niedziela, 26 kwietnia 2009

Religijność uszczęśliwia?

Wydaje mi się, że jestem osobą religijną. Mimo, że hołduję nauce i jej odkryciom to nie widzę powodów, aby tym samym zabijać w sobie naturalną potrzebę wiary.

Dzisiaj opowiem Wam, co przeczytałem w książce "Psychologia pozytywna" - pod redakcją Janusza Czapińskiego.

A mianowicie o tym, że okazuje się, że religijność uszczęśliwia.


Wiele sondaży wskazuje, że osoby religijne są szczęśliwsze od tych, które religijne nie są.

Inglehart w roku 90 przepytał (oczywiście nie sam osobiście) 163 000 respondentów (baaaaaaaardzo dużo ludzi) w 14 europejskich krajach i stwierdził, że aż 84 % tych osób, które stwierdziły, że chodzą do kościoła raz na tydzień powiedziała, że są bardziej zadowoleni z życia - w porównaniu z 77 % tych, którzy nigdy do kościoła nie chodzili.

Kolejne badania dalej potwierdzały, że religijność ma duży związek z poczuciem sensu życia.

Jak to w badaniach bywa, często trudno ustalić, co było pierwsze jajko czy kura - a więc czy religijność wpływa na szczęście, czy może szczęście powoduje, że człowiek staje się religijny.

Chiriboga stwierdził, że uczęszczanie do kościoła (o ile można nazwać to religijnością) spowodowało u jego osób badanych (starszych osób) zwiększone poczucie szczęścia po 15 latach (co ciekawe tylko w przypadku panów). Inna ciekawe badania naukowe wykazały, że doświadczenia religijne (nawet jeśli wywołane środkami farmakologicznymi) powodowały zwiększenie poczucia szczęścia trwające nawet pół roku !

Jazda na maksa, co nie ? Wydaje się więc, że to religia wpływa na szczęście a nie na odwrót.

Dlaczego religijność wpływa na poczucie szczęścia?

I tu odpowiedź jest niejasna, jednak można pokusić się o jej odnalezienie na podstawie wyników badań.

Wydaje się, że to wsparcie społeczne - jakie daje kościół swoim członkom jest główną przyczyną poczucia szczęścia. Moberg i Taves (1965) wykazali w swoich badaniach, które przeprowadzili na osobach starszych, że przynależność do kościoła powoduje wzrost poczucia szczęścia w przypadku osób - samotnych, w bardzo podeszłym wieku, na emeryturze lub ze słabym zdrowiem.

Jest to naprawdę zastanawiające, dlaczego, że tak powiem kościelne wsparcie społeczne tak bardzo działa na poczucie szczęścia. Być może dlatego, że we wspólnocie kościelnej, nie ważne są poszczególne pozycje społeczne, wszyscy są solidarni i działają w jednej myśli.


Przyczyną wpływu religijności na subiektywne szczęście oczywiście też może być doświadczanie bliskości Boga. Istnieją badania, które mówią o tym, że niektórzy ludzie radzą sobie ze stresem traktując Boga - jako partnera przy podejmowaniu trudnych decyzji, traktując go jak silnego przyjaciela. Jest to tak zwane "religijne radzenie sobie ze stresem".

Kolejne wyjaśnienie, dlaczego religijność powoduje, że czujemy się szczęśliwsi, mówi o posiadaniu silnych przekonań, "pewności egzystencjalnej" - a mianowicie, że istnieje życie pozagrobowe i że Bóg jest naszym opiekunem i troszczy się o nas. Doświadczenia religijne to także doświadczenia, które powodują, że materialny świat się nie liczy, że możemy wyjść poza czas i doświadczyć wieczności.

Heh, a teraz jeszcze jedno wytłumaczenie, dlaczego religijność może wpływać na szczęście - bo wpływa na zdrowie ! Silnie wierzące osoby bowiem przestrzegają tego, żeby nie niszczyć swojego zdrowia, aby uprawiać sporty, aby nie palić i nie pić (za dużo) alkoholu no i żeby nie uprawiać seksu z przypadkowymi partnerami ! Czyli religijność wpływa na zdrowie a zdrowie na poczucie szczęścia.

Pewnie w każdym z tych wyjaśnień jest trochę prawdy.

A co Wy sądzicie na ten temat ?


Literatura: Janusz Czapiński 2004 "Psychologia pozytywna - nauka o szczęściu, zdrowiu, sile i cnotach człowieka", Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN






Pozdrawiam

Integralny
PSYCHIKA.net

79 komentarzy:

zimbabwe pisze...

A ja się nie mogę z Tobą Integralny zgodzić. A chociażby dlatego że religijność to nie to samo co wiara. Znam mnóstwo osób religijnych - i co z tego? Rozwodzą się, mają kontakty pozamałżeńskie, awantury w domu, wpadają w depresje... Polacy niby są narodem ludzi bardzo religijnych - ale co to ma do rzeczy, skoro ludzie tutaj kradną nawet to, czego pozornie nie da się ukraść, ba, nawet dziś pastor poruszył ciekawą kwestię - w Polsce jest wiele osób, które wierzą i w zmartwychwstanie i w reinkarnację, więc coś kiepska jest kondycja wiary Polaków. A ateiści? Oni też uważają się za szczęśliwych, ja kiedy byłam pod wpływem sekty New Age też na początku uważałam się za szczęśliwą... Religijność moim zdaniem nic nie daje, co innego wiara, szczera wiara. Ale cóż, w dzisiejszych czasach tak naprawdę 90% ludzi w tym kraju uważa się za "wierzących",ale większość z nich nie potrafi nawet powiedzieć w kogo albo co wierzy, a uważają się za takich tylko dlatego że chodzą do kościoła, a chodzą dlatego że "tak ojciec robił, tak dziadek robił, mama mi kazała". Tak więc nie mogę się zgodzić z tym postem i już, choćby z własnego doświadczenia i z tego co widzę w otaczającej rzeczywistości.

Nasum pisze...

Ja powiem tak, jak ktoś wierzy nawet w szmacianą lalkę na patyku i go to uszczęśliwia to w porządku. Myślę, że wiara w jakiś sposób tłumaczy pewne rzeczy i daje poczucie bezpieczeństwa stąd pewnie poczucie zadowolenia, nadziei itp. Szczegóły typu - doktryna, praktyka, zinstytucjonalizowanie itp. itd. to inna sprawa ;)

justynides pisze...

Ja również się nie zgadzam.
Po pierwsze z tym, że wiara jest naturalną potrzebą człowieka. Jak dla mnie to potrzeba nabyta w trakcie socjalizacji, "wyssana" razem z wychowaniem i przebywaniem w takim a nie innym środowisku. Nie wydaje mi się, żeby "dzikie dzieci", o ktorych kiedyś pisałam miały potrzebę wiary w cokolowiek.
Po drugie - ciekawi mnie bardzo jak niby oni zmierzyli ten poziom szczęśliwości wśród wierzących i nie?:) Masz coś więcej na ten temat? Jakoś mnie to nie przekonuje.
No i po trzecie - na stronce CBOS-u jest już raport na temat wiary i religijności Polaków (marzec 2009), z którego bardzo ciekawe wnioski można wysnuć.
Pozdrawiam:)

zimbabwe pisze...

Ktoś tu pisał o roli wychowania - a co powiecie na to, że ja byłam wychowywana przez osoby tak bardzo areligijne i niewierzące jak można to sobie wyobrazić, a obecnie... Wyznaję radykalny (w sensie pozytywnym) i konserwatywny :) odłam protestantyzmu :) Możecie gadać sobie co chcecie, możecie nawet mnie wyśmiewać, ale ja i tak zostaję przy swoim zdaniu.

Anonimowy pisze...

@Justynides

W toku rozwoju kulturowego i zaspokajania kolejnych potrzeb zapewniam Cie ze u dzikich dzieci z dzikiej wyspy predzej czy pozniej pojawily by sie pytania "skad pochodzimy, po co tu jestesmy i dokad zmierzamy" wiara stała by się naturalną formą zaspokojenia tej potrzeby. Lepiej rozwinieci hominidzi mieli już własne obrzedy pogrzebowe (od kogo to wyssali?), a co dopiero dzikie ludzkie dzieci :)

- anonimus

Integralny pisze...

To prawda, co mówisz @ Zimbabwe, wiara i chodzenie do kościoła to dwie różne sprawy.

Jednak powyższy tekst porusza oba te aspekty: dla tych co tylko chodzą do kościoła i niekoniecznie wierzą - źródłem szczęścia może być wsparcie społeczne.

Dla tych z kolei, którzy "wierzą" a "chodzenie do kościoła" ma już mniejsze znaczenie - źródłem szczęścia jest samo obcowanie z Bogiem. Pogłębianie relacji z nim.

@ Nasum uważam podobnie. Trochę pojechałeś z tą szmacianą lalką, ale niech Ci będzie. Jeśli chodzi o mnie to uważam, że każdy człowiek ma prawo wyrażać swoją religijność - w taki sposób jaki chce pod warunkiem, że nie szkodzi poprzez to innym osobom.

@ Justynides, powiedziałem, że to moja naturalna potrzeba - nie generalizowałem, choć przyznaję, że trudno mi się z tym nie zgodzić.

Jednak wydaje mi się, że proces socjalizacji narzuca nam pewną formę ekspresji religijności, a sama ta potrzeba jest zakorzeniona w każdym człowieku.

Jak ktoś nie chodzi do kościoła albo nie medytuje to szuka bożka w hajsie albo w porządku w pracy albo horoskopach albo w szybkim seksie albo w amfetaminie na imprezach techno. To oczywiście moje prywatne zdanie.

@ Zimbabwe - ze skrajności w skrajność ;) wszystkiego dobrego !

Integralny pisze...

Też tak uważam @ Anonimusie.

justynides pisze...

@Anonimus
No właśnie, w toku rozwoju kulturowego. Chyba nie do końca jasno się wyraziłam. Chodziło mi o to, że jakby te dzieciaki żyły sobie nadal wśród zwierząt to pewnie nie wpadłyby na to, żeby się zastanawiać nad sensem istnienia. Potrzeba wiary nie jest domeną człowieka jako istoty biologicznej, natomiast jako społecznej - jak najbardziej się zgodzę:).
Dzikie ludzkie dziecko moim zdaniem niewiele się różni od trochę mniej rozwiniętego hominida;). To życie wśród innych ludzi sprawia, że człowiek staje się Człowiekiem.
@Zimbabwe
Człowiek dorasta i zaczyna szukać własnej drogi. Fajnie, że znalazłaś coś co Ci odpowiada:). A tak z ciekawości - dlaczego akurat protestantyzm?:)
@Integralny
"Jak ktoś nie chodzi do kościoła albo nie medytuje(...)" - nie zgadzam się, ale to tylko moje prywatne zdanie;).

Anonimowy pisze...

@Justynides

Człowiek nie funkcjonuje oddzielnie jako istota biologiczna i oddzielnie jako istota społeczna, i jeszcze inna, chyba ze w realiach czysto akademickich, a potrzeba wiary pochodzi od środka człowieka, a nie od zewnątrz, bo ufo ją na pewno nie przywiozło ;)

- anonimus

justynides pisze...

No właśnie dlatego, że nie funkcjonuje oddzielnie jest niby istotą religijną;).
A co w takim razie z tymi wszystkimi ludźmi, którzy wiary nie potrzebują? Ot, takie pytanie zaczepka :P

Integralny pisze...

@ Justynides -

Wtedy wierzą w Kaszpirowskiego ;)

Anonimowy pisze...

Wiara pierwotnie pochodzi z wewnątrz a ile jednostek duchowo niedorozwiniętych uczestniczy w zwyczajnym społecznym naśladownictwie, i kiedy zrobił się z tego i w jakim stopniu istny samograj, to już inna sprawa. Socjologia ze względu na swoją powierzchowność (bez urazy) nie jest najwłaściwszą metodą ocenny skąd pochodzi wiara :P

- anonimus

justynides pisze...

Nie znam człowieka;) (ok, wiki coś podpowiedziała).
A jak nie wierzą w Kaszpirowskiego?:P

Hah, ciekawa jestem do czego dojdziemy podążając tym tropem;)

justynides pisze...

A co jest najwłaściwszą metodą?:)

Anonimowy pisze...

Metoda jakościowa, a nie ilościowa ;)

- anonimus

justynides pisze...

Tak więc jak ona się przekłada na tych, którzy wiary do rozwoju duchowego nie potrzbują?:)

Anonimowy pisze...

Tak samo jak na tych którzy nie potrzebują miłości, przyjaźni, zażyłośći i tym podobnych, też są tacy :) Ja nikogo niedyskryminuje :)

- anonimus

Anonimowy pisze...

Mogą sobie siedzieć w suterenie piramidy Maslowa, nikt im nie zabrania ;)

- anonimus

justynides pisze...

Zaryzykuję, że te potrzeby też są nabyte;)

Anonimowy pisze...

Człowiek ma niesamowicie dużo w sobie do odkrycia, ma na to całe życie :)

- anonimus

justynides pisze...

Wszak to ludzie (społeczeństwo) sprawiają, że mamy ochotę być kochanym, szanowanym, zdobywać uznanie, łechtać swoje ego, posiadać cele i dążyć do ich realizacji, ciągle się rozwijać. Nie tylko sprawiają, inni nam to UMOŻLIWIAJĄ:)
Bo artysta jest Artystą, gdy pozostawi swój ślad w duszy (czymkolwiek dla kogokolwiek jest) innego człowieka; lekarz Lekarzem, gdy ma satysfakcję z tego, że kogoś uleczy; nauczyciel Nauczycielem, gdy w taki sposób wiersz Mickiewicza przeczyta, że uczeń się nim zachwyci.

Mnie ta ludzka symbioza jak najbardziej zachwyca:)

justynides pisze...

Reasumując;)-
człowiek ma predyspozycje do bycia Człowiekiem, ale uCzłowieczenie może dokonać się tylko w społeczeństwie, które nauczy go języka (żeby sobie mógł rozmyślać nad sensami i bezsensami istnienia), przekaże hierarchię wartości (że w sumie rozmyślać dobra rzecz, a nad sensem istnienia zwłaszcza;)) i pozwoli się rozwijać (jeśli będzie miał na to ochotę).
No i w wielkim skrócie to tyle z mojej strony,
Amen.

Anonimus, dzięki za interesującą wymianę zdań - czuję, że przeszłam o szczebel wyżej w drabiniastej piramidzie Maslowa;).
Pozdrawiam serdecznie!

PS. Tak, religijność uszczęśliwia. Wierzących:)

zimbabwe pisze...

Może nie tyle protestantyzm, bo to worek szeroki i wielki, ale nurt chrześcijaństwa ewangelicznego - najbliżej mi do baptystów, poznaję też ostatnio coraz bardziej zielonoświątkowców. A dlaczego? No cóż, powiem tak, zabrzmi to banalnie - ale samo życie mnie do tego przekonało.

Anonimowy pisze...

Religia opium dla ludu. Uszczęśliwia:) Gdzieś czytałam że religijność pojawia się u ludzi z dużym poczuciem lęku, im większy, tym większa religijność. Jeśli wiara ludzi uspokaja i im pomaga to jest ok, ale jeśli się uważa, że jest się tym szczęśliwym wybrańce wyznawcy prawdziwego jedynego Boga, a cala reszta to zło, to jest to już niebezpieczne. Mnie osobiście religia wprawiała w stan zaniepokojenia, zamiast wyjaśniać, stawiała jeszcze więcej pytań. Inni "wierzyli" i już, nie chcieli zrozumieć, ja nie potrafiłam po prostu ślepo wierzyć i nie zadawać pytan. Odkąd zaakceptowałam swoję "niewiarę" poczułam się dopiero szczęśliwa i spokojna:)
Marlena

Anonimowy pisze...

Nie rozumiem jak można wrzucac do jednego worka wiarę w Boga z moralnością i duchowością, tak jakby moralność mogła istnieć tylko w połączeniu z Bogiem. U mnie moralność wynika ze zwykłych, ludzkich odruchów, a nie ze strachu przed "piekłem" czy wszechwidzącym "okiem bożym". Nie wyrządzam ludziom krzywdy (przynajmniej nie świadomie)nie dlatego, że oczekuję na nagrodę po śmierci czy życie w rajskich ogrodach:D A czy wyznawcy buddyzmu nie sa uduchowieni? No właśnie, a tam żadnego boga nie ma, dla większości buddystów buddyzm to nawet nie religia tylko filozofia.
Marlena

Anonimowy pisze...

Jesli chodzi o te sondaże to czy nikt nie pomyślał, ze wierzącym osobom po prostu nie wypada się przyznawać, że są nieszczęśliwi? Bo przeciez Bóg jest miłością, jest ich szczęściem itd. To jak można się przyznac w jakiś sondażach (a nawet przed samym sobą), że nie jest sie wcale szczęśliwym. Mam bardzo wierzącego przyjaciela, który jest chyba najbardziej narzekającą i sprawiającą wrażenie nieszczęśliwej osoby na świecie:)
Jak się go spytałam, czy jest szczęśliwy, to on mi na to: "oczywiście, bo szczęście odnalazłem w Bogu a nawet jak nie jestem szczęśliwy to wtedy cierpienie tez jest pewnego rodzaju szczęściem, bo to jest ten krzyż, który sie niesie przez życie i on umacnia itd":)
Marlena

Anonimowy pisze...

Po pierwsze nie utożsamiam, religijności z duchowością, jedynie polemizuję z Twoim stwierdzeniem, że potrzeba wiary nie wypływa sama z człowieka, tylko pojawia się na drodze socjalizacji. Tak się składa, że twórcy największych religii i nie tylko religii, bądź osoby mające na jej kształt i myśl niebagatelny wpływ były raczej jednostkami nieprzystającymi do reszty, a źródłem ich fermentu bynajmniej nie była socjalizacja.

Pan Mickiewicz gdyby popłynął ze społeczeństwem nie został by Wieszczem.

Czy dobrze rozumiem, ze zgodnie Twoją definicja artysty, to ktos taki kto staje sie nim dopiero wtedy gdy zdobecie uznanie/odbiorcow? Mysle ze van Gogh i wielu innych nie przejeli by sie tym za bardzo i dobrze bo mialo by to dla nich szalenie destrukcyjny wplyw.

Społeczeństwo uczłowiecza? Kiedy i gdzie? :)

- anonimus

Anonimowy pisze...

@Marlena

Budda, też wierzył chociażby w sens swoich poszukiwań duchowych i drogę prowadzącą do ustania cierpienia. Co więcej swojego wglądu dokonywał patrząc w siebie, a nie na zewnątrz w społeczeństwo. Podobnie kontaktu z Bogiem poszukiwali również chrześcijanie i muzułmanie.

- anonimus

zimbabwe pisze...

Socjalizacja, znowu nie mogę się zgodzić :) Ateista w takim razie też jest ateistą wskutek socjalizacji - jakoś przecież musiał dojść do wniosku że Boga nie ma ;) Wiem wiem że to co piszę jest dla was totalną herezją :) ale co tam.

Anonimowy pisze...

@Zimbabwe

Nie bardzo rozumiem tutaj termin ateista? Czy to ktoś taki kto kompletnie wyzbył się potrzeb duchowych i potrzeby głębszej refleksji, i odrzuca jakikolwiek rodzaj manifestacji duchowości. Jeżeli tak to zaryzykuje stwierdznie, że jest to wynikiem zniekształcenia schematów poznawczych na skutek obcowania z typowo merkatylnym społeczeństwem.

- anonimus

kazunarii pisze...

Nie wyznaję żadnej wiary. Buduję ją na własnych doświadczeniach i na tym buduję swoją wiarę. Czy czułem się szczęśliwy gdy wierzyłem w Boga chrześcijańskiego ? Właśnie nie, ponieważ czułem jakby pewną niepewność w tej kwestii było to dla mnie zbyt proste, że sobie jest jakiś koleś u góry i zarządza wszystkim, a później to wiecie jak ktoś jest dobry to trafia do Nieba, a jak zły do Piekła. Coś mi tutaj nie pasuje wierze w to, że nasza egzystencja nie jest taka szara i spotyka nas coś innego oraz odmiennego, co normalny człowiek nie może sobie wyobrazić, a tym bardziej zrozumieć.

justynides pisze...

Ateista odrzuca istnienie bogów i "sił wyższych".
Nie jest kimś, kto wyzbył się potrzeb duchowych i potrzeby głębszej refleksji, jedynie spełnia się w innej dziedzinie niż religia;). Wszak nie utożsamiamy duchowości z religijnością.
Jasne, że nie definiuje tak artystów. Miałam na myśli to, że gdyby wspomniany van Gogh upychał swoje obrazy do szafy to jego wkład w kulturę byłby żaden. A tym samym nie mielibyśmy możliwości połechtania naszego zmysłu estetycznego, sam(a) rozumiesz;). Dlatego taki van Gogh to Artsta przez duże "a".
Swoją drogą van Gogh za życia nie zyskał uznania i może właśnie to po części było przyczyną jego choroby psychicznej, kto go tam wie. Artysta, zawód jak każdy inny - sprzedając obrazy chciał chłop zarobić na życie, a że kupować od niego nie chcieli to miał mase problemów. Pomijając już te finansowe, to się pewnie bidak gnębił pytaniem DLACZEGO się sprzedawać nie chcą. I nie wydaje mi się, żeby sobie myślał "Jacie, nikt mnie nie docenia bo jestem inny, ale fajnie!" ;).
Co do fermentujących jednostek - to tak, całkiem możliwe, że źródłem ich odszczepieństwa była socjalizacja, a to w takim znaczeniu, że pewnego dnia być może pomyśleli sobie "A fige, dlaczego mam robić tak jak mnie nauczyli, zrobię zupełnie na odwrót". W pewnym momencie życia człowiek (o ile ma potrzebę się nad nim zastanawiać) konfrontuje swoje dotychczasowe poglądy, które mu zostały wpojone (tak, na tyle, że przyjął je jako swoje)z otaczającą rzeczywistością i stwierdza, że coś go uwiera. I albo szuka własnej drogi mając na uwadze, że może się narazić większości (jak się nie narazi to już jego szczęście), albo sobie żyje jak żył bo tak mu wygodniej/nie chce mu się nic zmieniać/boi się etc.
Żadne dziecko nie wszczyna rewolucji w życiu swoim i innych, do tego trzeba dojrzeć - poznać otaczającą nas rzeczywistość.

Społeczeństwo uczłowiecza, zawsze i wszędzie;). Bo co ma z człowieka dzikie ludzkie dziecko, które chodzi na czworakach, zajada surowe mięcho, gryzie, drapie i wydaje zwierzęce dźwięki?

justynides pisze...

Spieszę jeszcze z dodaniem, że w pewnym momencie życia ktoś uznać może, że "Tak, to w czym zostałem wychowany to właśnie to, co mi najbardziej odpowiada":). No i git, bo najważniejsze, to żyć w zgodzie ze samym sobą.

Anonimowy pisze...

"Społeczeństwo uczłowiecza, zawsze i wszędzie;)"

Aplikując podskornie przy okazji bogaty repertuar nerwic :)

- anonimus

justynides pisze...

Nie ma nic za darmo, heh;)

zimbabwe pisze...

Do autora notki mogę tylko pochwalić :-) Notkę, ponieważ no cóż, sama wiem że taka intensywna dyskusja oznacza, że notka jest dobra. A ja no cóż, spuentuję to przypomnieniem fragmentu z Dziejów Apostolskich, gdzie apostoł Paweł przemawiał do filozofów greckich na Aeropagu - minęło od tego czasu wiele lat, a natura ludzka nic się nie zmieniła, pół wieku temu pewien ksiądz nawet powiedział do swoich wiernych tak: "Chrystus zmartwychwstał ale wy i tak w to nie wierzycie"... Dlaczego? No właśnie, bo cały czas naród karmiono religią, a nie Ewangelią, troszczono się tylko o statystyki w kościołach a nie o to, czy ludzie naprawdę wierzą. Ale z wypowiedzi wielu wątpiących i niewierzących a znam ich wielu mogę tylko jedno wywnioskować - pomylili wiarę z religią, a religia nic nie daje i faktycznie tu się zgodzę z nimi - powiem więcej religia jest szczepionką przeciw Bogu, albo stworzyli sobie cukierkowy obraz Pana Boga jako dobrotliwego dziadka który tylko głaszcze po głowie. Pozdrawiam wszystkich i niech Was a Ciebie Marcinie szczególnie - Bóg błogosławi...

Anonimowy pisze...

@ zimbabwe
rządzisz.!! ;D

akurat przed chwilą przeczytałam cytat:
"jeśli Boga nie ma ja nic nie tracę, ale jeśli Jest, ty, ateisto, tracisz wszystko"

tylko Bóg może dać wiarę. Jednak ty możesz dać świadectwo.

Bóg jest samowystarczalny;
Podoba Mu się jednak, gdy może na ciebie liczyć

Anonimowy pisze...

@Justynides

No, cieszę się że osięgneliśmy wspólnie jakiś konsensus ;))

- anonimus

Anonimowy pisze...

"jeśli Boga nie ma ja nic nie tracę, ale jeśli Jest, ty, ateisto, tracisz wszystko"

Innymi słowy delikatna nieco "wojujaca" prafraza zakładu Pascala.

- anonimus

Anonimowy pisze...

-> "osiągnęliśmy", hihi

- anonimus

Anonimowy pisze...

@anonimowy

Piękno róży pozostaje dla niej samej obojętne, a święci pozostają swięci do póki się o tym nie dowiedzą.

- anonimus

justynides pisze...

@anonimus
"Osiągnęliśmy" mam poczytać za wtope z Twoją płcią, czy może za zrobienie ze mnie faceta? :D

Integralny, więcej takich tematów, skoczą Ci statystyki;)

Anonimowy pisze...

@Justynides

Zabardzo nie chwytam, ale wybierz jak wolisz.

- anonimus

justynides pisze...

No bo do tej pory trudno było wywnioskować czy jesteś kobietą czy mężczyzną (albo nie rzuciły mi się w oczy typowe wyrazy)-to do pierwszej części zdania, a do drugiej-chodziło mi o moją niby męskiego rodzaju ksywke:)

Anonimowy pisze...

@Justynides

Skoro ja i Ty wiemy, że jesteś kobietą, to słowo "osiągnęliśmy" stanowi dość precyzjną odpowiedź na Twoje pytanie.

- anonimus

justynides pisze...

Ale ja nie widziałam, że Ty wiesz:). Tzn. w tym momencie nie pomyślałam o tym, że można to wywnioskować z moich wypowiedzi i nie tylko, heh. Cóż, zrzucam to na zmęczenie i grzejące cały dzień w głowe słońce:)

Anonimowy pisze...

BTW; Przez myśl mi ani razu nie przeszło, że justynides to męska ksywka. Także jest ok ;)

- anonimus

zimbabwe pisze...

Eeeee tam rządzę. Po prostu piszę jak jest i to z własnego doświadczenia i z obserwacji rzeczywistości bo ktoś kto był w dwóch wyznaniach opartych na naukach człowieka i nawet przeszedł jak ja przez piekło sekty i był parę razy blisko śmierci - widzi wszystko inaczej... Powiem tylko tyle że taki ktoś nie da sobie już niczego wcisnąć, raczej dwa razy się zastanawia i ogląda daną rzecz, tak więc to co piszę to nie żadne widzimisię ani moje wymysły.

justynides pisze...

Po polskiemu to niby "ten justynides";)
No ale dobra, nie gadajmy o pierdołach...pozdro Marcin ;P

justynides pisze...

"jeśli Boga nie ma ja nic nie tracę, ale jeśli Jest, ty, ateisto, tracisz wszystko"

Jakaś taka nutka satysfakcji z tego wyziera. Zresztą często w zajadłych dyskusjach wierzących ("wierzących"?) z ateistami dosyć często się przejawia ta skłonność do wielkiej radochy z ewentualnego potępienia tych drugich. Takie to pascalowe właśnie; bardzo ją zamterializował moim zdaniem.

Anonimowy pisze...

Zimbabwe czy jak sie tam zwiesz jak by Bóg istniał to by nie było wojen ani ojca Rydzyka

damian

Anonimowy pisze...

Nie wiem czy to radocha, może lęk przed Tym że Bóg zniknie kiedy przestanie się w niego wierzyć? Nie bardzo rozumiałem istotę zaciętych sporów w tym temacie.

Gdyby ojciec Rydzki istniał i były wojny to niebo przestałoby być niebieskie?

- anonimus

zimbabwe pisze...

Wojny powodują ludzie, często z powodu religii albo dla zysku, jeśli mamy być w temacie notki, ale wiedziałam że taki komentarz się pojawi :) Najlepiej jest powiedzieć że Boga nie ma, zamiast samemu rozwiązać problemy. Nawiasem mówiąc dlaczego mój poprzedni komentarz się nie pojawił? Czyżby był zbyt szokujący? Bardzo byście się zdziwili gdybyście się dowiedzieli kto te komentarze pisze...

zimbabwe pisze...

Chociaż sama wiem że czasem w rozmowach z ateistami lepiej milczeć :) Bo są czasem tak samo dogmatyczni jak rzymscy katolicy, a może i niekiedy bardziej.

Integralny pisze...

@ Zimbabwe -

Twój komentarz wcześniej "uciekł" przed moderacją. Już widnieje powyżej.

Pozwolę go sobie zacytować:

"Eeeee tam rządzę. Po prostu piszę jak jest i to z własnego doświadczenia i z obserwacji rzeczywistości bo ktoś kto był w dwóch wyznaniach opartych na naukach człowieka i nawet przeszedł jak ja przez piekło sekty i był parę razy blisko śmierci - widzi wszystko inaczej... Powiem tylko tyle że taki ktoś nie da sobie już niczego wcisnąć, raczej dwa razy się zastanawia i ogląda daną rzecz, tak więc to co piszę to nie żadne widzimisię ani moje wymysły."

Anonimowy pisze...

Trudno jest dyskutować z osobistym, niekiedy bardzo trudnym doświadczeniem innych, a zarazem jakże różnych ludzi, myślę że najlepszą miarą tego czy właściwą drogę obraliśmy jest sposób w jaki traktujemy siebie i innych.

- anonimus

zimbabwe pisze...

Dokładnie Anonimus, tutaj z Tobą się zgodzę. No cóż, myślę że chyba powiedziałam wszystko co mogłam powiedzieć :) Życzę Wam wszystkiego dobrego.

Anonimowy pisze...

Wszystkiego dobrego Zimbabwe.

- anonimus

Nixur pisze...

"jeśli Boga nie ma ja nic nie tracę, ale jeśli Jest, ty, ateisto, tracisz wszystko"

Dlaczego (jako ateista) tracę wszystko? Nie rozumem. Niech sobie będzie Bóg. Z chęcią z nim pogadam. Zawsze bym dowiedział się czegoś Ciekawego o sobie. Ja przeciw Bogu nic ne mam i myślę że on też nie miałby powodu by mnie gnębić.

"Najlepiej jest powiedzieć że Boga nie ma, zamiast samemu rozwiązać problemy"

Nie chcę nikogo o nic oskarżać, ale według mnie to wiara w Boga jest w pewnym sensie ucieczką przed samodzielną próbą rozwiązania problemów i zrzuceniem wszystkiego (odpowiedzialności, szukania i określania swojego miejsca w świecie, zastąpienie niepewności poprzez ślepą wiarę itp.) na Boga. W każdym razie nie neguję, że religia pomaga i uszczęsliwia. Twierdzę natomiast, że fakt bycia ateistą nie polega na bagatelizowaniu i oboiętności względem spraw duchowych, czy jakich kolkiwek innych zagadnień

Anonimowy pisze...

Właściwie pojęta duchowość w wielu zachodnich tradycjach zakłada przyjęcie, a nie odrzucenie cierpienia, zatem nie może być żadną ucieczką. Latawiec nie poleci, kiedy wiatr nie będzie mu stawiał przeciwności.

- anonimus

zimbabwe pisze...

No cóż... Jeśli człowiek naprawdę wierzy a nie tylko gada że wierzy a w rzeczywistości robi co chce, to nigdy nie jest tak, że zwala odpowiedzialność na Boga. A wiem co mówię bo znam naprawdę wielu szczerze wierzących ludzi i nie są tacy jak opisujesz :) I co ciekawe, nie są religijni. Religia służy zagłuszaniu sumienia i niczemu więcej.

zimbabwe pisze...

Bardzo mądrą rzecz powiedział kiedyś Dietrich Bonhoeffer - że nie zna osoby która by stała się niewierząca po rozmowie z innym ateistą albo przeczytaniu dzieł Marksa, ale zna wiele takich, które straciły wiarę po rozmowie z proboszczem.

Nixur pisze...

Do "Anonimus"

Cierpienie jest moim zdaniem najlepszą i najpełniejszą ucieczką od szeroko rozumianych problemów. Cierpiąc przjmujemy na siebie rzeczywistość, a nie próbujemy z nią walczyć, czy jej zmieniać. Dodatkowo dzięki religi cierpienie nabiera sensu duchowego przez co nie ma się świadomości samooszukiwania i bezsensu, a ma się poczucie spełnienia. Wiem o czym mówię. Mogę się przyznać, że mnie samego łapie co pewien czas pragnienie rozpaczy. Rozpaczając zanurzmy się w błogiej, socjalisycznej bezsilności przez co możemy z wewnętrzną, podświadomą ulgą przyjąć otaczający nas świat. Podobnie z katolickim cierpieniem. Z tym, że w tym przypadku dochodzi jeszcze poczucie akceptacji przez Boga i wspólnotę religiiną oczyszczające ewentualne sumienie (wystarczy "żal za grzechy" i "spowiedz szczera"). Cierpiącemu należy się współczucie, a nie kara co pomaga dodatkowo. Jak myślisz czemu płacząc doświadczamy ulgi? Co jak co, ale na dno dojść może każdy prez co religia jest pewna i bezpieczna dla wnętrza ludzkiego. Mówię, że jest to najpełniejsza ucieczka, gdyż w przeciwiństwie do używek, zbaw itp. wiara jest sama w sobie usprawiedliwieniem dla siebie i na wiarę można przyjąć praktycznie wszystko. Latawiec poleci w przyjających warunkach :)

Anonimowy pisze...

@nixur

Rozumiem, ale mnie nie chodzi o cierpienie jako karę, lecz cierpienie, które staję się motorem zmian na lepsze. Takie cierpienie należy wlasciwie odczytac, zaakceptowac i przetworzyc w rodzaj konstruktywnej sily. To taka łódka która ma nas przewieź na drugi brzeg, a to że jedni wolą stać na brzegu inni, do niej wsiadają żeby sobie tylko posiedzieć i poczuć się w niej może bardziej szlachetnie, jeszcze inni oddają jej cześć... no cóż wolny wybór... :)

- anonimus

Nixur pisze...

Do "Zimbabwe"

Człowiek wierzący zwala odpowiedzialnośc za definicję dobra i zła na Boga. Religia mówi że to dobre, więc nie muszę się przejmować i zastanawiać bo wystarczy ślepo zaufać jakimuś Bogu i podporzątkować się.

Wiara bez religii to raczej żadkość. Religia porządkuje sprawy duchowe oraz jednoczy swoich wyznawców. Jak według Ciebie objawia się wiara bez religii? Przecież to religia definiuje i określa jaki jest Bóg i kim on właściwie jest.

Jeśli wiara jest Twoim systemem wartości i zbiorem poglądów (podobnie jak w moim przypadku) to teoretycznie cała odpowiedzialność spada na Ciebie. Ale Ja przyjmuję zasadę "wiem, że nic nie wiem" (to również dogmat brany na wiarę). Wiara jest to z założenia "pewność, że coś jest prawdą, że coś jest słuszne; ufność, że coś się spełni" ( na podstawie definicji z słownika j. polskiego PWN), więc w pewnym sensie można zrzucić odpowiedzialność na bezosobowe wartości, które są dziedzictwem tradycyjno- kulturalnym. Jeszcze raz zaznaczam, że takie zrzucanie odpowiedzialości wcale nie musi być złe i dodam, że sam korzystam z takiego wyjścia.

Już poza tematem chciałem zwrócić uwagę, że przyjęcie samoodpowiedzialości za siebie jako coś właściwego (tzw. dobrego) jest przyjęte (oczywiście na wiarę) przez znane mi religie (czyli chrześcijaństwo). Choć nie jestem pewien co do protestantów (predestynacja).
Mam nadzieję, że wierzący nie poczuli się zaatakowani przez moje poglady.

Anonimowy pisze...

Nic na to nie poradzę, że religia dostała się w ręce lunatyków :(

- anonimus

justynides pisze...

Nixur,
Od problemów nie da się uciec, prędzej czy później i tak nas dopadną.
Ja tam rzeczywistość, która sprawia cierpienie wolę zmieniać na tyle, na ile się da. Smutek w pewien sposób oczyszcza i jest jak najbardziej dobry, o ile się nie przeradza w nieustanne umartwianie. Można sobie zafundować zdrową dawkę rozpaczy, ale w odpowiednim momencie wziąć się w garść i zacząć działać. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. W końcu można "dojść" do takiego etapu, że rzeczywistość nas przytłoczy. I po ptokach.

Anonimowy pisze...

Nigdy nie ma po tokach, poniżej dna rozpaczy znajduje się przebudzenie, niektórzy potrzebują tylko więcej czasu żeby tam dotrzeć. No chyba że ktoś będzie ich trzymał w tym śnie.

- anonimus

Veganka pisze...

oczywiście ze religijność poprawia samopoczucie.. życie jest prostsze kiedy wiesz kto jest kto i po co żyć ...

Anonimowy pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=9hU-Zb1BRmw

Podsumowanie?

- anonimus

Anonimowy pisze...

"jeśli Boga nie ma ja nic nie tracę, ale jeśli Jest, ty, ateisto, tracisz wszystko"
Jakie to interesowne;) Poza tym w pełni zgadzam się z Nixurem.
Marlena

osa pisze...

Religijność jedynie usypia sumienie. Dopiero głęboka relacja z Bogiem prawdziwie uszczęśliwia. Z tym, że do niej trzeba dorosnąć(i nie chodzi o wiek), zapracować na nią, przede wszystkim chcieć. Stąd u ludzi "trochę" wierzących ta niepewność, lęki i wątpliwości.

Marcin pisze...

A ja mam tutaj kilka argumentow pokazujacych ze religia wplywa na szczescie tylko w krajach religijnych oraz ze to nie religijnosc niesie szczescie tylko fakt ze religia zaspokaja potrzebe przynaleznosci do grupy ludzi: http://psychologiareligii.blogspot.com/ zapraszam

Anonimowy pisze...

Myślę, że religijność uszczęśliwia. Religijność - w znaczeniu kultycznym- akty pobożności, religijność - zdolność do uświadomienia sobie swej zależności od Absolutu, swej skończoności, niewystarczalności. Religijność, wiara w Boga jest powiązana z pytaniami o sens egzystencji, o szczęście - czym ono jest? Jak je osiągnąć? Ludzie wciąż zadają te same pytania, poszukują sensu życia, sami nadają swojemu życiu sens, chcą być szczęśliwi. Można tak długo...
Intymna relacja z Bogiem -duchowość- uszczęśliwia. Naturalne jest także zwątpienie. Człowiek jest po prostu istotą myślącą, czującą i przeżywającą. Wczoraj byłam w Kościele, pomyślałam: oto dobre miejsce - sacrum. Dlaczego sacrum? Ano dlatego, że od dawna przychodzą tu ludzie i w modlitwach, nawet banalnych prośbach, ich duch jakby wychodził poprzez oddech podczas wypowiadania słów skierowanych do Boga i poprzez myśli, które choć związane są przez ziemskie sprawy, zwracają się do Boga. W Kościele, cała przestrzeń jego murów, wypełniona jest, przesiąknięta jest duchem ludzkim, który choć, czasem, słaby,tchórzliwy, utrapiony, obawiający się, cierpiący, zatrwożony wielką niewiadomą, postawiony wobec tajemnicy swojego istnienia - jest piękny, wspaniały, bo pomimo wszystko prosi, woła, krzyczy, ma nadzieję, że te błagania usłyszy Ten, który jest Tajemnicą. Modlimy się do Tajemnicy, która odsłoniła się trochę przez niepojętą miłość, niepojetą pokorę, niepojęte oddanie, niepojętą ofiarę Jezusa Chrystusa. Człowiek potrafi kochać i cieszyć się, a wtedy śmieje się, śpiewa na całe gardło: Alleluja, albo uśmiecha się do ludzi na ulicy, czule przemawia do bezdomnego kota, zachwyca się dzielnością ptaka dźwigającego gałazkę do budowy gniazda... . Wiem, że człowiek ma duszę, mam nadzieję na zmartwychwstanie - bez tej możliwości dalszego istnienia, życie ludzi byłoby podłym, przerażającym absurdem.R.M.

Fascynat Boga i życia pisze...

Jestem wierzący. Od dziecka moja wiara się rozwija i mocno zmienia. Dzięki niej dość dobrze rozumiem kiedy ludzie się na mnie wściekają, dlaczego się kłócą, co powoduje ich cierpienie psychiczne... Także te badania - uważam że dobrze oddają fakty. Nawet wnioski jako człowiek z Kościoła uznałbym za słuszne.
Ale to jeszcze nie fenomen uszczęśliwiającej wiary jest niezwykły - dla mnie to normalka. Choć zmagałem się z grzechem przez długi czas co dawało mi często łzy... byłem szczęśliwy wiedząc, że Bóg objawi mi wyjście z tego kręgu.

Zdradzę i Wam przepis na prawdziwe szczęście. Szczęście to mieć jasny cel życia, który jest osiągalny, pozwala lepiej zrozumieć relacje (ludzkie i boskie), widzieć siebie wręcz doskonałym i umieć współżyć z ludzmi (nie jak politycy ;). Cel życia, który dodatkowo daje wręcz pewność istnienia duszy i woli człowieka nawet po śmierci...

Anonimowy pisze...

Tak Wiara uszczęśliwia - jak najbardziej się zgadzam.
Dlaczego?
Moim zdaniem dlatego, że człowiek wierzący ( nie taki co tylko uczęszcza do kościoła) potrafi zaufać Bogu, powierzyć mu swoje życie. Wie, że Bóg skoro go kocha nie skrzywdzi go. Wszystko co się dzieje jest po coś, więc jeśli przydarzy Ci się coś złego to może dlatego, żebyś coś sobie uświadomił, a nie dlatego, że ktoś cię ukarał albo, że masz pecha. Jeśli zaczniesz zauważać co dzieje się wokół Ciebie to dostrzeżesz, że ktoś nad Tobą czuwa i pomaga ale nie w taki sposób, że daje, tylko podsuwa coś abyś z tego skorzystał. Ludzie zwykle są nieszczęśliwi dlatego, że ciągle się boją, lub myślą, że nic im nie wychodzi, mają pecha lub ktoś ich kara itd. Jeżeli człowiek zrozumie, że tak nie jest może być szczęśliwy, trzeba tylko zaufać Bogu. Dlatego wierzący są bardziej szczęśliwi.

Anonimowy pisze...

Swietny artykul.
Zachecam do udzialu w ankiecie dotyczacej psychologii duchowosci:
http://bit.ly/eY0E11

Jacek Wasowicz pisze...

Jeśli ślepa religia ma uszczęśliwiać, to ja wolę pozostać "tylko" świadomie wierzący...

Anonimowy pisze...

myślę że samo zastosowanie samej psychologii w życiu bez religii wystarczy do szczęścia szczęście jest w głowie a nie niewiadomo gdzieś tam to my tworzymy szczęście a religia nie ma nic z tym wspólnego

Prześlij komentarz

Zapraszam do komentowania. Proszę o kulturalne wyrażanie swoich poglądów. Nie akceptuję wulgaryzmów i chamstwa.

Dziękuję i zapraszam ponownie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...