwa, jeśli zaburzony rodzic stan choroby łączy z bliskością i na dodatek ma pewną świadomość tego faktu. Co innego, gdy mamy do czynienia z osobowością o rysie psychopatycznym, wówczas taka osoba nie wykazuje żadnej motywacji do zmiany i nauczenie jej empatii wydaje się mało prawdopodobne.

Bez wątpienia wczesne rozpoznanie zespołu pozwoli ograniczyć szkody, jakie poniosło dziecko w wyniku maltretowania, a także zapobiec śmierci ofiary. Niejednokrotnie blizny w psychice pozostają na całe życie i wymagają, jak w przypadku Julie Gregory, długotrwałej terapii. Dlatego warto czasem upewnić się, czy pod fasadą troski i zwykłej nadopiekuńczości kochającego rodzica nie kryje się kolejny dramat dziecka, któremu mama kazała chorować.

A dla zainteresowanych pogłębieniem tematu poniżej odsyłam do literatury:

Berent, D. ; Florkowski, A. ; Gałecki, P. Przeniesiony zespół Münchausena.
Psychiatria Polska 2010, tom XLIV, numer 2, str. 245–254.
Kowalik, T. ; Gruszczyński, B. ; Radziszewska, A. ; Gruszczyński, W. Przeniesiony zespół Münchhausena. Postępy Psychiatrii i Neurologii 2005, 14 (4), str. 363-366. Gregory, J. Mama kazała mi chorować. Wyd. Amber, 2005.
Schier, K. ; Zalewska, M. Krewni i znajomi Edypa. Kliniczne studia dzieci i ich rodzin. Wyd. Naukowe Scholar, 2006.
Fiedorowicz, A. ; Fiedorowicz, M. Matki, które dręczą swoje dzieci. Focus, nr 12, 2012, str. 58-61.


Joanna Malesz


"Nazywam się Joanna Malesz. Jestem studentką III roku psychologii na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Interesuję się psychologią kliniczną, neuropsychologią, psychologicznymi aspektami uzależnień a ostatnio także zooterapią. W wolnych chwilach czytam książki, oglądam filmy, sama też trochę piszę. Kocham muzykę. Prowadzę również bloga o kotach http://koty6.blogspot.com/, jakby co zapraszam :)"

9 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Witam,

wspanialy artykul i bardzo wazna wiedza...sadze, ze rowniez ludzie z sasiedztwa moga tutaj niejednokrotnie wiele zaobserwowac i w razie watpliwosci zglosic do rejonowej przychodni PODEJRZENIE (nie fakt)o ZM lub PZM.Faktami powinni zajac sie fachowcy. Dziekuje i prosze o wiecej podobnych informacji, ktorych zwykli ludzie nie maja i nie sa swiadomi wielu zagrozen jak i pomocy, ktorej mozna by bylo udzielic.

Pozdrawiam serdecznie i zycze wszystkim prawdziwie swiadomego Nowego 2013 Roku
Hania :-)

Sabina pisze...

Tak, bardzo interesujący i bardzo ważny, temat tabu' bo dotyczy matek. Potwierdza tylko to o czym sama piszę i widzę, że żadna osoba publiczna nie podejmuje tego tematu. W naszym społeczeństwie i nie tylko naszym przemoc ma płeć męską, stary mit którego na ten moment nikt nie ma zamiaru obalić. http://www.facebook.com/note.php?saved&&note_id=10151361527505054

Małgorzata Szcześniak pisze...

Bardzo ciekawy temat. Chcialabym tylko wiedziec co zrobic??? jesli podejrzewam kogos o cos podobnego. Jak byc pewnym ze to choroba a nie zwykła glupota czy niewiedza???

Małgorzata Szcześniak pisze...

Bardzo ciekawy temat. Nie wiem tylko jak rozpoznac czy działanie matki to zwykle niedoświadczzenie, niewiedza czy na prawde choroba?? Co zrobić jak sie ma podejrzenia..

Anonimowy pisze...

No, wreszcie czuję, że dowiedziałam się na ten temat tego co trzeba. Dziękuję, bardzo udany artykuł. Zwrócił jednak mą uwagę wpis pani Małgorzaty i myślę, że z tym rzeczywiście jest problem. Jeśli mamy podejrzenia, co robić? Nie chodzi zresztą tylko o tak niezwykłe i straszne schorzenie jak ZM, ale i o molestowanie, znęcanie, bicie i wszystkie inne. Niby zgodnie z prawem "należy złożyć w komisariacie policji lub w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przez tego człowieka przestępstw znęcania się i groźby karalnej" na danej osobie cyt. http://www.eporady24.pl/znecanie_sie_psychiczne,pytania,3,18,286.html, ale to powinna być już ostateczność. Natomiast powinna istnieć jakaś jeszcze nieformalna pomoc, która podpowie, co obserwować, zbierać dowody itp. I tego właściwie, my przeciętni obywatele nie wiemy. I wobec czyjejś tragedii nie wiemy jak się zachować, żeby nie wyjść na wścibskiego dziadka, sąsiada, członka rodziny. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Podejrzewam, że babka mojej córeczki truje ją. Dziecko za każdym razem, gdy przebywa pod jej opieką wraca z różnymi zadrapaniami, często płacze, zrywa się w nocy i płacze zanosząc się. Za każdym razem obwiniała mnie o całe zło, nastawiała wszystkich na mnie, twierdząc, że może ja coś dziecku robię. Po wielkiej awanturze dziecko przez 2 miesiące nie miało z nią żadnych kontaktów. Wszystko było dobrze. Płakała czasem w nocy, bo była głodna, ale nigdy się nie zanosiła. Po 2 miesiącach pozwoliłam ojcu zabrać dziecko do babki (dodam, że wpatrzony w mamusię jak w obrazek) znowu to samo i ciągle doszukiwanie się we wszystkim mojej winy. Pozwalałam dziecku jeździć do babki, ale ciągle coś się złego działo (dziecko w ogóle nie chciało spać- jakby było wystraszone) Lekarz zlecił posiew moczu. NAstawiła ojca dziecka, że ja wymyślam i podstępnie zostali u babki na noc. Ponoć mała spała bez żadnego problemu- znowu moja wina. W efekcie badania nie zrobiliśmy. Ostatnio jednak wydarzyło się coś gorszego. Maleńka pojechała do niej całkiem zdrowa. Była co prawda po przebytym zapaleniu oskrzeli, ale w pełni zdrowa. Zero objawów. Zjadła w domu śniadanie i pojechali do babki. O godzinie 18 zadzwonił z pretensjami co się z dzieckiem dzieje, bo zwraca, płacze, ma rozwolnienie. Dziecko było zdrowe! I nagle takie rewolucje. Na szczęście dziecko jest już ze mną i jest lepiej. Dodam, że ta kobieta miała kiedyś córkę. Śliczna dziewczynka. Moja córeczka jest do niej podobna jak dwie kropelki wody. Tamta dziewczynka chorowała, ponoć przy zastrzyku dziecku coś się stało i roczne wówczas dziecko stało się "rośliną". Matka opiekowała się nią bardzo troskliwie, aż do momentu, gdy dziewczynka skończyła 10 lat i wpadła na piec. Dziecko się spaliło, poparzyło i zmarło. Nie wiem co mam o tym myśleć, czy ta kobieta może cierpieć na jakieś zaburzenia. Zawsze coś się dzieje, kiedy mała jest u niej, ale zawsze wina jest - moja. Dodam, że bardzo troskliwie zajmuje się moją córeczką. Wydaje się być cudowną babcią. Nie wiem czy przesadzam, czy przy następnym razie powinnam poprosić o jakieś badania i powiedzieć, że podejrzewam, że dziecko jest trute.

Anonimowy pisze...

Witam,szukam także wskazówek jak udowodnić że moja synowa celowo fałszuje badania moczu wnuczki ,a w konsekwencji dziecko trafia do szpitala.Zauważyłam że dziecku zaczyna 'coś" się dziać co 1,5 miesiąca.Synowa nie ma wykształcenia medycznego,ale posługuje się nazewnictwem medycznym co najmniej jak lekarz.Ostatnio badanie moczu wykazało (które jest wykonywane 1-na miesiąc) obecność bacterii coli-wynik doatni,wcześniej był cukier i białko w moczu.Dziecko przebywało w szpitalach w ciągu 6 mcy trzykrotnie.I jakos wszystko przechodziło.Poza tym synowa ciągle chodzi po różnych przychodniach,ukrywając to przed ojcem dziecka.Wprowadziła taką sytucję że odizolowała nas od dziecka,podejrzewam że celowo,żebyśmy nie mogli kontrolować jej poczyniań wobec dziecka.Poza tym lekarz psychiatra zdiagnozował u niej chorobę psychiczną-schizofrenia paranoidalna( ale ona nie poddaje się leczeniu).Czy może posunąć się do tego stopnia że bedzie zagrażać życiu wnuczki? Gdzie mogę zgłosić moje podejrzenia,jak prawnie może syn ją zmusić do leczenia?

Unknown pisze...

Dobre. Moja mama to ma w łagodnym stopniu. Nie wywołuje choroby organicznej, ale psychiczno-rozwojową: twierdzi, że sobie bez niej nie poradzimy (ja i moje rodzeństwo), więc wciska nam swoje cudowne "leczenie" w postaci całkowitej kontroli nad nami. Teraz wciska wyimaginowane zagrożenie samobójstwem mojej 15-o letniej siostrzenicy. A w grudniu zmarł dziadek po półrocznej jej "opiece" (męczarniach) nad nim po tym jak odsunęła i zignorowała udział osób z domowego hospicjum w umieraniu dziadka. Udawała,że zgubiła numer, a byłem cały czas i moglem jej podać w każdej chwili. Problemy emocjonalne, przedmiotowe traktowanie dzieci i osobość silnie narcystyczna pasuje jak garnitur szyty na miarę. Już parę lat temu rozgryzłem ją, że czuje ogromną satysfakcję psychiczną w roli ratownika/opiekuna/lekarza związaną z uznaniem ze strony otoczenia. Całą rodzinę zakręciła wokół palca jaka to ona jest cudowna matka-polka. A co najważniejsze: wszystko pochodz od jej mamy (mojej babci), która ją poniżała i nigdy nie doceniała. Powiedziałbym, że to ostry syndrom niezaspokojenia emocjonalnego, którego objawem jest cały odrębny zespół chorobowy, który zaś jest ostrą postacią roli ratownika, która jest główną osią objawów DDA/DDD/przemocy.



W sumie już po paru latach pozbyłem się poczucia winy i rutynowo nauczyłem się odpowiadać "o siebie się martwisz" ilekroć mi mówi, że się o mnie martwi czy boi. Okazuje się, że miałem rację.

Anonimowy pisze...

To są bardzo poważne sprawy z pogranicza psychopatii, schizofrenni i ostrej nerwicy inwazyjnej/ekspansywnej. To trzeba od razu zgłaszać na policję albo do jakegoś centrum interwencji kryzysowej albo do lekarza w przychodni czy szpitalu, bo takie osoby zabijają powoli dzieci by poczuć się ważnymi przez moment.

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania. Proszę o kulturalne wyrażanie swoich poglądów. Nie akceptuję wulgaryzmów i chamstwa.

Dziękuję i zapraszam ponownie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...