piątek, 1 maja 2009

Zaakceptuj siebie, by szczerze pokochać drugą osobę

Miłość niejedno ma imię, dla każdego bowiem oznacza coś innego.

Dla mnie miłość - jest uczuciem triumfu życia nad śmiercią. Uczuciem wykraczającym poza czas i przestrzeń - a jednocześnie mocno osadzonym w teraźniejszej rzeczywistości.

Jak odnaleźć prawdziwą miłość w związku ? Nad tym zastanawiam się w dzisiejszym wpisie.



Moja skrzynka mailowa każdego dnia zapełniana jest mnóstwem maili. Sprawdzam co tam. Reklamy, spamy, jakieś oferty od potencjalnych sponsorów bloga, powiadomienia o aktywnościach znajomych na serwisach społecznościowych - i oczywiście maile od Was. A w nich często pojawiające się pytania odnośnie Waszych problemów w związkach. Mnożycie przykłady, mnożycie swoje indywidualne historie. Ja czytam i myślę.

A moja głowa puchnie.

Z jednej strony myślę sobie "Cholera! Tylu ludzi oczekuje ode mnie jakiejś pomocy a moja doba ma tylko 24 godziny! Mam sporo swoich obowiązków i zajęć. Jak tu odpisać każdemu?"

A z drugiej strony pojawia się w mojej psychice obraz ludzi, o których uczymy się na lekcjach historii, fizyki, czy filozofii, którzy dokonali niesamowitych odkryć, stworzyli przepiękne dzieła, wyznaczyli nowe trendy myśli ludzkiej.

Ich doba również trwała "tylko" 24 godziny!


Ta myśl daje mi powera, bo jest dla mnie argumentem, że brak czasu to żadne wytłumaczenie, że nie mogę zrobić tego i tego i tego i tego. Łatwo nie jest, jednak staram się przeczytać każdego maila i ustosunkować się do niego, odpisując indywidualnie lub tak jak dzisiaj - ogólnie w formie notki.

Powrócę zatem do głównego tematu posta: miłość, jak pokochać drugą osobę, jak odnaleźć szczęście w związku.

Kiedy człowiek jest skuty kajdanami nerwicy, nie wie, co zrobić ze swoim życiem i jego poczucie wartości jest mocno nadwyrężone - może myśleć wówczas, że miłość go uleczy. Dlatego chodzi na imprezy i umawia się na randki. Zapisuje się na portale miłosne i szuka przeznaczenia przez neta. Wyszukuje multum okazji, aby wyjść z domu i być może przypadkowo kogoś spotkać.
A wszystko to kompulsywnie - jak pod przymusem, bo "jak nie miłość to co"? Jest to według mnie prorozwojowa idea, miłość jest źródłem szczęścia, jednak rzadko poprawnie rozumiana i... wdrażana w życie. Ludzie, którzy nie akceptują samych siebie, będą mieli trudności w zaznaniu szczęścia w związku, w szczerym pokochaniu drugiej osoby. Zawsze bowiem aspekt niedowartościowania może przejąć kontrolę nad psychiką takiego człowieka. Tak rodzi się nieufność wobec partnera - bo nie ufamy nam samym, nie wierzymy w samych siebie.

Skoro nie ufamy sobie - czy można prawdziwie zaufać drugiemu człowiekowi? Nie ma takiej opcji, moi drodzy.


Kiedy tłumimy w sobie czy to lęki pochodzące z dzieciństwa (na przykład wychowaliśmy się się w dysfunkcyjnej rodzinie), czy to urazy z relacji interpersonalnych (na przykład kiedyś zostaliśmy oszukani przez przyjaciela), czy to żal lub gniew, których źródło jest w przeszłych związkach miłosnych (kiedyś partner nas zdradził mimo, że ufaliśmy mu jak nikomu innemu i z każdym dniem byliśmy coraz bardziej pewni, że to właśnie ta druga połówka a tu klops!) - wtedy nici ze szczęścia w udanym związku.


Nasze lęki i żale powinny zostać przepracowane (na przykład podczas dobrej psychoterapii u dobrego psychoterapeuty), jeszcze raz doświadczone nie tyle intelektualnie (bo do tego teorii jest masa, a przecież Twoja prawda jest tylko jedna), co - emocjonalnie. Chorzy od przeszłości nie uciekajmy od tych lęków, dotknijmy je, porozmawiajmy z nimi, zaprzyjaźnijmy się z nimi i zaakceptujmy...

Pokochajmy przez to siebie.


A wtedy nie będziemy czuli powinności - by na siłę znaleźć dla siebie drugą osobę.

To natomiast z dużym prawdopodobieństwem może stać się dla nas żyznym gruntem dla naszej samorealizacji i szczerego szczęścia w miłości.

A jakie są Wasze odczucia na ten temat ?







Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

36 komentarzy:

flanelka pisze...

Czasami jedyną drogą do właściwie rozumianej miłości do siebie jest zaznanie miłości do - i od - kogoś.

Powielanie schematów nie leży w mojej naturze, mam nadzieję, że tu się można (marzenie: 'a nawet trzeba') nie zgadzać ;) Kontra naturalnie wyzwala progres.

Ciekawe miejsce, gratuluję. Tylko ta ankieta po prawej mnie nieco zniesmaczyła.. etykietkujemy? ;)

Ukłony i pozdrowienia.

Integralny pisze...

@ Flanelka -

Witam serdecznie:)

Sugerujesz, że aby pokochać siebie, należy najpierw doświadczyć miłości drugiej osoby?

Mam nadzieję, że będziesz dobrze czuła się na moim blogu :) Ankieta z boku jest nawiązaniem do poprzedniej notki - o religijności.

Pozdrawiam:)

Cheed pisze...

Bardzo dobry wpis, nigdy nie myślałem o miłości w ten sposób. Zaciekawił mnie szczególnie fragment o zaufaniu. Bycie wiernym to ciężki kawałek chleba, możemy mieć z tym problemy, stąd rodzi się uczucie zazdrości, mimo iż druga osoba w ogóle nie myśli o zdradzie.

Oby więcej takich wpisów!

Pozdr.

Integralny pisze...

@ Cheed -

Dzięki za wyrazy uznania.

W swoim komentarzu poruszyłeś zagadnienie mechanizmu, który psychologia nazywa PROJEKCJĄ.

Jeśli nie akceptujemy w sobie pewnych cech złych, wyrzucamy je na "zewnątrz" i przypisujemy innym osobom.

Stąd jeśli komuś ciężko jest dochować wierność, by zachować czystość własnego sumienia, może obarczać tą cechą partnera czy partnerkę - wywołując tym samym pasmo konfliktów.

Dziękuję za Twój komentarz.

Anonimowy pisze...

@Integralny

Wachlarz przeszkód może być rzeczywiście imponujący, przeniesienia, projekcje, atrybucje, samospełniające się przepowiednie, tzw. subjective biases, etc. Jest przez co sie przedzierać zanim zobaczy się kogoś takim jakim jest naprawdę :)

- anonimus

Anonimowy pisze...

@falnelka

Rzeczywiście miłości nie da się nauczyć w tradycyjnym sensie, jedynie chyba tylko przez osmozę ;) trzeba jej poprostu doświadczyć.


- anonimus

Integralny pisze...

@ Anonimus -

Jest się przez co przedzierać, jednak nie o to tutaj chodzi, bo pokochać można "od pierwszego wejrzenia" nie zastanawiając się zbytnio nad wszelkimi mechanizmami, które wpływają na nasza psychikę.

Jedyną drogą ku szczęściu w miłości wobec drugiej osoby - jest zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest. I wtedy żadne mechanizmy nie będą nam straszne. A niech sobie będą! :)

Anonimowy pisze...

@Integralny

W pełni się z Tobą zgadzam, te mechanizmy są najczęsiej bardziej lub mniej świadomym, czasem zaszczepionym przez innych np. rodziców skutkiem braku akceptacji siebie.

Miłość od pierwszego wejrzenia, choć istnieje, dla wielu okazuje się czesto zbyt efemeryczna, ciekawe od czego to zależy?

- anonimus

Anonimowy pisze...

PS. Jest jeszcze inna rzecz, kochać i być zakochanym to czasem dwie różne sprawy :)

- anonimus

justynides pisze...

Ja tam w miłość od pierwszego wejrzenia nie wierze;)

Anonimowy pisze...

@Justynides

Dlatego zapytałem o tą emfemeryczność, bo czasem zdarzają się nieprawdopodobnie szczęsliwe wyjątki, ale może masz rację justynides.

- anonimus

flanelka pisze...

Integralny,

Tam nigdzie nie stoi należy - jak czereśnie kocham! ;)

Zauważyłam jedynie, że do celu prowadzi wiele dróg i żadna nie ma patentu na stuprocentowe celu osiągnięcie. Wszystko rozbija się o pewną trudną do osiągnięcia równowagę harmonijnego współistnienia miłości do innych i miłości własnej. Każde wahnięcie sprzyja patologii (której możliwości i twarzy wiele).


Anonimie,

Nie 'czasem', a 'niemal zawsze po czasie'.
Czasem - precyzyjnie: do czasu - zakochanie towarzyszy miłości. Jest niezbędnym narzędziem instynktu, byśmy łączyli się w pary (podobnie, jak frajda z seksu jest takim narzędziem w przypadku zapewnienia przetrwania naszemu gatunkowi).

Miłość, to już świadome działanie dla dobra związku, partnera, dzieci.. a więc - o czym często zapominamy, uganiając się za chwilowymi intensywnymi doznaniami - także dla n a s z e g o najlepiej pojętego dobra. Świadome, bo często polegające na odsuwaniu zakochania (do innej osoby - przypadki chodzą po ludziach, co tu się oszukiwać..) na bok. Instynkty nie umierają wraz z deklaracjami składanymi przed ołtarzem/w USC. Niesamolubna miłość pozwala nad nimi panować.


Trochę Wam namieszam w tych podejrzeniach o zdradę.. ;)

Niekoniecznie obarczamy swoimi słabościami Partnera. Czasem jest tak, że nie czujemy się na tyle wartościowi, by zrozumieć, że Partner też widzi w nas ogromną wartość, której nie zmitręży własną głupotą. W takich sytuacjach - mimo, że sami nigdy nie posunęlibyśmy się do skoku w bok - irracjonalnie będziemy podejrzewać Partnera o ochotę na zdradę nawet, gdy się dziwnie uśmiechnie mówiąc 'dzień dobry' sąsiadce. Zazdrość (in vitro - bo także o rodziców/przyjaciela/rodzeństwo/współpracowników/ect.) ma najczęściej dobrze odżywiony korzeń zaniżonego poczucia wartości.


Jak się będę za bardzo mądrzyć, proszę trzaskać po łapach :)

flanelka pisze...

Miłość od pierwszego wejrzenia istnieje, tylko inaczej zinterpretowana, niż nam się zazwyczaj kojarzy. Jeśli po latach okaże się, że nadal kochamy osobę, w której się zakochaliśmy od pierwszego wejrzenia, to - owszem - była to właśnie taka miłość, nieprawdaż? ;)

justynides pisze...

Nie wiem, czy mam:).
Jak dla mnie, żeby się pokochać, trzeba się najpierw poznać. Spędzić ze sobą trochę czasu, "sprawdzić" w różnego rodzaju życiowych sytuacjach, być pewnym, że TA osoba jest naprawdę sobą.
"Wielka miłość od pierwszego wejrzenia" kojarzy mi się z równie spektakularnym jej zakończeniem.

Takie rzeczy to chyba tylko w... książkach i filmach;).

justynides pisze...

Flanelka, o to to, taka interpretacja jest już w miarę do zaakceptowania:).
Tak czy inaczej czas gra tu kluczową rolę. A nie: spoglądają na siebie dwie osoby, BUM!, i mają od razu to wszystko, do czego dochodzi się przez x lat.

Anonimowy pisze...

@flanelka

Rozumiem :)

Czy nie jest też tak, że jeśli w trakcie okresu zakochania, nie podejmiemy wiążacych zobowiązań i nie określimy jakiegoś wspólnego celu, czy jakiejś rzeczywistej płaszczyzny dla naszego związku, to możemy mieć pewność, że się wszystko rozleci i że zakochanie nasze zupełnie nie towarzyszyło miłości, bo jej wcale nie było?

- anonimus

Anonimowy pisze...

@Justynides

i tu chętnie podpisałbym się obiema rękoma i nogami

- anonimus

justynides pisze...

Tak czy inaczej, wracamy do punktu wyjścia: miłość a zakochanie.

Wychodzi więc na to, że "miłość od pierwszego wejrzenia" to jakaś semantyczna bzdura:).

Anonimowy pisze...

"Zazdrość (...) ma najczęściej dobrze odżywiony korzeń zaniżonego poczucia wartości."

Co za melodia ;)

- anonimus

flanelka pisze...

Niekoniecznie jest to semantyczna bzdura, raczej potoczne zrozumienie tego związku frazeologicznego jest błędne i wynika z niedoskonałości języka, z niejednolitego rozumienia komunikatu, jaki niosą ze sobą tak zestawione słowa. Przecież inaczej to miłość, która zaczęła się od pierszego wejrzenia - tu nie ma sprzeczności logicznej, wszystko ma swój jakiś początek. Miłość zaczyna się od fazy zakochania - a ono jak najbardziej może się zacząć trzęsieniem ziemi na czyjś widok ;) Natomiast rzeczywiście, czy to była/jest tego rodzaju miłość, weryfikuje czas.

Anonimie,

O ile w fazie zakochania jesteśmy w stanie wyznaczać sobie na trzeźwo jakikolwiek cel poza będę Cię kochać na wieki ;), to zgoda. Ale to raczej życzeniowe podejście do sprawy.
Dobrze jest, gdy zakochanie idzie w parze z posiadaniem wcześniej tożsamych założeń i celów - po, to już 'po ptakach' nieco. Jesteśmy skłonni do kompromisów, ale większą skłonność mamy do dyktowania warunków tychże kompromisów - bo do ustępstw jesteśmy już zgoła nieskłonni, a jeśli już się na nie decydujemy (niesieni na fali hormonów towarzyszących zakochaniu), to przeważnie prowadzimy w myślach dokładny rozrachunek kto, kiedy, na ile i w czym ustąpił ;)
Po latach może się okazać, że pojedyncza brudna szklanka staje się w takich związkach pretekstem do cichych już nawet nie dni, a miesięcy i lat.
Miłość to odpowiedzialność. Niestety. Zakładanie, że coś się po drodze ułagodzi, ugra, zmieni, dostosuje (przeważnie u Partnera, nie u siebie, rzecz jasna ;)) to fikcja i stawianie związkowi szafotu pośrodku rynku.
Lepiej na początku mniej pożądać kogoś z kim ma się te same cele życiowe, niż zbudować miłość na zakochaniu się w osobie, do której pragnienie aż pali, ale ma się z nią niewiele wspólnego tak naprawdę.

Popadłam w słowotok, Państwo wybaczą..

basia pisze...

Miłość od pierwszego wejrzenia(poznania raczej;)istnieje! Kochać drugą osobę to kochać jej piękno. Piękno to nie nuda, tworzą je zalety, wady, śmiesznostki,etc. Nadaje to kochanej osobie wspaniałego kolorytu, który chyba właśnie kochamy. Nie możemy szczęścia w miłości upraszczać: układa się nie układa.

Anonimowy pisze...

Nieszkodzi, prosimy o więcej...

- anonimus

Anonimowy pisze...

@basia

Miłe, ale nie wydaje Ci się, że to hipoteza krótkoterminowa? Chyba że zakładamy wymianę obiektu 'miłości' co 4 lata, wtedy się da :)

- anonimus

Anonimowy pisze...

@basia

...bo jak ktoś kiedyś ładnie powiedział, miłość to nie patrzenie na siebie, a bardziej w tym samym kierunku.

- anonimus

Adam W. pisze...

Dzięki za propozycję, dodałem link u siebie. (Najciekawszy temat z tych które poruszasz to psychologia inwestowania.)

osa pisze...

Może to trochę i naiwne.. ideał bardziej.., ale trzeba do nich dążyć. Miłość to poświęcenie siebie dla kochanej osoby, nie tylko partnerstwo:)

Szarex pisze...

Na początku pozdrowienia dla autora bloga, który marudzi, że rzadko zaglądam na jego bloga. Zaglądam, ale rzadko komentuje.

Co do treści posta - zgadzam się, że o prawdziwej miłości możemy mówić tylko w wypadku dwóch dojrzałych osób, które uporały się ze swoim "ja" i są gotowe na "my" (to imho taki wyższy stopień wtajemniczenia).

Jeśli ktoś nie jest pewny swojego ja, może być w związku na przykład chorobliwie zazdrosny o przyjaciół drugiej połówki: bo skoro "ja" jestem taki głupi, to ona na pewno szuka kogoś mądrzejszego.

Nixur pisze...

Nie zgadzam się z tym artykułem. Jeśli czujesz się akceptowany przez jakąś osobę (a tym bardziej kochany) to owo poczucie umożliwia ci zaakceptowanie samego siebie. Brak wiary w siebie nie oznacza automatycznie braku wiary w drugiego człowieka. Zwłaszcza gdy znikną granice między obiema stronami. Chociaż ... , zaczynam mieć wątpliwości. Osoba taka może mieć problemy z uwierzeniem, że jest postrzegana pozytywnie, ale mimo to może chyba zaufać drugiemu człowiekowi.

Anonimowy pisze...

"Nie zgadzam się z tym artykułem. Jeśli czujesz się akceptowany przez jakąś osobę (a tym bardziej kochany) to owo poczucie umożliwia ci zaakceptowanie samego siebie"

To jak traktujemy innych jest prostym przelozeniem tego jak traktujemy siebie. Im bardziej nienawidzimy siebie, tym bardziej nienawidzimy innych.


"(...) zaczynam mieć wątpliwości. Osoba taka może mieć problemy z uwierzeniem, że jest postrzegana pozytywnie, ale mimo to może chyba zaufać drugiemu człowiekowi."

No wlasnie, ktos kto ma problemy z pozytywnym postrzeganiem siebie najmniej jest zdolny zaufac drugiemu. Jezeli ufa musi widziec w sobie cos przynajmniej potencjalnie dobrego, ale na pewno nie jest tak ze odrzuca i nie wierzy w siebie calkowicie.

- anonimus

GreG pisze...

"Posiadanie siebie w dawaniu siebie..." ;)

Agata pisze...

Współodczuwanie :)

Anonimowy pisze...

A mi właśnie dziś rozpadł się związek (pięcioletni) z tego powodu, iż mój ukochany do dziś mi nie wierzy i dopatruje się zdrady we wszystkim i dzisiaj mi dopiero o tym powiedział. Myślę, czy go za mało doceniałam? On jest zdania, że skoro sam sobie nie wierzy, jak może zaufać komukolwiek. Stwierdziłam, że to chore zwłaszcza że w życiu bym go nie zdradziła, dla niego nie mam już kolegów od dobrych paru lat, ale widzicie, jak takie poczucie jest w kimś to nikt tego nie zmieni. Naprawdę albo on zacznie od samego siebie, albo nigdy nie będzie szczęśliwy. Ja się naprawdę załamałam, bo zrobiłam wszystko, by się tak nie czuł. Nawet przez długi czas nie wychodziłam z domu inaczej niż z przyjaciółką, mimo tego dzisiaj usłyszałam, ze i tak mam jakieś niejasne układy z kolegą którego nie widziałam od poł roku. Nie pisałabym ,gdybym nie przeszła na własnej skórze skutków takiego braku wiary w siebie. Pozdrawiam i nikomu nie życzę podobnych....

OOONNNAA pisze...

NO dobra, tylko nikt tutaj nie pisze jak uporać się ze swoim "ja" . Terapię (grupową) zaliczyłam, ksiązek naczytałam się mnóstwo, od "wieków" ćwiczę pozytywne myslenie , wmawiam sobie jaka jestem śliczna i smerfastyczna i... kicha. Zaczęłąm wątpić w psychoterapię i filozofów.

Anonimowy pisze...

JEZELI DOM RODZINNY NIE DAL NAM POCZUCIA WLASNEJ WARTOSCI, TO BARDZO TRUDNO JEST TO POZNIEJ SAMEMU NAPRAWIC. MI TO PRZYNAJMNIEJ ROZKLADA ZYCIE NIESTETY. CHOCIAZ WIEM, ZE AKCEPTACJA I POLUBIENIE SIEBIE PRZENIOSLABY MNIE DO ZUPELNIE INNEGO SWIATA, GDZIE MOGLABYM BYC SZCZESLIWA I NORMALNIE TO SZCZESCIE ODCZUWAC JAK INNI TO JEDNAK NIE UMIEM SOBIE Z TYM PORADZIC, NIE POTRAFIE DAC SOBIE ZIELONEGO SWIETLA NA POLUBIENIE SIEBIE, GDZIES W SRODKU CZUJE , ZE NIE POWINNAM, BO BYLOBY TO ZLE. SZKODA, BO JESTEM NIESAMOWITA OSOBA, KTORA TRACI SWOJ CZAS... SZKODA, ZE TAK BYWA:(

Anonimowy pisze...

Chęć znalezienia drugiej połówki jest również wtedy, gdy jesteśmy spełnieni i nie chcemy zapychać jakiś emocjonalnych dziur. Wtedy też musimy coś w tym kierunku zrobić, np. udzielać się towarzysko i zawierać znajomości,to się nazywa dawanie sobie szansy. Żyjemy w takich czasach, gdzie dużo pracujemy i nie zawsze w pracy mamy taka możliwość.

osa pisze...

Bardzo w temacie polecam książki "Dzikie Serce", obowiązkowo dla Panów, Paniom również nie zaszkodzi. Natomiast "Urzekająca" obowiązkowa dla Pań autorstwa małżeństwa John i Stasi Eldregde. Na prawdę warto zagłębić się w lekturze.

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania. Proszę o kulturalne wyrażanie swoich poglądów. Nie akceptuję wulgaryzmów i chamstwa.

Dziękuję i zapraszam ponownie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...