sobota, 5 grudnia 2009

Jak niezaspokojenie emocjonalne w dzieciństwie wpływa na psychikę dorosłego człowieka?

Autorką poniższego tekstu jest studentka pedagogiki Monika Wilk, która opowie nam - o zespole niezaspokojenia emocjonalnego.

Bardzo ciekawy i oryginalnie napisany tekst specjalnie dla bloga PSYCHIKA.net! Zapraszam do lektury - Marcin:)


Cała historia zaczyna się od zbiornika. Jest nim pusty zbiornik miłości.


Rozważając rozwój emocjonalny człowieka i jego wzrost duchowy na różnych etapach życia, można powiedzieć, że człowiek przychodzi na świat z pustym zbiornikiem, w którym, na skutek interakcji z otoczeniem, a przede wszystkim z najbliższymi osobami, będzie stopniowo gromadziła się miłość. Opiekunowie dziecka, w założeniu ludzie dojrzali, będą stopniowo przelewać miłość i akceptację ze swych pełnych po brzegi zbiorników wprost do pustego zbiornika małego dziecka. W ten oto sposób zbiornik miłości napełnia się, a dziecko, doświadczając bezwarunkowej akceptacji, czułości i troski, rozwija się emocjonalnie i duchowo, aż do dnia, gdy samo wyruszy w świat w pełnym zbiornikiem i pragnieniem, by dzielić się dobrem, które otrzymało. Przestanie brać, a zacznie dawać. To przecież różni osobę dojrzałą od dziecka.

Rozważmy teraz podobną sytuację, z tą jedną różnicą, że opiekunowie dziecka już na starcie mają puste zbiorniki miłości. Na drodze swojego rozwoju nie otrzymali miłości i akceptacji, których bezwzględnie potrzebowali, wskutek czego zbiornik miłości nie został wystarczająco napełniony. Nie mają z czego przelewać, nie mogą dać dziecku tego, czego ono potrzebuje, ponieważ sami tego nie mają. Po upływie kilkunastu lat w świat rusza kolejna osoba, której zbiornik miłości świeci pustkami. Kolejna osoba, która zrodziwszy potomstwo, nie będzie umiała dać mu pokarmu koniecznego do prawidłowego rozwoju.

Metafora zbiornika miłości, którą posłużyłam się na początku tego rozważania, została zaproponowana przez wybitnych psychiatrów i psychoterapeutów Franka Minirtha i Paula Meiera, od lat zajmujących się leczeniem współuzależnienia, którego korzeni upatrują między innymi w braku miłości i akceptacji. Chciałabym posłużyć się tą metaforą do opisania innego zaburzenia, odkrytego stosunkowo niedawno, a jednak dotykającego wielu ludzi, którzy częstokroć sami nie rozumieją istoty swojej choroby i nie wiedzą, gdzie zwrócić się o pomoc.

Chodzi o zespół niezaspokojenia emocjonalnego, do niedawna nazywany nerwicą deprywacyjną, po raz pierwszy opisany przez Annę Terruwe niemal 50 lat temu.


Wyjaśniając czym jest owo zaburzenie i jak powstaje, posłużę się drugim scenariuszem ze zbiornikami miłości. W sytuacji, gdy opiekunowie dziecka nie są w stanie zaspokoić jego podstawowych potrzeb psychicznych – potrzeby miłości i akceptacji – dziecko startuje z przegranej pozycji. Najbliższe mu osoby są jedynymi, które mogą zbiornik miłości napełnić. To od nich zależy, czy w przyszłości dziecko będzie umiało kochać i być kochanym, odczuwać szczęście, prawdziwą radość i spokój, czy będzie umiało nawiązać satysfakcjonujące relacje z otoczeniem i być w pełni rozwiniętą osobą. Według badań Anny Terruwe, sam fakt, iż w dzieciństwie nie zostały zaspokojone naturalne potrzeby miłości, czułości i akceptacji wystarczy, by rozwinęła się specyficzna choroba emocjonalna, mająca ogromny wpływ na funkcjonowanie człowieka w życiu dorosłym.

Życie uczuciowe człowieka rozwija się od wczesnego dzieciństwa do wieku dojrzałego. Przejście na kolejny etap rozwoju może dokonać się tylko wówczas, gdy na poprzednim etapie zostały zaspokojone naturalne potrzeby psychiczne: miłości, bezwarunkowej akceptacji oraz przynależności. Innymi słowy, dziecko musi czuć, że jest kochane ze względu na sam fakt swego istnienia, akceptowane ze wszystkimi niedoskonałościami, musi czuć, że jest dla rodziców cenne i wartościowe, że może liczyć na ich wsparcie w każdej sytuacji. Przede wszystkim musi czuć, że jest dla rodziców wystarczająco dobre.

Brak zaspokojenia naturalnych potrzeb psychicznych na którymkolwiek etapie rozwoju powoduje lukę, która uniemożliwia harmonijny wzrost emocjonalny i duchowy. Można powiedzieć, że następuje swoiste zatrzymanie na tym etapie rozwoju, na którym powstała luka. Choć ciało rośnie i dojrzewa, rozwijają się procesy poznawcze, rozwój emocjonalny stoi w miejscu. Pod względem uczuciowym, człowiek staje się wewnętrznie skarłowaciały. Z biegiem czasu zaburzenie rozwoju emocjonalnego staje się przyczyną coraz większego cierpienia.

Dorosłe osoby cierpiące na zespół niezaspokojenia emocjonalnego nie są w stanie stworzyć zdrowych relacji uczuciowych z otoczeniem, bez względu na to, jak bardzo się starają. Przestanie nas to dziwić, jeśli przyjrzymy się życiu emocjonalnemu dzieci. Dzieci są z zasady skoncentrowane na sobie i na zaspokajaniu własnych potrzeb. Nie potrafią wczuć się w sytuację drugiego człowieka, a w kontaktach z ludźmi kierują się własnym interesem. Szczęście innych nie jest dla nich wystarczającym powodem, by samemu czuć się szczęśliwym. Kilkuletnie dziecko tak właśnie funkcjonuje i nie ma w tym nic złego – jest to prawidłowość rozwoju.

Osoby niedojrzałe emocjonalnie wciąż tkwią w okresie dzieciństwa. Wskutek niezaspokojonych potrzeb, nigdy z dziecięcego egocentryzmu nie wyrosły. Oczekują ciągłej uwagi, zabiegają o uznanie i akceptację, a gdy inni nie poświęcają im wystarczająco dużo czasu, czują się odrzucone i niekochane. Nie rozumieją, co mają na myśli inni, mówiąc o przyjaźni i szczerej miłości, dojrzałe emocje osób dorosłych są dla nich niezrozumiałe. Ich związki z otoczeniem są powierzchowne i oparte na woli, a nie na uczuciu. Podtrzymują przyjaźnie, ponieważ uważają, że tak trzeba, a nie z potrzeby serca. Małżeństwa osób niedojrzałych emocjonalnie są zawierane ze względów praktycznych – nie rozumieją oni do końca, czym jest miłość i przekonują samych siebie, że jest ona tym, co oni „odczuwają”. Zazwyczaj związki te nie są trwałe, gdyż osoba niedojrzała wymaga ciągłej i całkowitej koncentracji na sobie, a jeśli jej nie otrzymuje, nierzadko popada w depresję lub wycofuje się z relacji. Związki te zawsze są ułomne – brakuje im psychicznej więzi, która powinna stanowić podwaliny związku między dwiema osobami. Niedojrzałość emocjonalna jest tak wielką przeszkodą w zbudowaniu zdrowej relacji, że nawet Kościół Katolicki uznał ją za przeszkodę do zawarcia małżeństwa oraz podstawę do jego unieważnienia.

Najczęściej osoby z zespołem niezaspokojenia emocjonalnego wcale nie pragną mieć potomstwa. Zdają sobie sprawę ze swej niemożności szczerego kochania oraz wzięcia odpowiedzialności za nowe życie. Gdy jednak dziecko pojawi się na świecie, nie potrafią obdarzać go czułością, traktują chłodno i poświęcają mu tylko tyle czasu, ile muszą. Choćby bez zarzutu wykonywały wszystkie czynności „higieniczne” związane z opieką, nie dostarczają dziecku tego, czego ono najbardziej potrzebuje. Dojrzałe pragnienie posiadania potomstwa pojawia się jednak u tych osób, które na drodze terapii poczyniły znaczne postępy w rozwoju emocjonalnym.

Patrząc z boku na osoby niedojrzałe emocjonalnie ocieramy się o pokusę osądzania, krytykowania i lekceważenia. Postrzegamy je jako infantylne i obarczamy winą za trzymanie się dziecięcych zachowań. Ich niedojrzałość przypisujemy złej woli. Świat wewnętrzny osoby niedojrzałej emocjonalnie wygląda jednak inaczej, niż to sobie wyobrażamy. Uczuciem, które stale towarzyszy wszystkim osobom niedojrzałym jest niepewność i brak poczucia bezpieczeństwa. Ich życie emocjonalne i intelektualne nie jest zintegrowane, w związku z czym nigdy nie doświadczają pewności w tym, co robią. Podjęciu każdej decyzji towarzyszy długie wahanie, a gdy decyzja zostanie w końcu podjęta, zaczynają nękać ich różnego rodzaju wątpliwości.

Osoby niedojrzałe są nadmiernie wrażliwe na opinie innych ludzi i potrzebują ciągłego potwierdzania swojej wartości i zapewniania, że wszystko robią jak należy. Najdelikatniejsza krytyka może sprowadzić je na samo dno rozpaczy. Gdy robią coś publicznie, przeżywają silny niepokój i obawę, czy spodoba się to innym. Swe obawy rozciągają na bliskich, martwiąc się na przykład, że ktoś inny skompromituje się w ich towarzystwie, a ktoś jeszcze inny, kogo nawet nie znają, będzie z tego powodu niezadowolony. Lęk przed sprawianiem kłopotu powstrzymuje je przed poproszeniem o pomoc, kiedy tego potrzebują. Gdy jednak ktoś inny poprosi je o przysługę, nie umieją powiedzieć „nie” i często są bezpardonowo wykorzystywane.

Osoby niedojrzałe przeżywają swoje życie na beznadziejnych próbach zadowolenia wszystkich wokół. Pragnienie bycia dobrym i podobania się innym popycha ich ku zawodom związanym z pomaganiem, a często nawet ku życiu zakonnemu. Początkowy entuzjazm szybko się kończy, ustępując frustracji i wypaleniu, ponieważ pomoc i oddanie, które oferują nie są bezinteresowne. Choć mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, w zamian oczekują uznania i miłości, których jednak nie otrzymują. I tu ma miejsce największy paradoks ich „służenia” innym: zamiast przelewać z pełnych zbiorników, desperacko próbują napełnić swój własny.


Osoby cierpiące na zespół niezaspokojenia emocjonalnego cechuje silne poczucie niższości i niedoskonałości. Ponieważ nie umieją kochać, czują się puste i niewarte miłości. Czasem szukają uzasadnień, wmawiając sobie, że są brzydkie, niekompetentne, wybrakowane, co w rzeczywistości nie jest prawdą. Poczucie niższości z biegiem czasu przemienia się w poczucie winy, popychając niedojrzałą osobę do osądzania każdego swojego zachowania jako złego, fałszywego, grzesznego.

Zaskakujący jest stan fizyczny osób niedojrzałych emocjonalnie. Zazwyczaj wyglądają na młodsze niż są w rzeczywistości. Często uskarżają się na ogromne zmęczenie, które niekiedy zaprowadza ich przed drzwi gabinetu lekarskiego. Leczenie medyczne nie przynosi jednak skutku, ponieważ źródło zmęczenia tkwi w psychice – osoby niedojrzałe w niewielkim stopniu cieszą się życiem, przyjaźń i miłość nie są dla nich źródłem siły i przyjemności, rzadko odpoczywają i czują się zrelaksowane. Stale zabiegają o względy otoczenia, a całą energię życiową poświęcają na walkę z poczuciem niższości. Co ciekawe, osoby niedojrzałe zazwyczaj nie mają problemów ze snem, co może być pomocne w odróżnieniu zespołu niezaspokojenia emocjonalnego od innych zaburzeń nerwicowych, spowodowanych tłumieniem.

Zespół niezaspokojenia emocjonalnego wciąż pozostaje zaburzeniem prawie całkowicie nieznanym nie tylko ludziom o przeciętnym poziomie wiedzy psychologicznej, ale również samym psychologom, wskutek czego osoby nań cierpiące często pozostają niezrozumiane i nie uzyskują adekwatnej pomocy. Przez otoczenie traktowane jako dziecinne lub próżne, nie uzyskują tego, czego pragną najbardziej – akceptacji. Winą za infantylne zachowania i niemożność sprostania wymogom dorosłego życia obarcza się ich samych, nie rozumiejąc, że osoba niedojrzała nigdy nie będzie w stanie poczynić kolejnego kroku na drodze rozwoju o własnych siłach. Tylko cierpliwa miłość i akceptacja ze strony najbliższego otoczenia, a często również pomoc mądrego terapeuty, może sprawić, że na szarym niebie zniekształconych uczuć pojawi się wreszcie słońce nadziei.

Na koniec pragnę dodać, że zespół niezaspokojenia emocjonalnego, jeśli prawidłowo zdiagnozowany, jest leczony z wielkim powodzeniem, na co wskazuje wieloletnie doświadczenie Anny Terruwe i Conrada Baarsa.

Monika Wilk

Warto przeczytać:
- Baars C., Terruwe A. Integracja emocjonalna. Jak uwierzyć, że jesteś kochany i potrafisz kochać. W drodze, Poznań 2004.
- Baars C., Terruwe A. Loving and Curing the Neurotic. Arlington House, New Rochelle 1972.
- Hamfelt R., Meier P., Minirth F. Miłość to wybór. O terapii współuzależnień. W drodze, Poznań 2004.

151 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Dzięki za artykuł, otwierają mi się oczy i rozumiem już skąd poczucie niezadowolenia, rozpaczy i załamania. Jak dojrzeć bez pomocy terapety? I czy to możliwe?
-holoholo-

rattle pisze...

Artykuł bardzo dobrze napisany. Jestem DDA i objawy wydaja sie byc bardzo podobne.

Anonimowy pisze...

rzeczywisce dobry artykul

Anonimowy pisze...

Świetny post!

- anonimus

casicta pisze...

I nawet ja napiszę, że artykuł bardzo dobry. Wielki szacunek dla autorki.
Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, choć może nie ze wszystkimi się zgadzam

Anonimowy pisze...

Bez pomocy terapeuty można dojrzeć, pomoc fachowa nie jest bezwzględnie potrzebna, ale bardzo pomocna. Trzeba wiele świadomej pracy nad sobą, ale gdzie jest pragnienie wyzdrowienia, tam nie ma rzeczy niemożliwych:) polecam lektury zamieszczone pod artykułem, niesamowicie przydatne w życiu:) Dziękuję za komentarze i pozdrawiam serdecznie. Monika

Anonimowy pisze...

Tak ,zgadzam sie w pelni z tym artykulem ,gdyz znam dwie takie osoby ,a jedna jes bardzo bliska ,jest starsza osoba wiec o leczeniu niema mowy bo to (glupota ,lub niemadrosc)te zle relacje przelewaja sie na cala moja rodzine a szczegulnie dzieci .Wiem ,ze tego sie nie da zmienic ,bo caly czas trzeba byloby poswiecic tej osobie a trzeba byc czujnym by nie popasc w taka wlasnie rutyne i odebrac te same nawyki co ona .Dziekuje za komentarz :)

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawy artykuł. Jakbym czytał o sobie.

Anonimowy pisze...

Czyli wynika, że niebawem będziemy mieć tylko osby z takimi problemami. Bo chyba coraz mniej osób jest z tzw. "pełnymi zbiornikami", a z pokolenia na pokolenie zbiorniki przekazywane będą coraz mniejsze....

Anonimowy pisze...

Jak samemu uzupełnić zbiornik ? :(

Anonimowy pisze...

@anonimowy

Wydaje mi sie to bardzo trudne, ale pewnie można przez rozwój świadomości duchowej.

- anonimus

Anonimowy pisze...

Moniko, czy mogłabyś napisać tutaj, co mówi autorka tej książki?

Anonimowy pisze...

ja uwazam ze artykul jest przesadzony w takim razie co drugi czlowiek nie potrafi kochac i robi dobre rzeczy tylko po to zeby wszyscy widzieli i go za to niby kochali...wiele rzeczy trafione ale ogolnie sadze ze tez do przesady napisane bo takie osoby bardzo kochaja ludzi i nie robia dobrego z tego powodu zeby sie pokazac bo jak nie dostali dobra to jak moga je dawac nie mozna tego udawac....i tak samo jest z tym ze takie osoby nie beda dobrym rodzicem wcale nie wlasnie dadza to czego w domu nie mialy...ladnie napisane ale bardzo w negatywnych barwach stawiasz takie osoby bo one potrafia byc dobre i kochac

Anonimowy pisze...

Bdb artykuł, mam wrazenie ze moje dziecko może tak mieć. Staram się jak najlepiej uzupełnić ten tak zwany zbiornik ale moj byly partner czyli ojciec mojego dziecka twierdzac ze bardzo kocha coreczke niedaje milosci juz jej tyle co wczesniej, nie ma dla niej czasu bo jest juz inna partnerka w jego zyciu a moje dziecko bardzo cierpi. :(((( A mnie to bardzo boli:(((

Anonimowy pisze...

ja bym prosił Panią Monikę o kolejny artykuł o tym, jak sie leczyć

Anonimowy pisze...

Błąd nastąpił w interpretacji artykułu przez jedną z osób. Nie chodzi o to, że każdy, kto nie był w dzieciństwie akceptowany będzie cierpiał na takie zaburzenie. Jest coś takiego jak "sprężystość emocjonalna", dobra cecha, która pozwala rozwijać się prawidlowo mimo różnych przeciwności. Wydaje mi się, że wiele osób taką cechę posiada, powinnam to była napisać w artykule, żeby nie zostawiać takich niedomówień:) moje niedopatrzenie:) Zespół n.e. jest zaburzeniem, które rozwija się tylko u niektórych osób, ale jest na tyle przykry, że powoduje prawdziwe cierpienie, czase prowadzi do głębokiej depresji i generalnie paraliżuje całe życie cierpiących na niego osób. Jeszcze raz powtórze: Nie każdy, kto w dzieciństwie nie był kochany i akceptowany będzie miał coś takiego - tylko niektórzy, ale dla tych niektórych napisałam te kilka słów:) postaram się odpowiedzieć na prośby o artykuł na temat terapii. Pozdrawiam i dziękuje za komentarze. Monika

Fanatyk TTL pisze...

Bardzo ciekawie i przystępnie napisane. Zobaczę co tam jeszcze ciekawego masz na blogu :)

P.S. Szamarzewo? :)

Anonimowy pisze...

@Monika

Dopisuje sie Pani Moniko do powyzszych prosb.

- anonimus

Integralny pisze...

Pani Moniko, z przyjemnością opublikuję Pani kolejny artykuł :) Czekamy z niecierpliwością :) Pozdrawiam serdecznie.

czara pisze...

Bardzo ciekawy tekst, wreszcie wnosi coś nowego. Rzeczywiście, nie słyszałam nigdy o takim zaburzeniu.

lavinka pisze...

I tu się nie do końca zgodzę(choć generalnie popieram tę odnogę teorii wpływu dzieciństwa na dorosłe życie). Znam wiele osób posiadających naprawdę fajnych kochających rodziców-a są one maksymalnymi egoistami,gdzie tam im do dawania i bezinteresowności.

Nie mylmy pojęć.

Miłość jest potrzebna do ukształtowania jednostki zdrowej psychicznie,bez nerwic,zboczeń i innych schorzeń tej natury. W skrócie: do umiejącej cieszyć się z życia i czerpać z tego życia korzyści,bez popadania w uzależnienia na przykład.

Bezinteresowność nie wyrasta na nawozie miłości.

Paradoksalnie, im więcej dostał człowiek po dupie za młodu(od życia,niekoniecznie od rodziców) tym większą,mam wrażenie, ma skłonność do pomagania innym. Jakby chciał dać innym to,czego zabrakło w jego życiu. Na tym "złym" nawozie często wyrasta nadopiekuńcość matek,które niedobór miłości za młodu - odbijają sobie przelewając miłość swoją na dziecko(często odbierając mu szansę na samodzielne życie). Robią to bezinteresownie,ale jest to dramat dla nich samych.Dziecko nie zastąpi niekochających rodziców.

Reszta robi to("pomaga") na pokaz, albo by pokryć wyrzuty sumienia (ignorancja na co dzień, datek na szczytny cel od święta).

Deekay pisze...

Najlepszy art na blogu...
jak juz jest napisane nie wszyscy na to zachorują... ja to mam, ale jeśli jest sie swiadomym "tego" mozna sobie jakos poradzic, nie popadać w skrajnosci... Najważniejsze to być świadomym że "cos" jest nie tak...
trudne dziecinstwo, rodzice ktorzy nie pomagają,
do tego dochodzi moczenie nocne, dodatkowe obciażenie dla psychiki, zaburzone relacje z rowiesnikami i mamy gotowe niezaspokojenie emocjonalne...

Anonimowy pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
Anonimowy pisze...

Sporo w tym prawdy,niestety;(

magda pisze...

witam serdecznie, jakis czas temu odkrylam w sobie problemy z ktorymi nie daje sobie sama rady... niezaspokojenie emocjonalne w wielu punktach sie zgadza z moim stanem, ale w wielu punktach tez nie...przedewszystkim sen... a wlasciwie bezsennosc... mam trudnosci z przespaniem calej nocy a mam zaledwie 28 lat!!!! to koszmar i najczesciej konczy sie tabletkami nasennymi... w tekscie znalazlam zdanie, ze to moze wykluczac niezaspokojenie emocjonalne... jesli tak to ... gdzie szukac odpowiedzi.. z niecierpliwoscia czekam na porade...

Bartłomiej pisze...

Brawo Monika. Toż samo napisał Benedyktt XVI w Encyklice Deus Caritas est w punkcie 7 (DCe 7) jeśli nie zaczerpniesz ze źródła miłości - jak samarytanka przy studni - nie będziesz mógł rozlewać miłości...
Niby takie proste. czerpać i poić i wylewać...a jednak wciąż tyle nieporadności w logice miłości
BeeS

Anonimowy pisze...

@bartlomiej

Ja bym powiedzial raczej brawo Benedykt XVI

- anonimus

Anna pisze...

Czy mogę prosić o podanie bibliografii? Artykuł wydaje się być nierzetelny i oparty na częściowych danych, przytoczone argumenty są pokrętne, postawione tezy dałoby się udowodnić znacznie prościej, sposób argumentacji sugeruje brak wiedzy Autorki na temat poruszanych zagadnień

Integralny pisze...

@ Anna -

Autorka podaje bibliografię pod tekstem.

lucyna pisze...

doga anno jestes taka inteligentna i oczytana prawdziwy zespol natretstwa zwanego doskonaloscia ktora nie wychodzi poza scisle granice nauki bedac tak wszystko wiedzaca o jednej skromnej rzeczy zapomnialas ze prawdziwa modrosc z serca pochodzi a moze i tam znajdziesz jakis argument pokretny ktory daloby sie udowodnic?artykol pani moniki przywrocil mi zycie i wiare w siebie sama....

Anonimowy pisze...

Czy możliwe jest posiadanie zespołu niezaspokojenia emocjonalnego w momencie gdy tylko matka obdarzała dziecko miłością? Z ojcem zawsze miałem suche, puste relacje m.in. ze względu na to jak traktował matkę (awantury, podejście materialne, wyniszczanie psychiczne).

I jeszcze jedno. Skoro daną osobe może uleczyć inna osobą która daje jej miłość (myśle o związku) to dlaczego Kościół uznał ten zespół za przyczyne rozwodu a nie robi się nic by spróbować uleczyć ten związek. Przecież osoba z zaburzeniami wie, że nie jest zdrowa i napewno w wielu przypadkach chce się leczyć. Nie można uratować takiego związku?

Anonimowy pisze...

Po przeczytaniu tego artykułu mam chyba w końcu odpowiedź na swoje dziwne życiowe zachowanie. Jakby nie patrzeć wszystko się zgadza, wszystkie objawy do mnie pasują nawet ten SEN, uwielbiam spać, nawet wtedy gdy jest mi źle wolę się położyć i zasnąć. Bez sensu pomagam innym i oczekuję tego samego od nich, ale nigdy nie kończy się to dwustronną współpracą. Boję się brać odpowiedzialność za różnego rodzaju projekty, myśl o dzieciach mnie przeraża, a i nigdy nie stworzyłam związku, bo boję się. Często mam takie stany "depresyjne". Bardzo nisko się oceniam co wszyscy zauważają. Skupiam się na tym, żeby wszystko doprowadzać do perfekcji, a minimalna krytyka i zła ocena mojej osoby powoduje totalne załamanie. Co gorsza z niezaspokojeniem emocjonalnym w parze idzie erytrofobia. Co ja mam zrobić? Nie stać mnie na specjalistyczną pomoc. Kończę 20 lat i moim jedynym marzeniem jest to aby cieszyły mnie zwykłe rzeczy, które wywołują uśmiech na twarzy wszystkich ludzi, których spotykam na ulicy. Nie chcę być naczyniem wypełnionym strachem przed brakiem akceptacji i powodzenia życiowego. Mam dość stanu przygnębienia i niezadowolenia z życia.

Anonimowy pisze...

Niestety ja także cierpię na zespół niezaspokojenia emocjonalnego...W moim domu nigdy nie było czułości, zawsze awantury, zawiść...Ruszam z tym pustym zbiornikiem w świat, chociaż czasem wątpię, czy uda mi się. Zastanawiam się, czy jest coś poza nienawiścią i zazdrością? Czy jest na świecie człowiek, który mnie nie oszuka, a da mi bezwarunkową miłość? W sumie to nie wiem, czy na nią zasługuję...

Anonimowy pisze...

To bardzo dziwne uczucie zrozumieć w końcu że własnie to całe zycie mi dolegało...jakby dotrzeć na szczyt góry coś odnaleźć tajemnice o sobie...wrecz mistyczne poczucie. Ta wiedza uratuje moje szczescie i otworzy oczy - bo gdy dusza jest spieta i oczy zamkniete

Anonimowy pisze...

Mam ową cudowną przypadłość i nie zgadzam się z tym artykułem w tym sensie, że za bardzo skupia się on na "niedojrzałości emocjonalnej" takich osób. Choćby w warstwie leksykalnej - "osoby niedojrzałe" jako podmiot pojawia się zdecydowanie częściej niż "osoby z zespołem...". Artykuł skupia się na niedojrzałości - często przesadnie, mało uwagi poświęca zaś wewnętrznemu cierpieniu i możliwym "powikłaniom". Dużo się tu mówi o tym, jak odbierana jest taka osoba, jak "źle" zachowuje się w stosunku do otoczenia... a jak w stosunku do siebie samej? Jeszcze gorzej. Dodać należy też, że osoba z tym zespołem może też zapewne mieć wrodzone cechy charakteru, które niwelują jakoś skutki choroby. Pisze się tu o niemożności odczytania uczuć innych ludzi i egoizmie - cóż, ja znów cierpię na nadmiar empatii. To może się też łączyć z chęcią "nie stwarzania problemów", ale nie do końca. W swoim życiu zauważam, że jestem wręcz bardziej wyczulona na problemy innych, rozpoznaję emocje których oni nie chcą pokazywać, wyczuwam smutek czy zdenerwowanie, które próbują ukryć. Znam też inną osobę z tym zespołem i jest to również człowiek pełen empatii i czujny obserwator ludzkich emocji. Zdaje się więc, że jesli osoba - jak pisze autorka - "niedojrzała" ma choć pół mózgu i przyzwoity iloraz inteligencji, to nie będzie zachowywać się jak rozwydrzony dzieciak, choćby nie wiem jak pozbawiona była ciepła w dzieciństwie. Nie potrafię sobie poradzić z krytyką, przeżywam mocno uszczypliwości, panicznie boję się upokorzenia, czuję wstyd i smutek nawet oglądając komedię, w której ktoś robi z siebie idiotę. Boję się zbliżać do ludzi, nie chcę mieć dzieci bo wiem że byłabym kiepska matką, boję się że nie potrafię stworzyć związku, nie umiem podejmować decyzji itd. Ale nie czuję się "niedojrzała", conajwyżej niedostosowana do realiów tego świata, bo ciągle mi się obrwa.. a od kogo? Ano od infantylnych, egocentrycznych, pozbawionych empatii, zakochanych w sobie ROZPIESZCZONYCH "dużych dzieci", które nigdy nie dorosną.

Anonimowy pisze...

Od Autorki: wow, chyba rzeczywiście artykuł nie oddał tego, co chciałam na ten temat powiedzieć. Mimo najlepszych chęci zawsze pozostanie jakieś niedopowiedzenie. Za to przepraszam. Nigdy nie można patrzeć na człowieka przez pryzmat "zespołu", "syndromu" czy czegokolwiek innego, co u niego zdiagnozowano. Człowiek poza tym ma tę cudowną cechę, że posiada nieograniczoną zdolność zmiany, rozwoju i dążenia do doskonałości. Pamiętam, ze mnie samej bardzo nie podobało się określenie "osoba niedojrzała emocjonalnie", ale być może go użyłam. Jest to etykietka, a etykietek nie znoszę. Przepraszam przedmówczynię: masz całkowitą rację, cierpienie wewnętrzne jest ogromne, choć często niezauważalne dla otoczenia. Co do tych infantylnych, dużych dzieci, o których piszesz... myślę, że często tak jest, ze osoby, które nigdy nie doświadczyły w życiu żadnej deprywacji, żadnego cierpienia, nie potrafią dać z siebie tyle, ile ktoś, kto miał pod górkę. Każda trudność motywuje do rozwoju. Wiedzą o tym ci, którzy sobie poradzili, lub radzą sobie ciągle, z ciężkim życiowym bagażem. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

chodzę na terapię 2 razy w tygodniu, powiem mojej psycholog o tym, może zmienimy rodzaj terapii i stanie się bardziej efektowna, dziękuje za pełny artykół, bo więszkość jest dosyć pobieżnie pisana i trudno dostrzec konkrety

Anonimowy pisze...

jakbym czytała o sobie..
nie umiem sobie z tym poradzic:(

Anonimowy pisze...

Witam
Czy jakieś osoby/ośrodki w Polsce prowadzą terapię opartą na założeniach o których pisze Autorka?

Anonimowy pisze...

Czym różni się osoba niedojrzałe emocjonalnie od aleksytymika? Czy są jakieś różnice? Bardzo proszę o odpowiedź.

Anonimowy pisze...

Jestem dzieckiem osoby chorej na schizofrenie, mając 3 lata znalazłam się w domu dziecka-koszmar. Jak ja tęskniłam zwłaszcza że ojciec zabierał nas na wakacje do domu. Jestem niestety niedojrzała emocjonalnie. Jestem inna - i jest mi z tym bardzo zle,

Anonimowy pisze...

Niestety, dużo ze stanów emocjonalnych opisanych w artykule doświadczam. :( To niesamowite, że całe życie kręci się wokół poszukiwania akceptacji i człowiek nie umie znaleźć czy sprecyzować sensu. Jak węgorz wijący się w piasku - szuka wody i nie może jej znaleźć. :/

Anonimowy pisze...

Powrót do swego wewnętrznego domu - John Bradshaw To jest książka o tym jak można sobie samemu pomóc w takim zespole cech psychicznych. Osobiście uważam że trudno to zastosować ale może komuś sie uda.

Anonimowy pisze...

Hejka , nie wiem nie znam sie ;p ale jakos obserwujac zycie i adektwtnie do artykulu tu zamieszczonego , chcialem jakos tak zwrocic uwage na pewien "motyw" ;p Mowi sie dziecku o milosci uczy przekonuje i tak bardzo optymistycznie w tym kierunku je nastawia ,jest mlody rosnie sobie ma juz 20 iles tam latek i np kiedy wchodzi w samodzielne zycie i interakcje z rzeczywistoscia jego nastawienia moga sie niezgadzac z faktami comoze powodowac perturbacje ogromne depresje frustracje itp ,bo moze sie okazac ze wcale nie ma takiego nieba ;p i nie wiem czy to jest takie sluszne do konca ;p

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawe pozdrawiam , ja sobie krocze przez zycie trzymajac sie prostej swojej wlasnej teorii , staram sie unikac emocji negatywnych niedopuszczac do nich , a rozwijac pozytywne . Oki nie ma tu nic wielkiego ale zastanawialem sie nad emocjami ktore lubimy sobie szlifowac czyli "milosnymi" do jakiej kategorii ja zaliczyc , czy szkodliwej dla zdrowia czy pozytywnej ,ciezko powiedziec ale na dzien dzisiejszy uwazam ze jest posrednim czyms , i nalezy uwazac na tego rodzaju wyzwalanie u siebie owej emocji , bo ma 2 kierunki kiedy jest realizowana przez dwoje ludzi pielegnowana jest pozytywna , ale moze byc niesamowicie szkodliwa ,np kiedy sobie chcesz brnąć przez zycie z checia realizacji , a nie mozesz tego urzeczywistnic , wiec dlatego akorat ten rodzaj emocji uwazam za ryzykowny i raczej nienalezy go wyzwalac jak sie nie jest pewnym ze niezaszkodzi ; )

Anonimowy pisze...

Powstała nowa strona http://www.niedojrzali.pl/
Sam cierpię na owy zespół nie zapokojenia emocjonalnego i dlatego stworzyłem tą stronę ny szukać, łączyć i pomagać takim ludzion jak ja.

Anonimowy pisze...

Ja osobiście mam podobny problem . Szukam porady > marcin

Anonimowy pisze...

bardzo fajnie napisane!!! z wiekszoscia sie zgadzam ale nie ze wszystkim, ja mam ten sam problem i zaczynam wkoncu nad nim pracowac:)mam nadzieje ze uda mi sie z tego wyjsc!

Anonimowy pisze...

Jak nazywa się ten kierunek psychologii zajmujacy się terapią zespołu niezaspokojenia emocjonalnego, by mozna zgłosić się do odpowiedniego specjalisty?

Anonimowy pisze...

Jest nadzieja. Są terapeuci, którzy prawdopodobnie się tym zajmują ale to nic pewnego w 100 proc. ale myslę, że warto spróbować. Podaję stronę
www.gajdy.pl

Anonimowy pisze...

Bardzo proszę o namiary na terapeutę zajmującego się tym schorzeniem.
Obojętnie gdzie w Polsce, jestem skłonna nawet jeździć na drugi koniec Polski na terapię byle tylko być szczęśliwą.

Anonimowy pisze...

To nie choroba moi drodzy, to rzeczywistość.
Nie rozumie dlaczego wmawia się tym dzieciom, że są chore. To ich doświadczenia, każdy ma inne. Nie każdy musi byś miluśny i kochający i tacy jak wy "zdrowi". Kto wam pozwolił na definiowanie "normalności"? I dyktowanie innym co mają i ile czuć? Lepiej skupcie się na waszym problemie ciągłego dopatrzania się "inności" i "nienormalności" w innych i braku tolerancji.

Anonimowy pisze...

Dołączam swój komentarz i konotację. Trafiłam tu szukając informacji o niedojrzałości emocjonalnej. Kilka dni temu rozstaliśmy się z moim chłopakiem. Nie ma znaczenia tu przebieg tej relacji, tylko to, co zaczęłam dostrzegać. Wypisałam sobie na kartce wszystkich moich facetów, łącznie z krótkimi uniesieniami miłosnymi. Potrzebowałam i nadal potrzebuję wzniosków, zauważenia schematu, który jest. Żaden ze związków (5) nie trwał więcej niż 9 miesięcy i większość tych najwspanialszych związków dotyczyła facetów(chłopaków) ze znacznymi cechami tzw. Piotrusia Pana. Na początku jednak, to ja byłam raczej Piotrusiem Panem i raniłam nie potrafiąc się zaangażować. Jestem po 2letniej terapii (rozwód rodziców itd.) i zauważam, że teraz role się odwróciły. Terapia dużo mi dała i czuję się bardziej stabilna emocjonalnie, ale jednak(podswiadomie, jak widzę) szukam niedojrzałych chłopców i staram się ich "wydoroślić" bazując na tym, czego sama się nauczyłam. Stając się przy tym swego rodzaju mamusią (jeden z rodziców jest lekarzem, a ja od zawsze byłam związana z pomaganiem przez wolontariat, więc to dodatkowo potęguję te cechy). Mimo to, nauczyłam się nie zmieniać, ale pomagać dojrzeć problemy swoim partnerom, którzy zazwyczaj mają silne braki emocjonalne. W tym całym kole, właśnie kilka dni temu, dotarło do mnie, że być może jestem stabilniejsza, ale wciąż mam sama problem ze swoją dojrzałością. Boję się dojrzałych mężczyzn. Może słowo "boję się" nie jest najcelniejsze, ale czuję się niepewnie, odpycham od siebie myśl, nawet jak widzę mężczyzn, którzy wykazują cechy świadczące o dojrzałości. To z własnego podwórka.
A teraz chciałam dodać coś do komentarzy. Nie próbujcie włożyć siebie w foremkę jakiegokolwiek syndromu bez diagnozy z zewnątrz. Może na potrzebę chwili, żeby poczuć ulgę, że to nie wy tak do końca jesteście winni swoim problemom ma to sens, ale nie na dłużej. Terapia, terapia, terapia. Człowiek to nie syndrom. Różnorodności zaburzeń i ich relacji jest mnóstwo i zależy to nie tylko od doświadczeń z dzieciństwa, ale też od genetycznej budowy mózgu, który odpowiada za każdą czynność, proces myślowy i emocje. Jeśli mówimy powszchnie o zmianie podejścia, to mówimy o zmianie, która musi zajść w mózgu, jest to cały proces. Ktoś może mieć problem ze snem i być niedojrzały, ktoś może mieć skłonności bardziej empatyczne i także być niedojrzały. Schemat powstaje na potrzebę nomenklatury i klasyfikacji, ale nie na potrzebę autodiagnozy. Życzę wszystkim odwagi do terapii, która jest tylko i aż rozmową.

Mateusz pisze...

Dziękuję, bardzo interesujący artykuł.
Pozdrawiam
Mateusz

Anonimowy pisze...

Sporo racji w tym artykule. Jednak mnie osobiście, jako osobę o tym a może o podobnym schorzeniu, dołuje wgryzanie się w te tematykę. Mam świadomość swej "ułomności", ale nie ma się co łamać, bowiem ludzkie życie wykracza poza sferę psychiczno- emocjonalną, stąd uważam, że najważniejszy jest duch, a dokładniej moje, nazwijmy to "głębokie ja". Skoro tak, to najlepszym lekarzem w ulecczaniu ran ducha jest Pan Bóg- Eucharystia- Msze, Rekolekcje o uzdrowienie. Bo czy jakikolwiek, choćby najlepszy psycholog na świecie wie, co nam doskwiera lepiej, niż sam nasz Stwórca? Dlatego przede wszystkim polecam oddać swe cierpienia Jezusowi a potem innym ludziom. "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię". ...bo każdy z nas dźwiga swój własny Krzyż...

Anonimowy pisze...

a ja polecam także lekture i filmy eckharta tolle i katie byron

Anonimowy pisze...

Zgadzam się z teorią o braku miłości w dziecińswie i akceptacji, a zachowaniem w dorosłym życiu.Taka osoba jest krytycznie nastawiona do całego świata, złe relacje z rodzicami przelewa na rodziców obecnego męża.Takie życie to koszmar dla całej rodziny, a szczególnie rodziców męża, którzy swojego syna nadal bardzo kochają i zawsze mu pomogą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że osoba z takim zaburzeniem z dzieciństwa przelewa te złe emocje na swojego męża, buntując go przeciwko swoim i jego rodzicom.Muszę nadmienić, że mąż jej zawsze był w dobrych relacjach z rodzicami, którzy poświęcili mu całe swoje życie .Jest to tragiczne i żałosne.

Anonimowy pisze...

Witam i pozdrawiam
Bardzo dobry artykuł, jeszcze nigdy takiego nie czytałam. Zgadzam się z teorią o napełnionym zbiorniku. Chciałabym się jednak odnieść do mojej przedmówczyni, która pisze o osobie, która doświadczyła braku miłości i akcetacji w dzieciństwie, a co zaowocowało zaburzeniem emocjonalnym w dorosłym życiu. Taka osoba powinna najpierw zacząć leczenie, a dopiero póżniej myśleć o małżeństwie. Szkoda mi tego męża i jego rodziców, ponieważ ona raczej powinna brać z tej rodziny przykład z ich relacji.Jeżeli by naprawdę go kochała, to by zrobiła wszystko, żeby nadal była zgoda w tej rodzinie, a jak wiemy zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Powinna być dumna i wdzięczna, że weszła do takiej rodziny i może właśnie ona powinna być inicjatorką zmian w relacjach ze swoimi rodzicami.Domyślam się, że w rodzinie tej dziewczyny były relacje pokoleniowe na zasadzie domina. Widać wyrażnie jaka rysa z dzieciństwa odcisnęła piętno na jej psychice w dorosłym życiu.

Anonimowy pisze...

Witam
Super artykuł, jest perfekcyjnie napisany. Może teraz otworzą się oczy wielu osobom, które doznały braku miłości i akceptacji w dzieciństwie. Dopiero teraz do nich dotrze dlaczego są zawsze smutni, nie potrfią się cieszyć tak jak inne osoby, nie mają dobrego kontaktu z otoczeniem, są małomówni i zamknięci w relacjach z innymi. Jeżeli chcą żyć tak jak inne osoby, które nie mają zaburzeń emocjonalnych niestety muszą skorzystać z leczenia.

Anonimowy pisze...

ten artykul jest prawda -wiem to sama po sobie ,moi rodzice nie potrafili okazac mi takiej milosci jak powinni abym byla dojrzala w pozniejszym zyciu,kiedys czytalam ze niektorzy ludzie dokonuja zawsze zlych wyborow okreslanych jako emocjonalna katastrofa tzn;nie ta praca zly facet nie ci znajomi lub ich brak,ja walcze i walcze ale czy moge sobie jakos sama poradzic ,nawet do psychologow chodzilam ,czuje ze jestem skazana na wieczne niepowodzenie w mym zyciu

Anonimowy pisze...

chcialabym jeszcze dodac ,bo napisalam juz tu raz ,ze ja faktycznie wygladam duzo mlodziec niz moje 40 lat i nie mam problemow ze snem,to mnie zawsze dziwilo i innych tez ,moglabym pisac tu i pisac o tym -nina

Anonimowy pisze...

jestem starsza juz osoba całe zycie moje jest takie jak opisane w artykule--beznadzieja kompletna jak jestescie mlodzi walczcie bo szkoda zycia-bardzo smutnego i pelnego porazek i pytaniem dlaczego mnie to spotyka,faktycznie zawsze wygladalam b mlodo z dziecinnymi cechami,zycze powodzenia wszystkim i zwyciestwa nad choroba

Anonimowy pisze...

Ja podłączam się pod post osoby mówiącej o pomocy Boga- naszego Ojca. Jego pomoc jest nieoceniona jeśli ma się z Nim lub z Jego Boskim Synem -Jezusem (najlepiej z obydwoma choć Bóg jest jeden)bardzo bliskie , zażyłe relacje, chodzi się do Komuni w intencjach m.in. pomocy w swoich problemach, jeśli człowiek dużo się modli i prosi Tatusia o pomoc, często z Nim rozmawia ( np. w myślach)i ogólnie oprócz bliskich relacji z Nim(i) stara się poprawiać jak chodzi o słabości i stara się żyć zgodnie z dekalogiem i przykazaniami i tym czego Tatuś oczekuje od nas dla naszego dobra ALE najpierw do tak bliskich relacji trzeba poczuć miłość do Boga Ojca. U mnie ona zrodziła się niespodziewanie, tak poprostu bardzo się ucieszyłam z czegoś co wydawało się mi trudne do osiągnięcia i stwierdziłam że to tylko dzięki pomocy Taty udało mi się to i nagle poczułam do niego miłość i dziękowałam mu za to ze łzami że mi pomógł w tej sprawie. To początek mojej głębszej religijności, która daje korzyści i pomaga psychicznie. Wam kochani radzę proście Boga o to aby pojawiła się u was miłość do Boga i abyście poczuli Jego miłość do was .To będzie dobry początek bliskich relacji z Nim, które bardzo owocują bo Tatuś chce Was uszczęśliwiać i chce abyście pokonywali swoje problemy emocjonalne.
Tak, też mam pewne objawy z tekstu powyżej ale ufam że Tatuś pomoże Ostatnio czuje w sobie taki niespotykany dotąd wewnętrzny spokój ( nie jeszcze całkowity spokój w sferze uczuć ale bardzo wyraźny) a jestem dosyć wrażliwa, pamiętliwa itd zatem to dowód że Bóg działa ! :-)

Stanley Spadowski pisze...

Idac za artykulem sieganlem koncu po ksiazke
Miłość to wybór. O terapii współuzależnień.
Bardzo nie chcialo mi sie bo to nie dla mnie ale sie zmusilem...i oniemialem. Bardzo mi pomogla. Przyznalem sie przed soba przed wieloma problemami i zobaczylem w koncu moje dzicinstwo w bardziej prawdziwym zwierciadle.
Serdecznie polecam naet jezeli Twoja rodzina nie ma nic spolnego z alkoholizmem.

Anonimowy pisze...

Cóż można dodać...miałam okazje poznać młodego człowieka ok.18 lat, który zaadoptowany przez bardzo dobrze sytuowanych i wykształconych rodziców nabawił się w swojej przeszłości choroby sierocej ( mieszkając w domu ze swoimi rodzicami) głód uczuć objawiał się rozbijaniem głową wszystkiego, co szklane. Do dziś walczy z tym( nazwę to ) nawykowym zachowaniem zabiegając o miłość rodziców. To dramat.

Dodam,że artykuł po części nawiązuje do trzech typów relacji z obiektem (chodzi o relację matka - dziecko lub dziecko-opiekun). Ostatnimi czasy zakończono badania podłużne, które potwierdzają wpływ relacji dziecka z matką w okresie trzech pierwszych lat życia na ich życie dorosłe.
Ainsworth - autorka badań- dokonała podziału przywiązania dziecka do matki na trzy typy.
1. Typ bezpieczny ( dziecko traktuje matkę jak " bezpieczną bazę " przy matce szybko się uspokaja i powraca do zabawy, bo wie, że ona jest przy nim, kiedy jej potrzebuje).

2. Typ lękowo- ambiwalentny ( dziecko nie daje się łatwo uspokoić matce ( czasami ją bije ) szarpie się, krzyczy; reakcja ta ma miejsce wtedy, gdy matka nie zawsze spełnia potrzeby emocjonalne dziecka, ono chciałoby na nią liczyć, ale nie może). To najcięższa postać przywiązania, gdyż wiąże się z dążeniem do - i jednoczesną chęcią unikania własnej matki. Jak tak małe dziecko ma temu sprostać?

3. Typ unikający (dziecko nie zauważa obecności i nieobecności swojej matki; dzieje się tak , gdy matka nie spełnia potrzeb emocjonalnych dziecka, kiedy nie odpowiada na jego potrzeby.
Pozostaje zapytać - jak to się przekłada na późniejsze życie dorosłe omawianych przykładów oraz ich relacje z ludźmi?
W skrócie:
1. Typ bezpieczny to człowiek, który będzie zawierał i dbał o fajne, zdrowe relacje z ludźmi,będąc do nich pozytywnie nastawiony. Związki partnerskie będą jak najbardziej satysfakcjonujące.
2. Typ lękowo - ambiwalentny to osoba, która będzie nieufna w stosunku do ludzi.Jej działania będą koncentrowały się wokół zbierania kolejnych dowodów miłości (których jest ciągle zbyt mało), jak również konstruowania własnych teorii dot. niewierności
partnerki/a... bo się spóźniła, bo spędza ze mną zbyt mało czasu, ona/on nie kocha mnie tak jakbym tego chciał/a.
3. Typ unikający to człowiek, który w życiu dorosłym będzie działał w przekonaniu, że może liczyć jedynie na siebie. Raczej będzie unikał angażowania się w przyjaźnie, związki partnerskie, a jeśli już się na nie zdecyduje, z dużym prawdopodobieństwem będą one krótkotrwałe.

Pocieszającym jest fakt, że na szczęście wyniki badań nie są regułą. Ale i tak w istocie są bardzo ciekawe.
Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Bardzo lubię czytać wasze komentarze,choć nie ze wszystkimi się zgadzam,ogólnie teoria ze zbiornikami bardzo ciekawa,taka praktyczna,życiowa.
Jedna osoba napisała tutaj,ze taka osoba"chora" powinna iść najpierw na terapię a potem myśleć o wychodzeniu za mąż.Ale skąd ta niby "chora" osoba ma wiedzieć,ze jest z nią coś nie tak,że inni maja inaczej???Całe życie można przeżyć i nie zauważyć różnicy między emocjami naszymi a emocjami innych ludzi,a nawet jak zauważymy ze inni ludzi są jacyś inni to jeszcze dalej nie wiemy dlaczego.Bardzo wielu ludzi jest "ślepych" emocjonalnie- łącznie ze mną samą-ja się dopiero teraz,w wieku 55 lat uczę wielu rzeczy o życiu,emocjach.Uważam,ze psychologia powinna być przedmiotem nauczania już począwszy od szkoły podstawowej,zamiast innych napakowanych nieprzydatnymi życiowo informacjami przedmiotów nauczania.

Anonimowy pisze...

Pani Moniko. Art trafil do mnie w chwili gdy go bardzo potrzebowalem. Mam ogromna prosbe o mozliwosc konsultacji indywidualnej w tym temacie. moj mail molej21@onet.pl - bardzo prosze o kontakt.

Anonimowy pisze...

Zespół niezaspokojenia emocjonalnego? hmmmm


Anonimowy pisze...

mieszkam od jakiegos czasu w anglii i poniewaz mialam troche problemow w zyciu osobistym udalam sie tutaj do psychoterapety.
i z cala pewnoscia moge powiedziec ze jestem mimo mojej przeszlosci i terazniejszosci prawdziwa szczesciara, bo napotkalam na swojej drodze tego wlasnie czlowieka!!
nigdy nie myslalam, ze ktos taki istnieje. zdiagnozowal u mnie wlasnie zespol niezaspokojenia emocjonalnego... i wiem, ze z nim dam rade, wiem, ze chocby swiat walil sie i palil to na niego zawsze moge liczyc. a to juz bardzo duzy krok do przodu, bo zdalam sobie sprawe, ze nie jestem sama, ze moge komus zaufac.
nawet nie wyobrazacie sobie jakie to wspaniale uczucie miec kogos z kims mozesz przejsc przez cala twoja przeszlosc, kto uczy cie milosci i zaufania, na kogo mozesz liczyc.

Hanna Nowak pisze...

nie do końca zgadzam sie z w/w artykułem jednak poruszany w nich problem w dużej mierze ma odzwierciedlenie w dorosłym życiu.Ten zbiornik nie zaspokojenia emocjonalnego nie zawsze jest pusty w stosunku do innych ludzi.Mówię to na podstawie swoich osobistych spostrzeżeń.Moja matka od pierwszych dni życia nie chciała mnie,byłam bo byłam i tyle ,dawała mi jeśc,ubierala ,ale nic poza tym.Nie widziała problemu gdy mnie krzywdzono -przemoc seksualna w dzieciństwie dała mi poczucie zagubienia.Brak w wsparcia od wydawałoby sie najbliższej osoby odbił się w dorosłym życiu.Jednak mój zasób uczuciowoy w stosunlu do swoich dzieci jest duży,potrafię kochac i to nie zaborczo ,bezintersownie tak poprostu jak powinna kochac matka swoje dzieci.Owszem brak akceptacji i ciągłe udowadnianie matce ,ze jestem kimś mimo jej odtrącenia jest wyczerpująca i pewnie do końca życia będę jej coś udowadniac gdzieś w sercu daje poczucie pustki emocjonalnej której wiem,że od niej nie otrzymam.Jednak moje wnętrze buntuje się i nie rozumie dlaczego osoba,która sama wychowywała sie bez rodziców nie potrafi kochac swojej córki i wnuczek a drugą faworyzuje ,czyli gdzieś ma uczucia .I to jest dla mnie niezrozumiałe.Przepraszam jeśli trochę odbiegłam od tematu,ale to też jest gdzieś pustka emocjonalna ,którą próbuje wypełnic.

Hanna Nowak pisze...

Nie do końca zgadzam sie z w/w artykułem jednak poruszany w nich problem w dużej mierze ma odzwierciedlenie w dorosłym życiu.Ten zbiornik nie zaspokojenia emocjonalnego nie zawsze jest pusty w stosunku do innych ludzi.Mówię to na podstawie swoich osobistych spostrzeżeń.Moja matka od pierwszych dni życia nie chciała mnie,byłam bo byłam i tyle ,dawała mi jeśc,ubierała ,ale nic poza tym.Nie widziała problemu gdy mnie krzywdzono -przemoc seksualna w dzieciństwie dała mi poczucie zagubienia.Brak w wsparcia od wydawałoby sie najbliższej osoby odbił się w dorosłym życiu.Jednak mój zasób uczuciowoy w stosunlu do swoich dzieci jest duży,potrafię kochac i to nie zaborczo ,bezintersownie tak poprostu jak powinna kochac matka swoje dzieci.Owszem brak akceptacji i ciągłe udowadnianie matce ,ze jestem kimś mimo jej odtrącenia jest wyczerpująca i pewnie do końca życia będę jej coś udowadniac gdzieś w sercu daje poczucie pustki emocjonalnej której wiem,że od niej nie otrzymam.Jednak moje wnętrze buntuje się i nie rozumie dlaczego osoba,która sama wychowywała sie bez rodziców nie potrafi kochac swojej córki i wnuczek a drugą faworyzuje ,czyli gdzieś ma uczucia .I to jest dla mnie niezrozumiałe.

Anonimowy pisze...

Chyba wyjdę na pesymistę, ale obawiam się że w nie tak wcale dalekiej przyszłości to zaburzenie może stać prawdziwą epidemią, przynajmniej w naszym kraju. I to bynajmniej nie na skutek jakiś patologicznych relacji z rodzicami, czy braku u nich dojrzałości emocjonalnej. Załatwi to prozaiczna ekonomia. Gdy przeciętni rodzice ze swoich połączonych pensji są w stanie z ledwością utrzymać się nad powierzchnią nędzy, żyjąc w stanie permanentnego stresu i wyczerpania, a utrata pracy może ich kosztować utoniecie w jej odmętach, bez żadnej nadziei na poprawienie takiej sytuacji, ich możliwości napełnienia naczynia miłości dziecka jest ograniczone równie skutecznie jak poprzez dowolne psychiczne upośledzenie.

Anonimowy pisze...

To fakt,wszystko to prawda.Nic dodac nic ująć.Wiem to po sobie.

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawy artykuł. Ja także mam objawy ZNE. Pomoc psychologa dużo mi dała ale w pewnym momencie utknęłam. Mam nadzieję że znajdę dobrego psychoterapeutę który wyprowadzi mnie na prostą. Pozdrawiam wszystkich zainteresowanych tematem :-)

Ewka Konewka pisze...

Tez cierpialam bardzo dlugo, ale wiedzialam ze da sie to w jakis sposob naprawic. Wszystko sie da jesli tylko sie chce. Mozna sobie samemu z pomoca przyjaciol i dobrych osob i medytacji ten niepelny zbiornik zapelnic. Naprawde sie da. Trzeba pamietac ze istniejemy w danym momencie niezaleznie od naszych mysli, one przychodza i odchodza sa strasze czasami wesole i wywoluja w nas uczucia i emocje ktore nami kieruja i rzadza. Jesli zdamy sobie z tego sprawe i zaczniemy obserwowac swoje mysli z punku widzenia obserwatora nie reagujac na nie tylko wiedzac ze jestesmy w chwili obecnej a mysli to tylko mysli mozemy uzyskac pewnego rodzaju spokuj. Najtrudniej zest zaakceptowac to ze mamy takie mysli, ze mamy takie uczucia i jestesmy tacy jacy jestesmy. Akceptacja i obserwacja dzialaja cuda! Mozna pokochac siebie i byc szczesliwym a wtedy wszystko w okol jest piekne. Milosc z nas wychodzi i pomaga napelniac zbiorniki innych ludzi.
Mam nadzieje ze te moje rozwarzania komus pomoga, przepraszam za ortografie jesli popelnilam bledy, nie mieszkam w kraju od 16 lat. Pozdrawiam wszyskich cierpiacych i zycze wam wytrwalosci i wiary w to ze mozna to skonczyc a wystarczy chciec...

Anonimowy pisze...

Ten artykuł jest o mnie. Wszystko się zgadza: pamiętam ciągłe poczucie zagrożenia w dzieciństwie.Rodzice oboje mieli nieciekawe układy w domu, więc skąd niby mogli wiedzieć, że dziecko potrzebuje miłości i akceptacji. Potem to poczucie zagrożenia tylko się nasilało, nadal trwa. Nigdy nie czułam się i nie czuję spokojna i bezpieczna, z wyjątkiem chwil odurzenia jakimś drinkiem. Nie jestem w związku i nie myślę o dzieciach.Czuję się jak produkt wybrakowany, pod każdym względem. Szokuje mnie, jeśli ktoś wypowiada jakieś pozytywne uwagi na mój temat.W sumie jednak, kiedyś to wszystko bardzo przeżywałam, ale z czasem to mija, robię się coraz bardziej obojętna. Ta metafora pustych zbiorników jest rewelacyjna.

Anonimowy pisze...

Cytat:
"Niedojrzałość emocjonalna jest tak wielką przeszkodą w zbudowaniu zdrowej relacji, że nawet Kościół Katolicki uznał ją za przeszkodę do zawarcia małżeństwa oraz podstawę do jego unieważnienia."
To niestety nieprawda. Nie ma żadnego dokumentu czy też przepisu prawa kanonicznego, w którym Kościół Katolicki uznałby niedojrzałość emocjonalną za przeszkodę do zawarcia małżeństwa lub też za podstawę do stwierdzenia jego nieważności (a nie unieważnienia).

monika pisze...


A ja sie ciesze, moj przedmowco, ze to nieprawda. Bardzo zbulwersowalo mnie takie 'zdanie' (naszczescie nieprawdziwe) Kosciola. Tak, jak napisal juz ktos wczesniej: dziwne by to bylo gdyby Kosciol-mistyczne cialo Jezusa, ktory wciaz sie odnawia, uswieca w nim do bardziej doskonalej MILOSCI (mimo naszych ulomnosci) stwierdzal niewaznosc zwiazku malzenskiego zawartego swiadomie, dobrowolnie, w celu wzajemnego dawania sobie MILOSCI. Przeciez MILOSC jest bezinteresowna, nie szuka swego. Taka MILOSC czasem boli, jesli osoba kochananas rani, np. przez swoje niedojrale postrzeganie relacji, etc. Ale to nie znaczy, ze powinno sie ja przerwac, 'stwierdzic jej niewaznosc'. Jesli naprawde kochamy, to trzeba walczyc (czasem dlugie lata), by byc razem, coraz lepiej kochac...
Kilka postow wczesniej osoba 'niedojrzala emocjonalnie' pisze, jak spotkany mezczyzna, ktory ja kocha pomaga jej przejsc przez jej przeszlosc, zrozumiec problemy z emocjami, obdarza ja miloscia. I taka prawdziwa MILOSC leczy. Trzeba jednak zaryzykowac 'utrate swego zycia', czyli 'stracic je z MILOSCI do drugiej osoby, zarzucic inne plany i zostac z ukochana osoba, wspolnie przechodzac przez przeszlosc i terazniejszosc.

Anonimowy pisze...

Ten artykuł zmienił moje życie. 34 lata, zawsze problemy, zawsze brak zrozumienia siebie i własnych reakcji. Po raz pierwszy ktoś napisał o mnie. Zgadza się wszystko. Po raz pierwszy wiem, z czym tak naprawdę walczę. Mam zespół niezaspokojenia emocjonalnego. Nagle wytłumaczenie znalazły moje burzliwe, krótkie związki, agresja, lęk, młody wygląd i nawet niechęć do posiadania dziecka. Artykuł mnie przeraził, popłakałam się, ale potem zrozumiałam, że nie będę więcej uciekać i zmierzę się z problemem. Mam dla siebie więcej zrozumienia. Dziękuję.

Anonimowy pisze...

Młody wygląd... Tak jakbyśmy wciąż czekali na dojrzałość... Szokujące odkrycie...

Anonimowy pisze...

monika, opisujesz sytuacje normalnego zwiazku ze swoimi ulomnosciami. To nie jest tak w niezaspokojeniu emocjonalnym. Nie jestem za tym by malzenstwa przerywac czy zglaszac jego nie waznosc ale wyobraz sobie bycie w zwiazku gdzie jestes z osoba ktora jak dziecko oczekuje wiecnzie od ciebie milosci a jezeli juz daje ci w zamian to jest to raczej rezonans twojej wlasnej. Chyba rzeczywiscie sam Bog tylko moze pomoc bo na dluzsza mete taki stan rzeczy wykonczy jedna ze stron ktora wiecznie daje
Oczywiscie wcale nie oznacza to ze nie da sie tego wyleczyc i wrocic do rownowagi. Wszystko naszczescie da sie nadrobic i nie takie cuda w ludzkosci sie dzialy :)

Anonimowy pisze...

Super artykuł.Wiem ile cierpienia i bólu związane jest z tym zespołem, nadal bardzo mało się o tym mówi.Myślę, że już dzieci w gimnazjum powinny być uświadamiane, edukowane na temat tego zespołu, nie mówiąc już o edukacji przedmałżeńskiej!!!
Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...


Konieczna edukacja młodzieży, edukacja przedmałżeńska itp, chodzi o uświadamianie, a później leczenie!!!esencja
Dzięki za ten artykuł,kwint esencja książki.
Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Psychologia jako nauka jest darem dla nas poranionych przez życie, jednak działa ona tylko na poziomie ludzkim. Autorka pisze o pustym naczyniu z jakim się rodzimy i jaki powinna zapełnić miłość rodzicielska. Jednocześnie podaje, że rodzice nie są w stanie tej pustki napełnić bo sami są pustym naczyniem. Nie do końca się z tym zgadzam. Nie rodzimy się z pustym naczyniem. Rodzice owszem fizycznie powołali nas do życia, ale poza albo raczej przed nimi jest Ktoś kto jest przepełniony rozlewającą się miłością, tą miłością która zapragnęła naszego istnienia ( nawet wtedy kiedy rodzice nas nie chcieli, czyli ciąża niepożądana) tym Kimś jest Bóg. Nawet wtedy kiedy twoja matka wahała się czy ciebie urodzić to właśnie Bóg walczył o ciebie i osłaniał ciebie przed śmiercią. I to właśnie On napełnił twoje naczynie miłością. Nie urodziłeś się pusty, w tobie jest miłość samego Boga. Jednak często zdarza się ze tej miłości nie doświadczasz, ze nie masz dobrych relacji z Bogiem, z drugim człowiekiem, z samym sobą ,bo bramą, która otwiera nas na inne relacje są właśnie relacje z rodzicami. Jeżeli te relacje nie zostaną uzdrowione to nie będziesz w stanie nawiązać dobrych relacji z innymi. Jak uzdrowić takie relacje? Tu nie wystarczy sama psychologia potrzeba jeszcze psychologa duchowego, który poprowadzi nas głębiej do naszego serca i naszego ducha. I taką posługę odnajdujemy w Kościele. Możesz w to wierzyć lub nie, masz prawo kwestionować to co piszę, ale to nie przekreśli mojego doświadczenia. Bo ja to przeżyłam i doświadczyłam . Miałam chore emocje, nie radziłam sobie z relacjami, była we mnie niezaspokojona pustka, lęk i niepewność, byłam chora na perfekcjonizm, i to wszystko zostało uporządkowane i uleczone.
Artykuł autorki jest super bo pozwala postawić diagnozę jednak Kościół idzie dalej nie tylko diagnozuje ale i daje uzdrowienie i TO ZA DARMO!
Dla tych co chcą zaczerpnąć nowego życia, życia bez chorych emocji polecam rekolekcje „Uzdrowienie wewnętrzne” .Więcej o tych rekolekcjach dowiesz się tutaj
http://www.wroclaw.odnowa.org/index.php?option=com_content&view=article&id=223%3A2013-02-06-do-10-rekolekcje-uzdrowienia-wewnetrznego&catid=63&Itemid=157

Anonimowy pisze...

Jestem kolejnym niestety przykładem teorii opisanej w artykule i mając niespełna 30-tkę jestem na początku drogi, czyli odkrywania przyczyn i skutków braku miłości i akceptacji w dzieciństwie.Już jako kilkuletnie dziecko boleśnie tęskniłam za "czymś", z biegeim lat ból i tęsknota rosły, powodując lęki, depresję, anoreksje i niechęć do życia, paniczny strach przed macierzyństwem...Przecież ludzie powołując dziecko na świat powinni przede wszystkim i głównie je kochać...Czyż nie?

Anonimowy pisze...

Czytając ten artykuł myślałam o sobie kiedy to w dzieciństwie rodzice zwłaszcza tata wmawiał mi, że sobie z niczym nie poradzę, że jestem głupia zaniżał z dnia na dzień moje własne poczucie wartosci. Czulam sie przez nich odrzucona, niekochana... Teraz z biegiem lat mam wrazenie że w wieku dorosłym mam ten
" pusty zbiornik" i nie mam komu i co przelac dobrego... Bedąc w gimnazjum, a mam juz 24 lata... czułam sie odrzucona przez rówieśików i zabiegałam o ich wzgledy tzn aby mnie doceniali i zeby nauczyciele mnie chwalili, nawet jak pochwalili czułam niedosyt... Wszystko o czym piszesz sie zgadza. Bedąc po ukonczonej pedagogice (bo myslałam ze jak na nią pójdę dowiem sie czegos o sobie, odnajde w dobie to małe zagubione dziecko i spróbuje je zmienic), ale zmieniam sie powoli i niewiem czy uda mi sie napełnic ten zbiornik, aby w przyszłosci przekazac miłosc własnym dzieciomi i nie powtórzyc błedów moich rodziców... Świetny artykuł :) Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Wszystkim,próbującym zrozumieć powód powstania swojego "pustego zbiornika" jak też sposób na skuteczne zapełniego go i świadomy wybór własnych zasad życia, gorąco polecam książkę, która dzień po dniu pamaga mi zmieniać mój pogląd na życie bez miłości w dziedziństwie i jego konsekwencje w dorosłym życiu....

http://mateusz.pl/ksiazki/ja-bkrp/
Szczerze polecam szukającym miłości :)

"Zrozum siebie a zrozumiesz świat"

Tomasz Chmura pisze...

Świetny artykuł,doskonale rozumie opisane objawy z własnego doświadzczenia.
Znając przyczynę powstania pewnych zachowań jesteśmy wstanie znaleźć sposób aby to zmienić. Warto zacząc od zdrowej miłości do siebie:)
Przesyłam dla wszystkich moc miłości :)

Anonimowy pisze...

autor anonimowy moj maz tez chyba ma ta przypadlosc ja za to przeplacilam zdrowiem

Anonimowy pisze...

Fajny artykuł jak bym czytała o sobie teraz już dokładnie wiem o czym w tym wszystkim chodzi dlaczego jestem tak ciężkim człowiekim, Dziękuję

Anonimowy pisze...

wreszcie odkryłem co mi dolega.. czuje się jakbym wychodził z ciemnego lasu na rozległą równinę.. Dziękuję za ten artykuł.. bardzo mi pomógł w zrozumieniu co jest nie tak.. przeczytałem Integracje emocjonalna w dwa dni.. polecam wszystkim, dużo tu informacji.. Czas się za siebie zabrać :-) długa droga przede mną..

Anonimowy pisze...

Jedna sprawa.Psycholodzy mnożą diagnozy ku uciesze ludzi zagubionych i może czasem faktycznie zaburzonych, którzy to po raz kolejny doznają olśnienia.
To nie jest w porządku.Nie jest to odpowiedzialne podejście.

Pod to co tutaj nazywa się "zespołem niezaspokojenia emocjonalnego" czy jeszcze lepiej nerwicą, można podciągnąć niemal wszystko. Takie objawy mają i ludzie którzy byli ofiarami przemocy i ci którzy są współuzależnieni i osoby z tzw. borderline, zaburzeniem narcystycznym i..I kto jeszcze?

Osobowości nie można opisać jakimś spójnym wzorem.Wszyscy znajdujemy się gdzieś tam na kontinuum różnych mocnych stron oraz deficytów.

Czy nie lepiej opisać po prostu wyniki obserwacji dotyczących skutków niedoboru uczucia i akceptacji w dzieciństwie?
A może tak na prawdę nie ma takich badań ponieważ podstawowa ułomność metodologiczna polega na tym, że zwykle jeden badacz nie ogarnia procesu życiowego swojej grupy badanej na przestrzeni lat chociażby 15 ale od narodzin.

Percepcja jest ułomna.I teraz pyta się dziesiąt osób czy czuły się kochane w dzieciństwie. A może raczej, wyłuskuje się taką próbę co twierdzą ze kochani się nie czuli i co dalej?Mierzy się, waży jak im się dziś żyje.
A czy na pewno mamy do czynienia z tymi samymi odczuciami?

Idealnie byłoby testować to najpierw obserwując dziecko a potem z nim rozmawiając i następnie sprawdzając jak mu w życiu dorosłym.
I znowu przy wykonaniu takiej procedury dochodzimy do wątpliwości czy aby na pewno. Bo skoro rodzice zgłosili niemowlę do badania to też są to rodzice z jakimś wspólnym rysem.Może wtedy faktycznie takim nie akceptującym bezwarunkowo i dlatego prowadzących podejrzane pacholęta na obserwację.

Na tej zasadzie można niestety podważać całą tą naukę którą określają psychologią a ja nazywam szamaństwem XX wieku. Nie o to mi chodzi bo sama może się niedługo obronię po tych studiach.Chodzi o więcej krytycznego spojrzenia.
To nadal wszystko jest raczej poradnictwo a ludzie którzy sobie słabiej radzą nadają mu rangę bezwzględnej wiedzy medycznej.A to ogranicza własne poszukiwania czyli rozwój osobowości.

Chciałabym żeby takie teksty były raczej na zasadzie " kochajcie dzieci swoje" a nie mamy dla Ciebie cudowną receptę ( 4 razy 12 miesięcy razy 400 złotych ).

Anonimowy pisze...

Pani Moniko dziękuję za ten artykuł, dzięki niemu sporo zrozumiałam z tego co dzieje i działo się w moim życiu. Właśnie niedawno podczas terapii stwierdzono u mnie ten zespół i cieszę się że mogłam tutaj pogłębić swoją wiedzę na ten temat, teraz przede mną droga do pokonania, by w miarę możliwości z tego wyjść...Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam. KK

Anonimowy pisze...

Nie podoba mi się przenośnia ze zbiornikiem. Dziecko nie jest w stanie w ogóle kochać, jest skrajnym egoistą?
Bardziej lubię porównanie do świecy: na początku trzeba ją zapalić, a następnie podtrzymywać to światło. Jeśli w którymś momencie zgaśnie to nie znaczy, że ta świeca nie może być zapalona. Trzeba tylko znaleźć źródło, od którego może zaczerpnąć światła, a na nowo będzie świecić.
Myślenie, że w człowieku rozwijają się po kolei uczucia podstawowe, następnie te samoświadomościowe, że dzieje się wiele innych rzeczy zgodnie ze schematem było kiedyś u mnie na porządku dziennym. Jednak w kontakcie z bratanicą dostrzegłam, że człowiek to nie tylko ciało oraz uczucia. Mimo tego, że nie wiedziałam jak kochać to to maleństwo uczy mnie miłości każdego dnia. Nie robię praktycznie nic takiego, jestem przy niej, bawię się z nią, a za to ona obdarza mnie takim uśmiechem, który pozostaje na długo w mojej pamięci.

Izabell pisze...

"Dojrzałe pragnienie posiadania potomstwa pojawia się jednak u tych osób, które na drodze terapii poczyniły znaczne postępy w rozwoju emocjonalnym. " Czy to sugeruje, ze niechec w posiadaniu potomstwa jest oznaka niedojrzalosci emocjonalnej? Czyli Ci co je chca sa dojrzali? Co znaczy "dojrzale pragnienie posiadania potomstwa"? druga rzecz - nie zgodze sie, ze jak nie zostalo nalane do pustego naczynia to i tej milosci sie nie ma i nie umie sie ja dac. Nie jestesmy Tabula Rasa, rodzimy sie z predyspozycjami plus nie tylko rodzice nas ucza ale obserwujemy swiat w okol, a poczatkowy okres nie jest nieruchomy. u niektorych zastygnie ale wielu przyswoi nowe lekcje na drodze rozwoju. Artykul pokazuje troche prosty obraz ludzkiej reakcji i psychiki. A jest to bardziej skomplikowane.

Sabina Gatti pisze...

Super artykuł

Anonimowy pisze...

Niestety po przeczytaniu artykułu już wiem dlaczego moje życie to jedno wielkie pasmo cierpienia. Często mam stany depresyjne i nawet myśli samobójcze. Mam wrażenie, że na świecie jestem zupełnie sama i nikt mnie nie kocha. Przez ostatnie trzy lata byłam w związku i kiedy poczułam się dobrze i bezpiecznie dojrzałam do tego, że chcę zostać mamą. Chcę kochać swoje dziecko taką miłością jakiej ja nigdy nie dostałam. Niestety, ale mój partner uznał że jestem zaborcza. Chciałam żeby poświęcał mi jak najwięcej uwagi. Rozstaliśmy się. Poczucie bólu i pustki jest tak ogromne, że nawet nie da się tego opisać. Czuję, że jestem sama i nikt nigdy mnie nie pokocha i nie zrozumie. Nie wiem gdzie mam szukać pomocy. Mój ojciec ponownie się ożenił i niestety przyglądam się temu jak ważna jest dla niego nowa rodzina. Nie mówię tu tylko o żonie, ale również o jego zaangażowaniu w jej dzieci i wnuki. Czuję się odrzucona i niekochana. Ojciec do mnie nawet nie potrafi powiedzieć nic dobrego. Nic co świadczyłoby o tym, że mnie kocha. Moja siostra ma bardzo podobne problemy jak ja. Tak samo uważa, że nie możemy liczyć na żadną pomoc ze strony rodziców. Jeśli ktokolwiek wie o dobrym psychologu w Krakowie, który będzie potrafił pomóc proszę o wskazanie imienia i nazwiska. Będę wdzięczna za każdą pomoc.

Anonimowy pisze...

przeczytalam ten artykul tak jakbym czytala o sobie,prawda nie wszystkich moze to spotkac ja bylam jedna z rodzenstwa ktora tego doswiadczyla,nieprawda ze tacy ludzie nie chca miec dziecka,mam 35 lat i zawsze chcialam je miec i umiem je kochac chociaz nikt mnie nigdy nie kochal i nawet w rodzinie adopcyjnej mi tego nie nauczono ale reszta pasuje jak ulal

Anonimowy pisze...

mózg rozjebany, dziekuje :)

Anonimowy pisze...

Wszystko pasuje jak ulał, zauważyłam wszystkie te cechy u mnie, ale nigdy nie traktowałam tego jako całość, artykuł otworzył mi oczy. Wiem teraz, że mogę szukać pomocy. Mam nadzieję, że nie będzie za późno dla mnie i mojej rodziny. Dziękuję :)

Anonimowy pisze...

Ja zawsze chciałem być w kochającym związku, od czasów szkolnych, zawsze była jakaś dziewczyna w której się kochałem, ale bałem się cokolwiek zrobić. Nadmierna potliwość, czasem jakieś trzęsienie się rąk i nóg, gadam same głupoty. Jest tym gorzej im bardziej mi na kimś zależy. Czy to niedojrzałość emocjonalna? Mam 30 lat.

Anonimowy pisze...

pomóc może tylko świetny psycholog. ja przeszłam terapię i każdemu z Was życzę "bycia zdrowym dorosłym".

Anonimowy pisze...

Przydała by się krótka charakterystyka, kim jest pani Monika Wilk na codzień w pracy, domu itp. przy podpisie pod postem lub na początku wpisu.
Przeczytam post, bo trafiłam tu przypadkiem, wpisując w google coś, co mnie interesowało, ale przy tak napisanym artykule nie uznam pani Moniki Wilk za żaden autorytet. Ciekawe, czy ta pani ma dzieci, że się wypowiada na takie tematy. Choć obawiam się, że to będzie zmarnowany czas- w końcu dziś każdy może pisać o czym chce, a jak powszechnie wiadomo, większość społeczeństwa stanowią zazwyczaj ludzie nieinteligentni.

Anonimowy pisze...

Czy są jakieś badania, studia nad tym problemem? Czy dostępne są jakieś materiały na temat konkretnie tego zaburzenia w języku angielskim?

Anonimowy pisze...

A mi Bóg nie pomógł. ...wiara jeszcze bardziej izolowala mnie od społeczeństwa, bo chcialam dać z siebie wszystko. Dobrze, że z tego wyszlam...

Anonimowy pisze...

Ja stosuje metode eft,bardzo mi pomogla,

Anonimowy pisze...

Niezwykłe, dopiero teraz trafiłem na ten artykuł, który otworzył mi oczy. Już rozumiem, dlaczego kilkuletnia psychoanaliza nie dawała już w pewnym momencie żadnych postępów - terapeutka w/g własnego podejścia zachowywała dystans, który w moim przypadku był kluczowym brakującym ogniwem.
Dziękuję za ten artykuł.
Piotr

Anonimowy pisze...

Dziekuje za ciekawe komentarze kazdy wnosi cos waznego i otwiera nam kolejna szufladke w nas. Pochowani w szufladkach szukamy nie wiemy czego. Siebie. Dopoki nie znajdzieny kontaktu ze soba samym nie zajrzymy w siebie nic z naszego zycia. Przejdziemy je ot tak nic nie czujac gdzie i po co jestesmy. Tyle smutku w nas i niemocy gdy nie mamy do siebie kodu. Wspaniale ze nie boimy sie mowic o swoich slabosciach. To wazny krok do zmiany i do otwarcia kolejnej szufladki zycia. kazdego dnia gdy sie budzisz pierwsza osoba ktora spotykasz jestes ty. Co chcesz wtedy sobie powiedziec? Powiedz. Zacznij od dzis. To jest twoj kod. A kazdy dzien to twoj poczatek. Co chcesz z tym zrobic zalezy id ciebie. Kazdy ma swoja historie zycia. Smutna, mniej smutna , trudna. Ale to sie liczy co dzis chcesz zrobic ze swoim zyciem. Nadaj mu nowy poczatek. Jestes wspanialym unikalnym dzielem, nie musisz byc doskonaly tuzinkowy przebojowy. To ze jestes to juz cos wyjatkowego. Zaakceptuj siebie bo nie ma na calym swiecie drugiej takiej samej osoby. a to najlepsza terapia na fajne zycie. W zgodzie ze soba i swiatem. A reszta ulozy sie sama. Cierpliwosci zycze w odkrywaniu tego co najpiekniejsze. Siebie.

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawy artykuł:) Tylko teraz pytanie do autorki : Jak napełnić samemu ten zbiornik miłości będąc dorosłą osobą? Na pewno lekami nie da się tego wyleczyć, więc jak? I czy to jest możliwe?

Anonimowy pisze...

http://psychology.wikia.com/wiki/Emotional_Deprivation_Disorder

Anonimowy pisze...

http://psychology.wikia.com/wiki/Emotional_Deprivation_Disorder

Anonimowy pisze...

Artykuł jest niezwykle ciekawy. Nie lubię i nie zgadzam się jednak z autorami, (którzy w stylu amerykańskim) piszą, że coś występuje zawsze. To niezwykła cenna obserwacja, poczyniona przez autorkę, lecz nie spełnia się zawsze i w każdym doświadczeniu człowieka. Nie ma czegoś takiego jak determinacja d działań człowieka: czy to genetycznie uwarunkowana czy społecznie wyuczona. Człowiek jest istotą uczącą się na błędach (swoich i cudzych), refleksyjną i dynamicznie zmieniającą swoje życie. Radziłaby autorce na przyszłość wystrzegać się takich stwierdzeń: zawsze, nigdy itp. To bardzo razi...

Anonimowy pisze...

Już wiem, dlaczego nie chcę mieć dzieci, mimo, że mam ponad 37 lat

Anonimowy pisze...

Witam, właśnie przeczytałam artykuł i muszę przyznać, że jest w 100% trafny. Sama jestem taką osobą, wiem to, ponieważ od dawno czysto hobbystycznie interesuję się psychologią i stąd wiem, gdzie tkwi przyczyna mojego codziennego zmagania się z życiem ze swoim poczuciem niższości, brakiem poczucia bezpieczeństwa i ciągłym głodem miłości...Mam 34 lata, a wyglądam na co najmniej 10 lat młodszą, z ciągłym zmęczeniem zmagam się odkąd pamiętam, ze snem nie mam kompletnie problemów - wszystko tak jak w artykule i to prawda, że takie osoby nie odczuwają potrzeby aby mieć potomstwo, ponieważ same czują się dziećmi. Z jednym jednak nie mogę się tu zgodzić - jestem przekonana, że jeśli będę miała dziecko to będę je kochała nad życie i dam mu wszystko to, czego ja nie otrzymałam w dzieciństwie...

Anonimowy pisze...

Jeste w podobnym wieku czy można z tobą pogadać

Kasia pisze...

Jak dla mnie cały artykuł jest równie ciekawy i bardzo interesujący.

Anonimowy pisze...

A ja się z tym artykułem nie zgadzam. "Niedojrzałość emocjonalna" czy "brak poczucia bezpieczeństwa" to bardzo pojemne określenia.Tak naprawdę nic nie znaczą i niemal każdy może się z nimi utożsamiać w jakimś momencie swojego życia.
Dobrze się to czyta, ale dla mnie to tylko piękne słowa, za którymi nic nie stoi.

Anonimowy pisze...

Ten artykuł i komentarze bardzo mi pomogły.Szukałam czegoś o niedojrzałych emocjonalnie osobach ( konkretnie dzieciach )i dowiedziałam się ,że mój mąż nie jest odpowiedzialny dlatego ,że miał ten pusty zbiornik i ma do dziś .Rodzice są oczarowani tylko córką a mój mąż od zawsze był odsuwany na bok.Dziś nie umie dać miłości swoim dzieciom, nie potrafi być za nie odpowiedzialny ( gdy nie ma mnie w domu on nie wejdzie do pokoju dzieci,nie sprawdzi czy wszystko u nich w porządku ) ja się strasznie na niego denerwuję z tego powodu a on potrzebuje terapii.Jak mam mu pomóc ,gdy on nie widzi tego problemu gdyż nie miał wzorca w swoim domu ?

Anonimowy pisze...

Powiem Wam tak, że przez różne moje doświadczenia dowiedziałem się o swoim stanie już nieco wcześniej. Trzymajcie się wiary i Boga, bo on nic więcej nie chce powiedzieć człowiekowi jak to, że go kocha i że ten człowiek nie musi się miotać, gonić, walczyć o cokolwiek, bo po prostu Bóg go stworzył, kocha i już! Mało tego podążając za Nim, On tak prowadzi, że przez różne doświadczenia życiowe, spotkania z ludźmi, sytuacje zmieniamy się na lepsze - to najlepszy psycholog-rzemieślnik. Ważne aby mieć ciągle otwartą głowę, czujny wzrok. Polecam w ogóle film na YT pt. That's my king PL - w kilka minut esencja wiary i tego jaką mocą jest Bóg. Na koniec dodam, że trzeba też dużo czytać i interesować się psychologią, bo nic samo się nie zrobi. Dużo pracy nad sobą i skupienia jest potrzebne aby dojść do siebie... Muzyka non stop, TV i ciągłe zagłuszacze nie pomogą.

Anonimowy pisze...

I jeszcze chciałbym dodać, że ten zespół niekoniecznie musi wynikać po prostu z niedomiaru zdrowych uczuć i relacji od rodziców...Moja siostra np. wyrosła w pełni normalna. Ja natomiast z tym powiedzmy zespołem, ale wiąże się to też z jakąś dziwną słabością fizyczną u mnie. Badania nt. tego byłyby bardzo ciekawe...

Anonimowy pisze...

Pani Moniko, czy to zaburzenie jest tym samym co niedojrzałość emocjonalna? Pytam bo mam to w diagnozie. Czy jest jakaś korelacja między zaburzeniem, o którym Pani pisze a podwyższonym wskaźnikiem psychopatii? Pozdrawiam, Monika

Anonimowy pisze...

Dodam jeszcze, że nawet, jeżeli rodzice nie napełnili naszego zbiornika w dzieciństwie, Pan Bóg ma moc go napełnić w każdym czasie. Tak, jak to u mnie się stało. Nie jestem zakonnicą. Jestem żoną, matką, czyli zwykłą kobietą. Polecam czytanie Biblii. Można zacząć na przykład od listu do Rzymian.

Anonimowy pisze...

Witam,mam męża z tym zespołem.Pytając teściową czy w dzieciństwie okazywała mu uczucia twierdziła ze tak.Mąż ma 70 lat ,okazuje uczucia tylko na pokaz /przy innych osobach;-chwali,przytuli,mówi miłe słowa/Natomiast na co dzień zimny,udający że nie pamięta o urodzinach,imieninach,nigdy nie kupi kwiatów.Seks polega na zaspokojeniu swoich potrzeb,zero gry wstępnej.I.t,d.Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Niestety,chyba ja też jetem na to "chora". Mimo 28 lat na karku nigdy nie byłam w żadnym związku. Zakochiwałam się, starałam, ale nie potrafiłam stworzyć z kimś bliższej relacji. Mimo, że bardzo chciałam. Przyjaźnie? Bywały, bywają. Ale z czasem więzi się rozluźniają, ludzie tworzą związki, zakładają rodziny, pracują zawodowo, nie mają już czasu na na kumpelskie spotkania. A ja się coraz bardziej boję tego, że już zawsze będę sama i nigdy nie będę potrafiła stworzyć z kimś bliskiej relacji. Nie chcę być samotna cale życie, ale mam wrażenie, że chyba tak już musi być. Mam bardzo niską samoocenę, jestem potwornie niedowartościowana i nie chcę już próbować, angażować się. To mnie zbyt wiele kosztuje gdy znów nie wychodzi. Coraz bardziej podkopuje moje i tak już marne poczucie własnej wartości.
Chodziłam kilka lat na terapię do psychologa, nie pomogło mi to. Nadal jestem taka, jak byłam i panicznie boję się tego, że zawsze taka już będę.

Anonimowy pisze...

''Badania nt. tego byłyby bardzo ciekawe...'' ona pewnie wyksztalcila lepszy mechanizm obronny niz Ty i nie oznacza, ze jest normalna tylko niezle sie maskuje. U Ciebie rozwinely sie objawy psychosomatyczne, stad ta ''slabosc fizyczna''.

Anonimowy pisze...

dziekuje bardzo za wszystkie powyzsze wypowiedzi. wszystkie przeczytalam z uwaga probujac jakos je odniesc do moich problemow.
mam 59 lat, wiec jestem juz niemloda ale wciaz borykam sie ze swoim cierpieniem i niezadowoleniem z zycia. mam wszystkie te braki i zaszlosci o ktorych jest mowa w artykule poza snem- spie kiepsko i nawet tabletka nasenna nie rozwiazuje problemu..
mam tez za soba wiele roznorakich terapii. ostatnia przeszlam 4 lata temu w krakowie.
niby potem jakos bylo troche lepiej, jakos sobie radzilam ale od ponad 9 miesiecy moj stan psychiczny stale sie pogarsza, coraz bardziej izoluje sie od ludzi, coraz czesciej rezygnuje ze spotykania sie z kimkolwiek i wychodzenia z domu.
za malo mam sensownych zajec a czas spedzam rozwiazujac krzyzowki, czytajac rozmaitosci internetowe, ogladajac filmy, no i objadajac sie slodyczami.
niestety niewiele mi to pomaga . wciaz przygniata mnie poczucie ogromnego smutku pustki beznadziei zycia. zaczely sie pojawiac mysli samobojcze( raz zdarzylo mi sie dokonac nieskutecznie proby samobojczej -mialam wtedy 18 lat.
objadanie sie slodyczami to strasznie kiepski substytut ale jakos pomaga przezyc jeszcze jedna chwile.
mam spora nadwage przy niskim wzroscie, przez co uwazam sie za nieatrakcyjna. ale kiedys gdy bylam mlodsza i szczuplejsza takze nie bylam z siebie zadowolona. no moze tylko troche bardziej pewna swojego wygladu i sily mlodosci. no coz suma sumarum wyszlam za maz ale nie z milosci do mojego meza tylko z ogromnego braku kogokolwiek kto bylby mi bliski na swiecie.wtedy nazywalam to tratwa ratunkowa jaka zeslal mi bog. tylko ze moje prawdziwe myslenie ale ukryte przedsoba sama i kazdym innym bylo takie ze teraz wreszcie mam jakas rodzine tzn moj maz mi ja zastepuje a ja dopiero teraz znajde sobie kogos kto mnie pokocha naprawde a ja jego, bedzie madry przystojny bogaty slowem ksiaze z bajki. dokoncze moj post poźniej.....

Anonimowy pisze...

Niesamowite. Mam29 lat i dopiero ten artykul dal mi prawdziwy obraz tego co sie ze mna dzieje i dzialo od okolo 15lat :)
Dziekuje. Wasze komentarze daly mi rowniez pocieszenie, ze nie tylko ja mam podobny problem :)

Anonimowy pisze...

bzdura...można nauczyć się kochać nie będac kochanym....wszystko można ,jesli się chce i w to wierzy..nadopiekunczosc to forma przemocy,krytka i brak przytualnia ,mowienia wiecznego-kocham.trele morele...wartośc człowieka ,to praca,miłośc,to praca,wieczna praca nad sobą,emocje -to ,zycie,,,kazda istota niesie jakąs wartość.do książek ....a dziecko może juz przejawiać symptomy złośliwosci w wieku 2och lat .otoczone troskliwościa i akcpetacją...życie-to ustawiczna walka o siebie i drugiego człowieka :)

Anonimowy pisze...

Przeczytałem artykuł i bardzo dokładnie wszystkie komentarze. Czasem zapytuję retorycznie, dlaczego ja (chociaż to chyba najgłupsze z pytań)? Widzę, że nie jestem sam.... Jestem trochę po 40stce, mam syna i Żonę (prawie "byłą Żonę"), których bardzo skrzywdziłem. Wiem to i widzę to dopiero od niedawna, ale nie wiem czy mamy siłę, czas, chęci i (niestety) pieniądze aby to zmienić, aby pracować nad naprawą nas wszystkich.
Sam, bez znajomych, bez rodziny, bez kolegów i przyjaciół. Czasem rozklejam się nad sobą... Podjąłem decyzję, przeżywam każdą wiosnę, lato i staram się zapamiętać jak najwięcej. Zaopatrzyłem się w dobre (tzn. skuteczne) ubezpieczenia i wyznaczyłem sobie termin ważności na swoją 50tkę. Nie widzę innego rozwiązania, świadomość mojej odmienności, świadomość klęski nie daje żyć.

Anonimowy pisze...

Te wszystkie choroby psychiczne maja takie same objawy albo delikatnie sie roznia. Suma sumarum kazdy z nas moze bez wiekszego problemu przypisac sobie 50 roznych chorob...

Anonimowy pisze...

Nie naprawiaj wszystkich. Zacznij od siebie i tylko siebie. Checi sa najwazniejsze a reszta sama przyjdzie jesli ci zalezy na zmianie i lepszym zyciu. Powodzenia!

Anonimowy pisze...

coś w tym jest . U mnie w domu rodzice nie okazywali sobie czułości, nie było żadnych ciepłych rozmów między nimi i mną czy siostrami . Nie wiem co to znaczy kochać , miałem dziewczynę 7 lat nic nie wyszło 2lata już sam ,nie wiem czy to była miłość , czy potrzeba bliskości fizycznej na pewno nie więz psychiczna(może na początku znajomości) z czasem zaczęły przeszkadzać mi jej wady,które ja wymyślałem przestało mi zależeć,byłem z nią ale czułem jakiś wstyd...bo kochać kogoś to okazywac uczucie gestami rozmową, ja tego nie potrafię zawstydza mnie to czuje się jakoś sztucznie. W sumie to mam problem z kontaktem z ludzmi nie rozumiem ich w głowie mam burze myśli skojarzeń , oceniam ludzi po zachowaniu nie chciał bym żeby się dowiedzieli co o nich nieraz myślę nie potrafię słuchać skupić się.Dodam że ojciec jest alkoholikiem. chciałbym mieć normalną rodzinę ale nie potrafiłbym się opiekować dzieckiem dać mu tej czułości rozmawiać ... chciałbym być komuś potrzebny . Zacząłem szukać pomocy bo czuje taką pustkę w sobie że ciężko żyć , w sumie nie wiem po co żyje niczym nie potrafię się cieszyć bawić się męczę się sam ze sobą wszystko bez sensu. mam dobra prace dobrze się uczyłem...czuje się beznadziejnie

Anonimowy pisze...

Moja żona jest drugim dzieckiem swoich rodziców - moja teściowa twierdzi, że kocha się tylko pierwsze dziecko, że to drugie mniej ... potem w wieku dorosłym moja żona dowiedziała się, że matka chciała dokonać aborcji, ale lekarz nie pozwolił, bo była już "za duża" .... Ma straszne rany .... teraz już wiem dlaczego nie chce mieć dzieci, dlaczego ma tak niskie poczucie wartości ... dlaczego co chwilę romansuje z innymi mężczyznami ... szuka potwierdzenia, że jest wartościowa ... Nie wiem jak jej pomóc ... nie wiem jak ratować nasze małżeństwo ... nie chce żyć w strachu, że spotyka się znowu z innym mężczyzną ... a po przeczytaniu tego artykułu wiem, że ona po prostu jest poraniona i potrzebuje pomocy .... Mam ochotę wygarnąć teściowej jak poraniła moją żonę i jak teraz przez to wszystko cierpi nasze małżeństwo ... Z drugiej strony myślę, że i moja teściowa musi mieć jakieś BRAKI, bo człowiek o zdrowym rozumie nie powiedziałby własnemu dziecku: CHCIAŁAM CIE ZABIĆ JAK SIĘ POCZĘŁAŚ, ALE BYŁAŚ ZA DUŻA, KOCHAM TYLKO TWOJĄ STARSZĄ SIOSTRĘ... MOJE PIERWSZE DZIECKO ...

Roses Blue pisze...

Przeczytałam ten artykuł dzięki mojej przyjaciółce i...zobaczyłam siebie w 80 %. Wychowywałam się w rodzinie adopcyjnej , w której zamiast miłości otrzymywałam lanie i inne kary z byle powodu. Moi " rodzice " nigdy mnie nie przytulali i nie mówili ,że kochają. Za to bardzo często słyszałam ,że mnie wzięli , bo inni mają dzieci i oni też chcieli, a z resztą ktoś musi im na starość tyłki podcierać. I jak kilkulatka ma uwierzyć ,że jest kochana? Miałam dwóch mężów , którzy też nie okazywali miłości, a i słowa KOCHAM nie przechodziły przez gardło. Mi też ciężko przechodzą. Jakbym się bała ,że to słowo zburzy wszystko. A gdy już je wypowiadam zaciskam zęby i wstrzymuję oddech w oczekiwaniu na reakcję. Mam 38 lat i dopiero kilka dni temu odważyłam się na takie wyznanie w stosunku do człowieka , którego znam prawie pół roku. Odpowiedział tym samym . I wiecie co jest najgorsze...codziennie muszę sobie na siłe wmawiać ,że tak jest. Analizuję , dlaczego to powiedział...chore. Zamiast się cieszyć ...szukam drugiego dna.
Nigdy nie czułam się ważna dla nikogo ...no może dla własnych dzieci , dopóki nie dorosły. Otaczałam ich niesamowitą miłością. Uważały mnie za najlepszą matkę na świecie.
Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem ,że takie osoby są egoistyczne i pozbawione empatii. Ja zawsze patrzyłam na świat przez pryzmat szczęści czy przyjemności innych. Ogromną satysfakcję sprawiają mi uśmiechy na twarzach osób, którym mogłam w jakiś sposób pomóc i nigdy nie oczekiwałam wzajemności czy wdzięczności.
Problemem u mnie jest niezrozumienie innych. Innych ode mnie. Wydaje mi się ,że kazdy powinien kierować się pewnymi zasadami czy wartościami. I nie mogę pogodzić się z nieszczerością czy egoizmem.
Kurcze tak bardzo chciałabym być jak inni...żebym mogła coś w życiu osiągnąć dla siebie, ale jakoś nie mam sumienia...
Jutro zaczynam terapię ...trzymajcie kciuki

Izabela Deja pisze...

Prawda jest taka, ze wszystkie negatywne komentarze pochodza od osób, których problem opisany przez p. Monikę NIE DOTYCZY, bo jesli ktoś naprawdę ma taki deficyt, a ja mam, to podpisze się pod artykułem obiema rękami !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Anonimowy pisze...

Każdy potrzebuje akceptacji i miłości. Szkoda, że do zaspokojenia tych potrzeb konieczne są inne osoby. Samemu nie da się kochać siebie do końca. Pozostaje żal do świata :(

Anonimowy pisze...

cieszę się,że przeczytałam ten artykuł,dziękuje i pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Ja chciałem dodać ,że teraz w całej Polsce są msze z modlitwami o uzdrowienie - gorąco polecam.
Dzieją się tam różne cuda, nawet jeżeli jesteś niewierząca / niewierzący poszukaj takich mszy w swoim mieście...

Cuda są tak ogromne ,że aż trudno mi opowiadać.
Do tego wszystko za darmo :)

Dota pisze...

Witam Pani Moniko,
Czy napisała juz Pani artykuł odnosnie tego jak mozna wyjsc z tego zaburzenia? I jeszcze jedno. Moja mama mam wrazenie troche puste naczynie miala, ale chciala bardzo bysmy my nie mieli, choc kocha nas troche z nadzieja, ze jej też skapnie tej milosci w zamian. I kto ma prawo powiedziec, ze jej milosc jest nie prawdziwa? Szczerze mowiac to niedawno odkrylam, ze nawet Boga milosc noe jest bezinteresowna jesli przyjmiemy takie standardy. Bo czy nie oczekuje od nas, ze bedziemy Go mklowac calym sercem duszą i umysłem ? Wiec jesli ktos kochajac oczekuje w zamian milosci dlaczego wytyka mu sie brak bezinteresownosci?

Anonimowy pisze...

Też to mam....wiedziałam dawno temu, tylko jak z tego wyjść, bo jest coraz gorzej...Już sobie nie radzę, myślę o terapii...A moze jakies cudowne pastylki? W moim otoczeniu nie ma nikogo komu mogłabym o tym powiedzieć, o moim nieprzystosowaniu do życia.Chociaz oni widzą...moje fochy. bo jak inaczej to nazwac?

Anonimowy pisze...

Czy ktos zna konkretne adresy terapeutow, lekarzy znajacych ten problem??!

rubik pisze...

Też jestem DDA, ale co z tego? trzeba zyć tu i teraz, znajdować pozytywy obecnej sytuacji a nie szukać winnych, rodzice chlali ale co z tego? mam skupiać się na swoich niepowodzeniach i ich o to obwiniać? chyba nie o to chodzi. Dzięki temu, że jestem DDA, że rodzice pili, że nie mieli dla mnie nic, łącznie z czasem, szybko musiałem stać sie samodzielny, musiałem nauczyć się jak radzić sobie z problemami, musiałem stać się samowystarczalny, nie liczyć na innych tylko na siebie. Teraz te cechy staram się przekazywać swoim dzieciom, uczę ich, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że zawsze i w każdej sytuacji można a niekiedy trzeba sobie poradzić. Nie szukać powodu, lecz sposobu. Trochę optymizmu ludzie.

Anonimowy pisze...

Witam.
Wiele osób z pewnością nie zgodzi się ze mną. Uważam , że człowiek jest w stanie sam wygrać z zespołem niezaspokojenia emocjonalnego, przemyśleć ten temat . Nie jest to proste, szybkie i bezbolesne. Wymaga dużej siły wewnętrznej, odcięcia się od przeszłości, życia tylko radosnym dniem dzisiejszym, pomimo przeszkód zastanych na drodze życia. Należy przemyśleć przeszłość, zrozumieć ją i oddalić, wypuścić, w pewien sposób zapomnieć. Pokochać siebie, innych, świat. Wiem dokładnie o czym piszę- w ten właśnie sposób wygrałam z przeszłością. Liczy się dzień dzisiejszy, jutrzejszy- nie ma po co użalać się nad dniem wczorajszym, to nie naprawi niczego. Człowiek powinien budować swoje życie, jeśli brak mu podstaw, sam powinien stać się swoją podstawą. Gdy upadnie się na dno rozpaczy, nie ma już gdzie dalej spadać, można tylko wznieść się wyżej, można tylko być silniejszym. Nie wolno poddawać się ciemnym myślom. Każdy może sam się wyleczyć, terapia to dodatek. Nie miałam jej, myślę, że najbardziej liczy się chęć zmiany swojej obecnej sytuacji. Chcesz być szczęśliwy- zacznij już teraz!

Maja pisze...

Anonimowy, super, że Ci się udało! :)

Anonimowy pisze...

Dziękuję za ten artykuł,całe 30lat musiałam czekać aby odkryć co mi jest bo od dawna widzę że jestem inna i jak brak miłości i obojętność wyniesiona z domu wpływa na moje życie,męcze się tym ale robie wszystko aby było lepiej,

Anonimowy pisze...

To samo, brak biologicznej mamy, ojciec, który idzie ścieżka kariery.NIGDY nie usłyszałem, ze to co zrobiłem jest wartościowe, chociaz osiągam najlepsze możliwe wyniki w nauce i sporcie. Czasami wydaje mi sie, ze moje ogromne ambicje wynikają z tego, ze chce im pokazać, ze w czymś jestem dobry. Po przeczytaniu tego artykułu wiem, ze nigdy rodzicom nie dogodze i szczęścia powinienem szukać gdzies indziej

Anonimowy pisze...

Wszystko sie zgadza. Super artykuł! Muszę poddać się terapii bo juz
Mnie to męczy :(

JobSearch pisze...

W wielu przypadkach to zaburzenie jest nie do uleczenia, jak ADHD pozostaje na całe zycie, poznaje astrologie, w tym karmiczna i mam koniunkcje saturna z ksiezycem, ksiezyc to matka, saturn planeta karmiczna, ograniczenia, trudnosci, chlod emocjonalny, razem dają niechciane, niekochane dziecko, które jest krytykowane przez matke. Ciekawa jestem, jak jest u was?
Dodam tylko, że mam starsze rodzeństwo I tam inne są uklady, co przekłada sie, ze matka umiała jednak kochać pozostale dzieci mimo swoich dysfunkcji wyniesionych z domu rodzinnego, tylko akurat ja nie bylam jej po drodze.

Anonimowy pisze...

Nareszcie coś znalazłem :)

Sławomir Szymoniak pisze...

Polecam ksiązkę "Mamo, to moje życie..." Wydawnictwo:W drodze, Poznań 2012, Henry Cloud, John Townsend, jest baaardzo pomocna...

Anonimowy pisze...

Dziękuję za artykuł. I za komentarze. To o mnie. Wszystko w punkt. Informacje o wyglądzie, śnie, zmęczeniu i relacjach z własnymi dziećmi, "tyle ile trzeba", dopełniają obrazu. Jest to dla mnie duże odkrycie. Szokujące. Ale napawa mnie wreszcie nadzieją. Żeby nie dobijać się wreszcie po akceptację i miłość tam gdzie jej nie dostanę. Szkoda życia. Mojego i moich dzieci. Jest dla kogo się zmieniać.

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania. Proszę o kulturalne wyrażanie swoich poglądów. Nie akceptuję wulgaryzmów i chamstwa.

Dziękuję i zapraszam ponownie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...