FAJNIE! Otrzymuj powiadomienia o nowych tekstach na Twój E-mail:

"Mam dość bycia singlem!" - temat wciąż otwarty

poniedziałek, czerwiec 30, 2008 2 komentarze


Pamiętacie notkę „Mam dość bycia singlem” ?


...
Jak odnaleźć swoją Drugą Połowę?
Czekam na opinie i porady Czytelników, na których podstawie napiszę artykuł na temat „Jak odnaleźć swoją Drugą Połowę?” . Oczywiście Wasze porady zostaną wykorzystane anonimowo (jeśli nie zażyczycie sobie inaczej). Na maile czekam do końca czerwca pod adresem: integralny@gmail.com


Dzisiaj mija termin nadsyłania Waszych głosów w tej kwestii. Nie nadeszło zbyt wiele propozycji, dlatego postanowiłem pozostawić ten temat otwarty. Wciąż wolicie wypowiadać się korzystając z systemu komentarzy notek. Napiszę artykuł na ten temat w momencie uzyskania kilkunastu pomysłów. Czekam wciąż na Wasze maile:)

Termin zatem przedłużam do odwołania.

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Właśnie jesteś

niedziela, czerwiec 29, 2008 6 komentarze

My, Polacy, dorastamy na tak zwanym Zachodzie. Krzewi się w nas tak zwaną kulturę Zachodu, począwszy od ideologii zdobywania jak najwięcej, a na religii kończąc.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak bardzo to, że mieszkamy na „Zachodzie” wpływa na nasze myślenie o sobie?

Sam jestem chrześcijaninem – wciąż wyznaję religię, w której zostałem wychowany, uważam, że jest ona ok., co nie oznacza, że nie staram się poszukiwać rozwiązań poszerzania swojej świadomości, które rozwinęły inne kierunki myślenia.

Chodzi mi dzisiaj o myśl buddyjską. Traktuję buddyzm – jako swego rodzaju filozofię życia, dla której znajduję miejsce w swoim integrującym się wewnętrznym świecie myśli i odczuć. Miałem okazję poznać praktyki związane z tą religią, jednak kilka rzeczy mi po prostu w niej nie pasuje - dlatego nie jest ona "moją religią". Traktuję ją jako „narzędzie”. Ha! Może właśnie o to w niej chodzi;) ?

Szanuję buddyzm – filozofię „uważności”, która jest tak bardzo potrzebna na Zachodzie.
Mędrcy, jogini i mistrzowie zen uważają, że my – ogólnie jako ludzie – rzuceni w wir pracy, rzuceni w kulturę „osiągnięć”, pożądania, chciwości i nienawiści – tak naprawdę nie żyjemy na jawie, lecz jesteśmy pogrążeni we śnie. Gubimy gdzieś to, co jest najważniejsze w życiu. Nie chodzi stricte tylko o kulturę Zachodu. Ogólnie nasza - jako ludzi - świadomość jest mocno ograniczona.




Dlatego musimy się przebudzić, aby dojrzeć całość samego siebie. Musimy stać się uważnymi obserwatorami naszych wewnętrznych sił. Wtedy będziemy żyć naprawdę. Wtedy poznamy smak szczęścia.

Aby stać się uważnym należy medytować. Na czym to polega? Na tym żeby przyjąć określoną pozycję – jak to widać na filmach? Na tym, żeby skupić się w ciszy, wyizolowanym od świata na pustyni?

Wcale nie.

Medytacja polega na uważności. Oznacza szczególny rodzaj uwagi, kiedy jesteśmy skoncentrowani na chwili obecnej, kiedy nie rozstrzygamy czy coś jest dobre czy złe, kiedy akceptujemy chwilę i jesteśmy jej świadomi.


Życie składa się z chwil a my – myśląc cały czas o przeszłości lub przyszłości (w psychologicznym znaczeniu o tym co dalekie) możemy stracić szansę.

Szansę na nowe życie.

W języku psychologów chodzi tutaj o umiejętność wglądu – czyli poznania tego, co w nas głęboko, poszerzania świadomości i integracji wszystkich jej poziomów. Doświadczanie całym swoim człowieczeństwem – tego, co dzieje się w nas teraz.

Marcin / integralny@gmail.com

Polecam:
Jon Kabat-Zinn “Gdziekolwiek jesteś, bądź”, Przewodnik Uważnego Życia, Ipsi Press

Czytaj dalej >>

Zaufanie w związku

sobota, czerwiec 28, 2008 6 komentarze

Zaufanie w związku to można powiedzieć fundamenty udanego wspólnego życia. To droga do tworzenia nowej jakości życia we dwoje, do kreowania bezpiecznej wizji wspólnego świata.

Najpierw jednak stwórzmy sami sobie bezpieczny świat - nam - jako odrębnym, niezależnym jednostkom.

Dlaczego tak wiele osób nie ufa swojemu partnerowi czy partnerce? Dlaczego tak się dzieje, że tak wiele osób ciągle swojego partnera sprawdza, kontroluje, nie daje chwili wytchnienia?


Autor książki „Tao Miłości” Ivan Hoffman uważa, że brak zaufania do drugiej osoby bierze się z braku zaufania do samego siebie. Muszę powiedzieć, że coś w tym jest.

Człowiek, który nie potrafi zaufać partnerowi, czy partnerce – boi się po prostu - jego, czy jej odrzucenia. Ciąglę tylko będzie zerkał, czy „osoba ukochana” „nie wysyła maili do kogoś z kim mogłaby odejść i mnie zostawić”, będzie kontrolował jej czas – dzwoniąc nałogowo i pytając „co robisz?”. Bynajmniej nie z czystej ciekawości i chęci ciepłej rozmowy, tylko z potrzeby nieustannego sprawowanie pełnej pieczy. Mało tego, w sytuacjach przebywania razem regularnie co krótki czas, człowiek nieufający będzie pytał „osoby ukochanej” „O czym myślisz?” – tak jakby chciał też kontrolować jej myśli. Poprzez kontrolowanie – zmniejsza doraźnie swój lęk przed byciem porzuconym.

Ivan Hoffman uważa, że decydując się na życie w związku decydujemy się na otwarcie przed drugą osobą a tym samym – odkrywamy się i jesteśmy bardziej wrażliwi na zranienie. Jednak powinniśmy pamiętać, że cokolwiek zdarzy się w związku – nasze „ja” przetrwa. Nie powinniśmy obawiać się straty – ponieważ tak naprawdę nic byśmy nie stracili.

Jesteśmy nawet wtedy, kiedy związek przestaje istnieć.


Aby całkowicie wyzbyć się lęku przed utratą drugiej osoby a tym samym prawdziwie jej zaufać, moim zdaniem, potrzebna jest zatem pełna integracja osobowości i zrozumienie samego siebie. Może warto rozważyć tę kwestię już dziś?

Myślę, że nie ufając drugiemu człowiekowi – zamykamy się na coś wspaniałego. Czy warto?

Marcin / integralny@gmail.com



Literatura, którą polecam:
Hoffman Ivan, “Tao Miłości” , Poznań 2002, Dom Wydawniczy Rebis

Czytaj dalej >>

Flecistka z Teatralki

piątek, czerwiec 27, 2008 3 komentarze


W centrum Poznania koło Mostu Teatralnego, w miejscu gdzie przecinają się różne tramwajowe trasy, gdzie tętni życie, kiedy jest ładna słoneczna pogoda a w duszy panuje optymistyczny nastrój – rozpoczyna swoją grę Flecistka z Teatralki. Dzisiaj też ją tam spotkałem. Grywa tak już od ponad roku i za każdym razem, kiedy koło niej przechodzę wywołuje we mnie pozytywne wrażenie.

Jest to starsza pani, myślę, że ma około 80-ciu lat, która stojąc - na zwykłym, prostym szkolnym flecie gra specyficznie różne „utwory”. Specyficznie, ponieważ, jakby to powiedział znawca muzyki – po prostu fałszuje, nie słychać w jej grze ani melodii, ani żadnego rytmu, nie jest to gra osoby, która myli się co jakiś czas „w nutach”, ta pani po prostu improwizuje. Robi to jednak w przesympatyczny sposób.

Podejrzewam, że wiele dzieci z pierwszych klas podstawówki, potrafi zagrać na flecie prosty utwór bez większych pomyłek – jednak nie o to tutaj chodzi. Ta starsza pani gra bowiem z tak wielkim entuzjazmem, że nie o samą grę tutaj chodzi – a o emocje jakie wywołuje. W moim przypadku – jak najbardziej pozytywne:)

Myślę sobie za każdym razem, kiedy koło niej przechodzę, że wielkim darem jest potrafić dostrzegać w życiu najprostsze pozytywne zdarzenia, że nie ważny jest pełen profesjonalizm – ale podchodzenie do życia z radością. Dlatego też za każdym razem staram się wesprzeć finansowo tę starszą panią, mimo że mój studencki budżet nie jest też zbyt duży. Zawsze dostaję „w zamian” sympatyczne podziękowanie – jednak najbardziej cieszy mnie sama idea tej pani, że się nie wstydzi, że w moim przekonaniu robi – to co lubi. Nie widziałem nigdy na jej twarzy znudzenia czy niechęci. Robi to naprawdę z uśmiechem i otwartością.

Ogólnie doceniam, kiedy ludzie nie proszą na ulicy o pieniądze „za nic” a dają coś w zamian, chociażby odpłacają się - graniem na instrumencie. I jak się okazuje nie trzeba znać nut, żeby radośnie grać:)

Mówi się, że amator od pełnego profesjonalisty różni się tym, że obaj robią to samo, jednak ten pierwszy robi to z miłości. Myślę, że tak jest w przypadku Flecistki z Teatralki:)

Życzę sobie i Wam, umiejętności cieszenia się każdą chwilą, spotykania miłych ludzi na Waszych – metaforycznych ścieżkach życia – jak i tych zwykłych ulicach:)

Pięknie bowiem jest cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy.
I mam głęboką nadzieję, że ta wyżej opisana starsza pani – nigdy nie nauczy się grać na flecie bez fałszu:) Wolę harmonię w sercu:)

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Lęk podstawowy i "ZWALCZANIE" BEZRADNOŚCI

środa, czerwiec 25, 2008 6 komentarze

Słynna niemiecka psychoanalityk Karen Horney wprowadziła do psychologii pojęcie lęku podstawowego. Uważała, że człowiek – w dzieciństwie doświadcza bezradności, która później towarzyszy mu przez całe życie. Tym silniejszy jest ten lęk – im bardziej tłumiony był w dzieciństwie. Wpływa on później na wszystkie nasze stosunki interpersonalne (czyli kontakty z innymi ludźmi). Bardzo szanuję tę teorię jak i wiele innych autorstwa tej psychoanalityk.



Karen Horney w swojej książce „Neurotyczna osobowość naszych czasów” mówi:

„Lęk podstawowy w określony sposób wpływa na postawę jednostek wobec innych. Jest on równoznaczny z izolacją emocjonalną, tym trudniejszą do zniesienia, że łączy się ona z uczuciem własnej wewnętrznej słabości, z brakiem wiary w siebie”

Co się dzieje, kiedy ogarnęłoby nas działanie lęku podstawowego? Przede wszystkim stracilibyśmy poczucie bezpieczeństwa, które tak bardzo potrzebne jest nam do stworzenia zdrowych i budujących relacji. Pojawia się jednak konflikt: chcemy być w związku, ale boimy się bliskości, bo możemy zostać opuszczeni – i pozostaniemy sami we wrogim świecie (doświadczymy dokładnie takiego samego poczucia bezradności, które w mniejszym lub większym stopniu przeżywamy w dzieciństwie). Nieufność, wrogość wobec innych ludzi - skutek nieprzepracowanego i niezintegrowanego lęku podstawowego – powoduje, że w człowieku lęk wzrasta („przecież nie można się bać i być blisko, coś tu jest nie tak, nie wiem, o co chodzi, ratujcie, znowu się boję”) – a to sprawia, że człowiek musi się bronić.


Najczęściej, najprostszymi sposobami - w naszej kulturze, nie do końca świadomie stosowanymi są: miłość, uległość, władza i wycofanie się.

Po pierwsze człowiek może zatem szukać miłości – jako sposobu na obronę przed lękiem podstawowym. „Jeżeli mnie kochasz, nie skrzywdzisz mnie” – ta zasada przyświeca każdemu związkowi osoby niepotrafiącej poradzić sobie z wrogością budzącą lęk. Zapewnienie sobie kogoś, kto kocha – daje takiej osobie złudne poczucie bezpieczeństwa w świecie.

Drugim sposobem na powstrzymywanie lęku jest stosowanie się do wszelkich nakazów, reguł, zasad. Uleganie im. Można tutaj mówić zarówno o stosowaniu się do zasad instytucji, urzędów, Kościoła, praktyk religijnych – ale i do bycia uległym wobec „niepisanych” zasad, wszechobecnych w danej kulturze. Należy być dobrym, szczerym, uprzejmym, ponieważ inne zachowanie mogłoby wzbudzić w innych ludziach wstręt, odrazę, niechęć. Motto tego sposobu obrony przed lękiem brzmi zatem „Jeśli będę uległy, poddam się – nikt mnie nie skrzywdzi”.

Kolejną, trzecią metodą na poradzenie sobie z lękiem, wyzbycie się poczucia niższości i bezradności – jest zdobycie rzeczywistej władzy, stanu posiadania, sukcesu czy podziwu innych osób. Przyświeca temu motywowi taka idea „Jeśli zdobędę władzę, nikt mnie nie skrzywdzi”.

Czwartą
metodą na obronę przed lękiem jest wycofywanie się. Nie chodzi tutaj o uciekanie od świata – w dosłownym tego słowa znaczeniu, nie chodzi o ucieczkę na pustynię, miejsca, gdzie nikogo nie ma. Chodzi tutaj o uniezależnienie się od innych osób w takim zakresie – w jakim człowiek mógłby innych potrzebować. Dobrym środkiem do tego będzie zatem gromadzenie dóbr materialnych, przy czym nie przyświeca temu cel sprawowania dzięki dobrom materialnym władzy – a jedynie uśmierzanie dzięki nim poczucia zależności, zdobycie uniezależnienia.
Gromadzenie dóbr nie będzie zatem sprawiało przyjemności albo zaspokajało rządzę posiadania, będzie jedynie koniecznym warunkiem do uśmierzania lęku.

Innym sposobem na uzyskanie niezależności zewnętrznej – będzie ograniczenie swoich potrzeb do minimum. Człowiek może stać się tak obojętny na uczucia innych ludzi, że nic nie zdoła sprawić mu bólu, czy przykrości. Staje się „znieczulony” na potrzeby innych – a także swoje. Wypiera swoje marzenia, dążenia, traktuje siebie i innych obojętnie. "Jeżeli się wycofam, nic nie może sprawić mi przykrości."

Moje zdanie na temat teorii lęku podstawowego i sposobów na obronę przed nim jest aprobujące. Potrafię ją sobie wyobrazić jako logicznie komponującą się teorię – z innymi teoriami na temat powstawania zaburzeń osobowości i relacji interpersonalnych. Myślę, że wielu z nas doświadczało w swoim dzieciństwie mniej lub bardziej dotkliwie poczucia bezradności. Nie każdy z nas był stanie już je przepracować, zrozumieć i zniwelować jego działanie. Może być to spowodowane w dużej mierze nieadekwatnymi sposobami wychowania, które mają swoje źródło w konfliktach intrapsychicznych naszych rodziców. I nie chodzi mi tutaj o typowo patologiczne rodziny, co do których nikt nie ma najmniejszej wątpliwości, że są patologiczne – bo myślę, tutaj sytuacja jest klarowna, że poczucie bezradności dziecka dorastającego w takiej rodzinie jest wyjątkowo silne. Chodzi mi o to, że często nasi rodzice wdają się w tak zwane koluzje - toczą nieuświadamiane sobie gry między sobą – jako skutek ich wewnętrznych konfliktów i braku umiejętności miłości, szczerości, otwartości. Oczywiście nie jestem zwolennikiem teorii deterministycznych, wg których to doświadczenia z dzieciństwa ukształtowały nas i nasze życie i nic nie da się już z nim zrobić, że ciąży na nas piętno czy klątwa. W swoim umyśle integruję teorie psychoanalityczne – z innymi teoriami wywodzącymi się z innych paradygmatów. Wierzę, że przyszlość jest w naszych rękach i nie warto zajmować się jedynie tym, co było. Jestem zwolennikiem podejścia integratywnego. I wierzę w życie:)

Na zakończenie tego wpisu chcę dodać, że od jakiegoś czasu dość regularnie napływają do mnie maile od Was z opisami Waszych problemów i prośbą o ich rozwiązanie. Zaczynacie je bardzo podobnie „Integralny, pomóż”, „Ratuj, Marcinie”, „Nie wiem, co mam zrobić, może mi pomożesz”. Bardzo mnie cieszy fakt, że jesteście aktywni, że nie poddajecie się i staracie się podchodzić do życia – jako do formy, którą da się kształtować. Pamiętajcie jednak o tym, co również często podkreślam w odpowiedziach na Wasze maile, że nie dam Wam gotowej recepty na rozwiązanie Waszych problemów, nie oczekujcie, że stworzę dla Was klucz na pokonanie trudności.

Powód jest prosty: po pierwsze nie jestem w stanie poprzez maila – dojrzeć Was całościowo, myślę, kontakt z osoba wspomagajacą „na żywo” jest jednak niezastąpiony, a po drugie i dużo dużo ważniejsze: recepta na Wasze szczęśliwe życie tkwi w Was samych i nikt inny nie przygotuje dla Was gotowego schematu. Dlatego polecam Wam w ciężkich dla Was chwilach skorzystanie z usług psychologa – na żywo – niezapominając jednocześnie, że psycholog pomoże Wam, wesprze Was – w planie działania, w planie zmiany ułożonego przez Was samych:)

Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu Czytelników PSYCHIKI.net to ludzie młodzi, których sytuacja finansowa może nie być jeszcze do końca ustabilizowana – a usługi psychologiczne są stosunkowo drogie. Nie każdego na nie stać. Proponuje więc w takich sytuacjach korzystać z usług świadczonych za darmo – na pewno w Twojej okolicy jest wiele takich ośrodków, czy organizowanych grup samopomocy - wystarczy skorzystać z wyszukiwarki:) Świadomość potrzeby zdrowia psychicznego jest coraz większa w naszym kraju, co mnie bardzo cieszy.

Polecam korzystanie z usług psychologów „na żywo”– aczkolwiek odpowiadać będę na Wasze maile, lecz wybaczcie, jeśli nie od razu. Nie zawsze znajduję czas na pracę, naukę, własne sprawy, na pisanie notek na PSYCHICE i na odpowiadanie na maile. Możecie być pewni, że nie pozostawiam żadnego maila bez odpowiedzi, uzbrójcie się jednak w cierpliwość – przynajmniej kilkudniową:)


Życzę Wam wszystkim rozwijania umiejętności wglądu – poznawania źródeł swoich sfer konfliktowych i budowania pozytywnego życia. Każdy z nas ma prawo do szczęścia:) Indywidualnego i niepowtarzalnego:) Pozdrawiam Was wszystkich gorąco:)

Marcin / integralny@gmail.com



Literatura:
Karen Horney “Neurotyczna osbowość naszych czasów”, Poznań 1999, Dom wydawniczy Rebis


Czytaj dalej >>

ZNIEWIEŚCIALI FACECI vs. MĘSKIE KOBIETY

poniedziałek, czerwiec 23, 2008 3 komentarze

Już samo określenie "zniewieściali mężczyźni" czy "męskie kobiety" jest dosyć przewrotne i nasuwa wiele pytań dotyczących tego, co to znaczy być "męskim" czy "kobiecym".

Czy to jest tylko wytwór kultury czy prawa natury? Zatem współcześni mężczyźni, którzy są coraz bardziej sfeminizowani (lub kto woli zniewieściali) postępują wbrew swojej płci i czy kobiety przejmujące role tradycyjnie zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn są szczęśliwe i czują się spełnione? Co to znaczy obecnie "być prawdziwym mężczyzną" czy "być prawdziwą kobietą"?


Może zacznę od tego, jak to wyglądało kiedyś.
Kiedyś bowiem różnice dotyczące płci były jasno określone, panowały bowiem nienaruszalne, jasne zasady: mężczyzna (w wielu kulturach i przez wiele tysięcy lat) był uważany za dokładne przeciwieństwo kobiety. Mężczyzna zatem był światłem, dniem, kulturą, duchem (rozumem), wcieleniem zasady czynnej i dobrem. Kobieta natomiast, przeciwnie - była ciemnością, nocą, naturą, ciałem, wcieleniem zasady biernej i...złem. Tak samo miejsce obu płci było jasno wyznaczone: mężczyzna zdobywał świat, robił karierę, był żywicielem i opiekunem rodziny, to on był głową domu. Miejscem kobiety natomiast był dom. Gdy kobiety zaczęły przekraczać tą niepisaną granicę, wyłamywać się (ruchy emancypacyjne lub feministyczne) zaczęły wychodzić naukowe (a raczej pseudonaukowe) książki mówiące, że miejscem kobiety jest dom, że jej specyficzna fizjonomia i fizjologia powoduje, iż pracując zawodowo kobieta staje się chora. Wybitne (męskie oczywiście!) mózgi tamtych czasów tłumaczyły to następująco:

Mózg człowieka, który się uczy pobiera wiele energii, u mężczyzny jest wtedy wszystko ok, ale jeśli kobieta się za dużo uczy to jest wtedy pobierana energia z jej innych, kobiecych narządów, co grozi jej trwałą bezpłodnością (!).
Zatem edukacja kobiet była dla nich wielce szkodliwa:).
W ogóle jakakolwiek twórczość (oprócz szydełkowania) była wyłącznie zdolnością mężczyzn. Kobieta sięgając po pióro czy pędzel mogłaby sobie jedynie zrobić krzywdę.

Mimo to takie argumenty nie wszystkich przekonywały.


Kobiety stawały się coraz bardziej niezależne (także finansowo), udowadniały, że nie są bardziej ułomne na ciele i duszy. Co więcej, udowodniono (pod koniec XIX wieku), że układ rodzinny i społeczny, w którym mężczyzna jest panem i władcą, nie jest jedynym istniejącym - odkryto istnienie matriarchatu. Istotną rolę w wyzwoleniu kobiety i jej swobodzie (także seksualnej) odegrała tabletka antykoncepcyjna. Kobieta dzięki temu decydowała o swojej prokreacji, usunęła większość lęków związanych z niechcianą ciążą.

Mężczyzna mógł być zatem postrzegany jedynie jako kochanek, nie musiał być brany pod uwagę jako ewentualny przyszły ojciec i partner na całe życie. Pigułka antykoncepcyjna plus niezależność finansowa kobiet spowodowała także następującą zmianę dotyczącą pozycji kobiety w seksie. To ona zaczęła wymagać, dbać o swoje potrzeby, oceniać, porównywać (pigułka antykoncepcyjna przekreśliła wymóg czekania na tego jedynego z dziewictwem do ślubu). Co więcej, kobiety zaczęły oceniać swoich partnerów seksualnych nie tylko pod względem ich umiejętności technicznych ale także atrakcyjności wizualnej.

Mężczyzna kiedyś był tym, co osiągnął, o jego męskości świadczyła głównie jego pozycja społeczna, stanowisko (jak już wcześniej wspomniałam mężczyzna był rozumem, duchem).

Kobieta była ciałem, wyglądem, o jej wartości świadczyła atrakcyjność fizyczna, była jakby "ozdobą" mężczyzny.


Feminizm i wyzwolenie kobiety sprawiły, że kobiety zaczęły wymagać różnych rzeczy, np. tego, żeby mężczyzna dbał o wygląd. Mężczyzna stał się obiektem seksualnym! Nawet reklamy wmawiają mężczyźnie, że prawdziwy mężczyzna używa drogich perfum i fajnie się ubiera. Próżność (cecha kiedyś wyłącznie kobieca) stanowi dzisiaj niemalże o istocie męskości. Czy zadbany, wyperfumowany, po solarium, przechadzający się po sklepach z ciuchami mężczyzna jest męski?

Kobiety zaczęły być szefami w sferze zawodowej, często poświęcając się karierze odkładały lub całkowicie rezygnowały z macierzyństwa (które było zawsze istotą kobiecości, głównym celem kobiety). Czy zatem współczesna kobieta robiąca karierę i rezygnująca z macierzyństwa może być nadal uważana za kobiecą? Niepodważalnym jest fakt, że takie silne, niezależne kobiety budzą strach wśród mężczyzn. Jeżeli kobieta zarabia na siebie, jest zaradna i samodzielna, to gdzie miejsce na mężczyznę - żywiciela i pana domu?

Jeśli kobiety stały się trochę męskie i już nie wiadomo co to znaczy być kobietą, to trzeba sobie zdać sprawę z tego, że mężczyźni są już kompletnie skołowani. Tak naprawdę nie wiedzą, co to znaczy być męskim, nie mogą bowiem niczym kobiecie zaimponować, bo przejęła jego role. Najgorsze jest jednak to, że mężczyzn obwinia się często za ich stereotypowe męskie cech, za to, że np. są agresywni, dominujący, niewrażliwi. Jeśli jednak któryś próbuje okazać swoją kobiecą stronę osobowości (np. płacze, wzrusza się, jest nadmiernie emocjonalny) to wtedy mówi się, że jest żałosny, że jest nie-mężczyzną. O ile kobieca feminizacja jest jakby "awansem" (kobiecość zawsze była uważana za coś mniej doskonałego, ułomniejszego, słabego), to okazanie kobiecych cech przez mężczyzn jest równoczesne z okazywaniem słabości, jakiejś ułomności. Czy wrażliwy, płaczący mężczyzna mający chwile słabości jest jeszcze męski? Czy uważacie, że z nim jest jeszcze wszystko ok?

Jak już wcześniej wspomniałam mężczyźni panikują w naszych czasach. Zauważyłam u nich dziwną reakcję obronną - kobiety, które ich przerażają, sprowadzają do "łatwych obiektów seksualnych".

Podam parę przykładów. Kobieta kiedyś była krucha, eteryczna. Jednym ze skutków ruchu feministycznego jest zmiana ciała kobiety. Już nie jest omdlałym aniołem wspartym na boku silnego mężczyzny. Teraz w modzie jest silne, umięśnione ciało kobiety (mięśnie były zawsze symbolem męskości). Kobiety zaczęły trenować sztuki walki, zaczęły być silne jak mężczyźni. Na początku zapaśniczki przerażały mężczyzn, były kobietami - bestiami. Teraz można je spotkać np. walczące w kisielu - jako rozrywka dla mężczyzn. W ogóle, takich silnych, walczących kobiet jest pełno w pop-kulturze(Kill Bill, Sin City). Są one obiektami seksualnymi, nie wywołują (chyba) przerażenia u mężczyzn, raczej są bohaterkami ich fantazji seksualnych. To samo z lesbijkami. Lesbijki, czyli kobiety, dla których mężczyzna jest odpychający seksualnie, stały się obiektami seksualnymi dla mężczyzn? Dlaczego? Przecież lesbijka nie pożąda mężczyzny, czyli mężczyzna powinien się czuć przy takiej lesbijce mało atrakcyjny, niemęski...Być może jest to kolejny dowód na to, że to, co przeraża, może być "oswojone" poprzez sprowadzenie do obiektu seksualnego.

Co zatem sądzicie o męskości i kobiecości? Czy są jakieś ich stałe, niezmienne cechy dotyczące płci? Czy są to tylko różnice umowne? Czy o cechach płci decyduje kultura(wg niektórych tak, dlatego stworzono pojęcie takie jak "gender", czyli płeć kulturowa, nie mająca związku z płcią biologiczną) czy natura? Czy podoba wam się we współczesnym świecie takie trochę pomieszanie ról, zamazane różnice między kobietami a mężczyznami?

Mnie osobiście podobają się lekko zniewieściali mężczyźni, nie lubię macho i twardzieli:) Mimo to bezpiecznie się czuję, gdy ten mężczyzna jest jednak trochę bardziej męski ode mnie. Tu, gdzie mieszkam parę ostatnich lat (w Norwegii) feminizm posunął się według mnie o wiele za daleko. Tutaj kobiety zazwyczaj utrzymują rodziny, tylko mężczyzn widzę na spacerku z wózkami z dziećmi. Mężczyźni są tu strasznie zastraszeni, nieśmiali, chodzą w tych swoich jasnoróżowych sweterkach....(W Polsce by taka moda nie przeszła). Kobiety są tu silne, niezależne, to one częściej (75%) są przyczyną rozwodów, ich jest więcej w rządzie, często wykonują niebezpieczne zawody np. strażniczki więzienne dla mężczyzn to prawie same młode dziewczyny. Bardzo często czytam artykuły o tym, jak kolejna Norweżka zgwałciła jakiegoś faceta!:) I takie działania traktuje się tam jako poważne przestępstwo, wcale nie wywołują uśmieszków na twarzach. Kobiety na budowach to nie rzadkość. Jedna znajoma Polka powiedziała mi, że w biurze pracy w Oslo zaproponowali jej kurs na...murarza lub hydraulika.

Czy uważacie, że taka sytuacja jaka jest w Norwegii jest jeszcze ok czy to już lekkie przegięcie? Jestem ciekawa, co o tym wszystkim sądzicie, czy np. kobieta-szef może być kobieca dla mężczyzny czy raczej odpycha, bo mężczyzna przy niej się czuje mało męsko? Czy mężczyzna np. w różowym sweterku robiący sobie maseczki przeciwzmarszczkowe jest męski czy śmieszny? Czy to może taki bujający się macho - paker jest męski (lub śmieszny)?


Autorka:

Marlena Majchrzak

- specjalnie dla PSYCHIKI.net

Czytaj dalej >>

Indywiduacja

piątek, czerwiec 20, 2008 3 komentarze

Celem procesu indywiduacji jest pogłębianie relacji ego z Jaźnią. Efektem tego procesu jest natomiast osobowość. Jung porównuje cały ten cykl psychiczny, który ciągle się powtarza w życiu - do wędrówki słońca na niebie, do „ruchu okrężnego” – „proces indywiduacji jest circumambulatio, okrążaniem jaźni jako centrum osobowości, która dzięki temu staje się całością”

Potrzeba relacji z Jaźnią jest naturalna, ponieważ ego jest częścią całości – a nie całością samą w sobie. Ego potrzebuje Jaźni, ponieważ część potrzebuje przynależeć do całości. Jest to naturalna potrzeba, którą każdy człowiek zaspokaja w odmienny sposób. Głównie objawia się to w potrzebie dążenia do doskonałości, poprzez obcowanie ze sztuką, czy poprzez rytualne czynności będące w przeświadczeniu osoby je wykonującej naturalnie konieczne. W symbolice Jaźń jest Absolutem, Bogiem, mandalą, Słońcem.

Marcin / integralny@gmail.com

Przeczytaj czym jest Jaźń.
Przeczytaj o archetypach wg Junga.
Przeczytaj dlaczego Jung nie wierzył w Boga.

Literatura:
Zenon Waldemar Dudek (2006) Podstawy psychologii Junga, Warszawa: Eneteia,Wydawnictwo Psychologii i Kultury

Czytaj dalej >>

Porównanie procesu pomagania w podejściu psychoanalitycznym, behawioralno-poznawczym oraz humanistyczno-egzystencjalnym

czwartek, czerwiec 19, 2008 2 komentarze


W niniejszym artykule chcę dotknąć tematu procesu pomagania – z perspektywy tego, kto pomaga - w ujęciu różnych paradygmatów – czyli kierunków psychologicznych, głównych nurtów, jakby ram ujmujących osobowość, jednostkę w jednostce i jednostkę w świecie – na różny sposób. Skoncentruję się na podejściu psychoanalitycznym, behawioralno-poznawczym oraz humanistyczno-egzystencjalnym.
Spróbuję najpierw określić jak wygląda sam proces pomagania – posiłkując się poziomami stworzonymi przez Brammera zawartymi w jego książce „Kontakty służące pomaganiu. Procesy i umiejętności”.



Brammer wyróżnia zatem następujące stadia procesu pomagania:

1) Wstęp: przygotowanie wspomaganego i nawiązanie relacji
2) Klaryfikacja: ustalenie problemów i powodów szukania pomocy
3) Strukturowanie: sformułowanie kontraktu i struktury
4) Relacja: budowanie relacji pomagania.
5) Eksploracja: eksplorowanie problemów, formułowanie celów, planowanie strategii, zbieranie faktów, wyrażanie głębszych uczuć, uczenie nowych umiejętności.
6) Konsolidacja: eksplorowanie alternatyw, przepracowywanie uczuć praktykowanie nowych umiejętności.
7) Planowanie: rozwijanie planu działania przy zastosowaniu strategii rozwiązywania konfliktów, redukowanie przykrych uczuć i włączaniu oraz rozszerzaniu nowych umiejętności czy zachowań kontynuowaniu samodzielnie podejmowanych działań.
8) Zakończenie: ewaluacja wyników i zakończenie relacji.


Po pierwsze zatem pomagający powinien zapewnić odpowiednie warunki spotkania oraz nawiązać wstępną rozmowę. Chodzi o to, aby atmosfera była przyjazna począwszy od takich „technicznych” aspektów typu wystrój wnętrza, ustawienie fotelu czy sposób oświetlania a także jego intensywność – a kończąc na typowo ludzkich właściwościach służących prawidłowemu nawiązaniu dobrej relacji. Bardzo ważne jest, aby pomagający wzbudził we wspomaganym zaufanie, ciepło.

Osoba pomagająca pracująca w myśl paradygmatu psychoanalitycznego jest świadoma podstawowych założeń tego nurtu, iż człowiek broni się w sposób mniej lub bardziej świadomy. Nieświadomie posługuje się mechanizmami obronnymi, dlatego często nie mówi tego, co myśli, nie jest zbyt ufny – na pierwszym spotkaniu, ponieważ nie przepracował jeszcze wewnętrznych konfliktów z przeszłości. Na pytanie, w czym wspomagany sobie nie radzi, ten wymienia sytuacje zupełnie niezwiązane z właściwym problemem – ponieważ ten głęboko skryty, czeka na wykopanie i przepracowanie. Psychoanalityczne podejście pomagającego powinno zatem ukierunkować to stadium pomagania ku otrzymaniu od pacjenta jasne, że niewerbalnej „zgody na tak, że można kopać głębiej”.

Pomagający w myśl paradygmatu behawioralno-poznawczego będzie kładł nacisk na nagradzanie osoby wspomaganej za wszelkie przejawy otwartości, chęci do aktywnej współpracy. Behawiorysta wierzy bowiem, że jakiekolwiek pożądane zachowania człowieka można wzmacniać oferując mu za to nagrody – i jest to wielce skuteczne. Tutaj nie ma miejsca na głęboką analizę aż do wczesnych kontaktów osoby wspomaganej z jego rodzicami – jak było w podejściu psychoanalitycznym, tutaj liczy się tu i teraz i wzmacnianie tego co dobre i wygaszanie tego co złe. Oczywiście wg wartościowania etycznego osoby, która pomaga. Pozytywne formułowanie zdań, jasne i klarowne przedstawienie swojej osoby będą zatem wzmacniane.


Humanistyczno - egzystencjalne podejście postrzega człowieka jako bardzo zindywidualizowaną istotę, realizującą swoje potrzeby rozwojowe na tle kultury, sytuacji ekonomicznej, politycznej, temperamentu. Osobistych refleksji. Osobistego sensu. Subiektywnie realnego powodu, dla którego warto żyć, a w sytuacji bez wyjścia – warto byłoby zdrowo, funkcjonalnie, aktywnie żyć.
Początkowa rozmowa nie może być schematyczna, pobieżna, nacechowana zbyt wieloma formułkami. Powinna być jasna, aczkolwiek oryginalna – ponieważ każdy z nas jest oryginalny, odmienny, inny, żyje w różnorodnie uporządkowanym świecie, otoczeniu, które zaczyna się już od naszego ciała, tworzącego temperament i charakter a kończąc na mentalnym wszechświecie odmiennych, oryginalnych, indywidualnych wartości takich jak etyka, Bóg, czy wiara w ideę.

Drugie stadium procesu pomagania koncentruje się na klaryfikacji czyli na ustaleniu problemów i powodów szukania pomocy. Podejście psychoanalityczne problem definiować będzie nie na podstawie tego, co bezpośrednio nazwane i „ubrane” w słowa – lecz to czego nie widać gołym okiem, a co jest rzeczywistym problemem, wewnętrzną walką dwóch przeciwstawnych tendencji – maskowanych problemem, który jest „zewnętrzny”.

Pomagający w myśl podejścia behawioralno-poznawczego odniesie się do sposobu formułowania sądów o świecie i sposobów reagowania na różne wydarzenia. Złe nawyki, przyzwyczajenia w myśleniu, czy zachowaniu codziennym będą w tym momencie źródłem problemu.

Humanistyczne podejście nakreślać będzie problem w perspektywie holistycznej, dostrzegając ponadczasowy konflikt np. samotności w świecie lub braku miłości. To podejście nie koncentruje się na ujmowaniu problemu w jakimś wyizolowanym obszarze – lecz dostrzega problem jako czynnik powodujący filozoficznie pojmowane zagubienie, utratę wiary, czy sensu istnienia.


Trzeciem etapem niesienia pomocy jest strukturyzowanie. Jest to nakreślanie zakresu pomocy, nazwanie zadań odpowiedzialności, ról. Dla psychoanalityka (osoby pracującej w paradygmacie psychoanalitycznym) i jego pacjenta (tudzież osoby wspomaganej) jasne powinno się stać, że na wiele rzeczy obaj (!) / oboje / mogą zareagować niekontrolowanym wybuchem gniewu, czasem zachować się z agresją, ponieważ psychoanaliza widzi świat czasami zupełnie „odwrotnie” – kiedy to wszystko czego się wstydzimy, co wypieramy – wychodzi na „powierzchnią” w trakcie analizowania.

Behawiorysta zwracać będzie uwagę osobie wspomaganej - czasami przerywając rozmowę - na konstruowanie przez niego zdań. Kiedy ten mówi „Nie powiem, że nie wiem, jak tego nie zrobić, żeby nie kłócić się z żoną” osoba pomagająca będzie zachęcała do wyrażania się w sposób jaśniejszy, bez tworzenia negacji i gubiących gdzieś istotny sens zdań nadmiernie podrzędnie złożonych.

Humanista spojrzy na człowieka wspomaganego jako na niepowtarzalną jednostkę, i zapewni o odrębności - lecz komplementarności pomagającego i wspomaganego. Zaznaczy, że celem obojga jest samorealizacja i wspólne działania ku szczęściu.

Czwarte stadium procesu pomagania wg Brammera jest nawiązaniem prawidłowej, dobrej, bezpiecznej relacji. W tym miejscu istotne znaczenie ma cisza, milczenie oraz sposób jak zostanie ona potraktowana przez wspomaganego.
Pasjonat psychoanalizy będzie widział w ciszy wskaźnik obszaru konfliktowego, ponieważ wspomagany nie chce o tym mówić.

„Behawiorysta-poznawczy” być może będzie zastanawiał się co wywołuje lęk w pacjencie, że ten skojarzył akurat ten neutralny element rozmowy z czymś co wywołało w nim „zamknięcie się” w sobie.

Humanista potraktuje milczenie jako rozmowę bez słów. Jest świadomy bowiem, że milczenie jest czasem cenniejszą informacją od potoku bezwartościowych, nieszczerych słów. Humanista doceni ciszę. Doceni w niej szczerość.

Kolejne, piąte stadium procesu pomagania ma na celu wg Brammera:

1) utrzymanie i spotęgowanie związku /zaufanie, łatwość, bezpieczeństwo/
2) radzenie sobie z uczuciami pomagającego i wspomaganego, które zakłócają postępowanie w kierunku celów
3) ośmielenie wspomaganego do głębszej eksploracji problemu czy uczuć /klaryfikacja, rozszerzanie, ilustrowanie, precyzowanie/ tak, by samoświadomość wspomaganego uległą rozszerzeniu.
4) Zachęcanie wspomaganego do wyjaśniania i dalszego precyzowania celów
5) Zbieranie potrzebnych informacji służących do rozwiązywania problemu wspomaganego.
6) Zdecydowanie o kontynuowaniu bądź zakończeniu relacji
7) Uczenie się umiejętności potrzebnych do osiągnięcia celów wspomaganego /demonstrowanie, modelowanie, trenowanie/
8) Inicjowanie „zadań domowych: dla wspomaganego, które posuwają go do celu /próby, ewaluacja, postęp/


Na tym etapie psychoanalityk wyjaśnia osobie wspomaganej, czym są mechanizmy obronne oraz jak wielkie znaczenie dla jego aktualnego funkcjonowania miały relacje w dzieciństwie. Relacje z rodzicami a także rówieśnikami. Aspiracje i nadzieje jakie wobec wspomaganego pokładały osoby dla niego znaczące. W co wierzyli jego rodzice, co było dla nich ważne. Jakie instynkty stojące w opozycji z kulturą, z wychowaniem osoba wspomagana musiała w sobie zwalczać. Co musiała tłumić, by być „w porządku” wobec siebie – widzianego przez pryzmat oceny rodziców. Pomagający w paradygmacie psychoanalizy zachęci do „wolnych skojarzeń”- do pozwolenia wspomaganemu na dowolny ciąg słów na określony temat. Tutaj pomagający typuje istotność słów – badając tonację głosu, szybkość wypowiedzi, zabarwienie. Pomagający wie najlepiej co kryje się za określonymi sądami, opiniami, ponieważ jest „obiektywny”- w przeciwieństwie do osoby wspomaganej. Istotne jest też zjawisko przeniesienia i przeciwprzeniesienia. Osoba, która pomaga jest świadoma, że wspomagany może projektować na niego stosunek do osób z jego przeszłości (np. może traktować pomagającego jak złego ojca), natomiast sam wspomagający ulega zjawisku przeciwprzeniesienia – kiedy to sam nie do końca uporał się ze swoimi konfliktami. Pomagający powinien być świadomy tych zjawisk i traktować je jako źródła informacji, które mogą okazać się potrzebne, aby pomóc.

Pomagający w paradygmacie poznawczo-behawioralnym zachęcić do opowiadania co jakie skojarzenia związane z zachowaniem osób towarzyszących mają obszary złych przyzwyczajeń czy nieprawidłowości w myśleniu. Pomoc w myśl behawioryzmu ma na celu przewarunkowanie reakcji patologicznej, takie zrekonstruowanie kombinacji skojarzeń osoby cierpiącej, potrzebującej, aby bodziec neutralny nie kojarzył się z silną reakcją emocjonalną. Tutaj rację mogą mieć i wspomagany i wspomagający. Osoba, która pomaga łatwiej zachowuje jednakże dystans i patrzy na zjawiska „z boku”.

Pomagający w paradygmacie humanistyczno - egzystencjalnym będzie chciał dostrzec znaczenie, subiektywną istotę wydarzeń w życiu pacjenta. Będzie dopytywał, co znaczą dla wspomaganego określone wydarzenia społeczne, jak on widzi daną sytuację w świetle swoich wartości, przemyśleń.

Kolejne trzy stadia procesu pomagania czyli konsolidacja, planowanie i zakończenie mają na celu podsumowanie wszystkich dotyczących osoby wspomaganej i jego problemu faktów, nazwanie głównych mechanizmów powodujących dysfunkcyjne zachowanie, myślenie, funkcjonowanie – a także „wyjście z sytuacji pomagania”.
Wtedy to wspomagany zobowiązuje się do działania, do praktykowania nowych umiejętności.

Psychoanalitycznie wspomagana osoba będzie więc dostrzegać przeniesienia w życiu codziennym, docierać do źródła niesatysfakcjonujących relacji i doświadczać wglądu. Osoba wspomagana będzie kontrolować swoje mechanizmy obronne, będzie przez to bardziej szczera wobec siebie, przestanie racjonalizować czy projektować swoje negatywne uczucia – przez co jej życie może nabrać barw życia świadomie prowadzonego, bez konfliktów. Jeśli relacja pomiędzy wspomaganym i pomagającym była silna, „pożegnanie” może być bardzo trudne aczkolwiek możliwe – w momencie pozytywnie przepracowanych sfer konfliktowych.

Osoba wspomagana w paradygmacie poznawczo-behawioralnym na tym etapie będzie wiedziała co powoduje, że jej zachowania są nieprzystosowawcze. Będzie starała się podjąć kroki do eliminacji negatywnych skojarzeń, może prowadzić monitorowanie otoczenie zawsze wtedy kiedy zachowa się nieodpowiednio, nieadekwatnie. To może pomóc w ewentualnym dalszym pomaganiu takiej osoby –włączając nieznane do tej pory nowe czynniki mające cechy pierwotnie budzącej lęk sytuacji stresowej, która spowodowała skojarzenie bodźca neutralnego z silną reakcją emocjonalną. „Pożegnaniu” może towarzyszyć spisanie kroków służących lepszemu kontrolowaniu swoich reakcji.

Osoba wspomagana w ujęciu humanistyczno-egzystencjalnym na tych etapach pomagania stanie się świadoma swojej życiowej ścieżki, będzie znała ramy swojego dalszego rozwoju na wymiarze bio-psycho-społecznym. Będzie starała się dostrzegać istotne elementy swojego życia, pozytywnie rozwiązywać swoje problemy, myśleć wielopoziomowo, być otwarta na innych, będzie asertywna – a jeśli wręcz przeciwnie to będzie świadoma „nie bycia taką” - np. „wiem, że teraz nie jestem asertywna, nie jestem otwarty, bo się boję” itd.

Każde z ujęć psychologicznych ma zatem swój specyficzny charakter. Uważam, że każdy paradygmat jest równie skuteczny w procesie pomagania, trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć, które z wyżej wymienionych podejść będzie wiązało się z najszybszym reagowaniem pomocą – i niwelowaniem nieprawidłowości w funkcjonowaniu.

Bliskie jest mi podejście humanistyczno-egzystencjalne. Doceniam behawiorystów i psychologię poznawczą. Szanuję psychoanalizę.
Myślę, że w swojej przyszłej pracy psychologa będę pracował w myśl podejścia integratywnego, kiedy to dobór metody (podejścia) będę dobierał na podstawie charakteru problemu pacjenta (osoby wspomaganej). Będę wówczas świadomy swoich własnych i osoby oczekującej pomocy ograniczeń i potrzeb, będę zdawał sobie sprawę o niemożliwości zmiany fizycznie i psychicznie zaistniałych zdarzeń z przeszłości swojej i osoby wspomaganej, będę znał swoje cele, budował i scalał myśli na pozór sprzeczne i odmienne – „schwytane” przez granice słów. A wszystko to po to, aby pomóc cierpiącej osobie pracować nad sobą, by pomóc jej odnaleźć swoją godność, by wzniecić w niej nadzieję, wiarę w życie.

Autor: Marcin / integralny@gmail.com


Literatura:

-Brammer M. Lawrence (1984), Kontakty służące pomaganiu. Procesy i umiejętności Materiały Szkoleniowe do użytku wewnętrznego, Warszawa: Studium Pomocy Psychologicznej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego
-Sęk Helena (2007), Psychologia Kliniczna, t. I, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN
-Grzesiuk Lidia (2005), Psychoterapia – Teoria, Podręcznik akademicki, Warszawa: ENETEIA, Wydawnictwo Psychologii i Kultury


Czytaj dalej >>

Miłość przez internet?

wtorek, czerwiec 17, 2008 14 komentarze

W dobie internetu coraz więcej ludzi umawia się na „spotkanie” nie do pubu czy do kawiarni – a na „czata” lub na pogawędkę na jednym z dostępnych komunikatorów. Nie jest chyba nic w tym złego, uważam, że dobrze, że mamy możliwość korzystania z tak szybkiego, i coraz powszechniejszego w Polsce dostępnego kanału komunikacji – jakim jest internet.

Chciałbym dzisiaj poruszyć inną kwestię a mianowicie, czy możliwa jest miłość przez internet.

Pewna moja znajoma utrzymuje kontakt z facetem, którego poznała właśnie na czacie. Twierdzi, że są szczęśliwi – choć ich znajomość opiera się tylko na stukaniu w klawiaturę i rozmowie głosowej przy użyciu mikrofonu i kamerki internetowej. Rozmawiają tak już od roku. Kiedy zapytałem ją, czy planują spotkanie „na żywo” odparła "A niby po co? Tak jest nam dobrze”. Wierzę, że się rozumieją pisząc ze sobą, jednak zastanowiło mnie to, dlaczego nie chcą się spotkać.

Znam też inną parę, która poznała się na czacie kilka dobrych lat temu, jednak później spotkali się „w realu” i są razem szczęśliwi aż do dziś. Mają już spory bagaż doświadczenia za sobą a także plany na dalsze wspólne życie. Ostatnio kiedy się z nimi widziałem rozmawiali o kupnie pieska i dyskutowali nad rasą:)

A co Wy myślicie na ten temat? Czy możliwe jest poznanie drugiej osoby przez internet – i zakochanie się w niej? Czy takie znajomości są w porządku? Czy zdrowe jest utrzymywanie kontaktów tylko za pomocą komputera czy konieczne jest spotkanie na żywo - a jeśli tak to po jakim czasie wspólnego „klikania”?

Czekam na Wasze komentarze:)

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

„Egzamin za dwa dni – czyli pora zacząć się uczyć”

poniedziałek, czerwiec 16, 2008 3 komentarze


Niestety taką maksymę wyznaje bardzo wielu moich znajomych. Nie ukrywam, że czasami mi również zdarza się myśleć w ten sposób. Jest to jednak bardzo niebezpieczny sposób myślenia, ponieważ uzależnia, o czym zaraz się przekonacie czytając tę notkę.

Zastanowimy się wspólnie, jakie są skutki rozpoczynania uczenia się na kilka dni przed egzaminem.


Wyobraźmy sobie najpierw, co taki student robi przez wcześniejszą część semestru.
Bawi się i nie przejmuje nauką. Nie czyta zadanej literatury. Liczy na to, że głos w dyskusji na bardzo ważny temat podczas ćwiczeń zabiorą „osoby z grupy, które zawsze to robią”. Im się podoba taki układ, ponieważ mogą „się wykazać” i również studentowi odkładającego naukę na potem to pasuje. Wilk syty i owca cała.

Student, który odkłada naukę na potem – zaczyna tuż przed sesją odkrywać rzeczy, których wcześniej nie znał. O których ledwo co słyszał.

I właśnie akurat teraz dowiaduje się o super grze komputerowej, która naprawdę jest genialna i wciągająca!

Właśnie teraz odkrywa system „nawigacji bez korków” - cudo stworzone przez poznańskich informatyków i umawia się na wyścigi samochodowe z kumplami ze zwykłymi GPS-ami.

Wcześniej ledwo o tym słyszała a teraz odkryła, jakie fajne przepisy są w tej nowej książce kucharskiej! Gdyby spróbować dodać nieco inny składnik może wyszłoby jeszcze coś innego...A gdyby nie dodawać tej przyprawy...

Nowe farby kupione niedawno „w promocji” okazały się bardzo dobre, dlatego grzechem byłoby odkładać malowanie na później.

W końcu nie samymi studiami człowiek żyje.


To wszystko prawda. Jednak nie zawsze okres tuż przed egzaminami jest ku temu najbardziej odpowiedni. Zajęcia, które nas pochłaniają skutecznie utrzymują nas z dala od książki – o której to książce przypominamy sobie tuż przed „ostatnim dzwonkiem”.

Nie do końca jednak człowiek działając w ten sposób, zachowuje się „bezmyślnie”. Jest w tym bowiem pewien plan, który doraźnie może być skuteczny. Przyjrzyjmy się jakie korzyści osiąga osoba ucząca się „tuż przed egzaminem” – analizując możliwy sposób myślenia w dwóch wariantach.

1) OSOBA UCZĄCA SIĘ TUŻ PRZED EGZAMINEM ZDAJE EGZAMIN

Jest to ewidentny dowód na to, że jestem inteligentny! Nawet tak trudny materiał opanowałam / opanowałem w ciągu kilku dni. Mówcie co chcecie, ja wiem swoje, wiem, że jak chcę to potrafię a moja błyskotliwość uratuje mnie nawet podczas zastanawiania się nad najtrudniejszymi pytaniami! Jestem zdolny do rozwiązania problemu, kiedy znajduję się w silnie stresującej sytuacji, ponieważ wykorzystuję cały mój potencjał intelektualny – co udawadnia moją wielkość.

Prawda, że fajnie tak o sobie myśleć?
A teraz drugi wariant.

2) OSOBA UCZĄCA SIĘ TUŻ PRZED EGZAMINEM - OBLEWA

To wszystko wina tego, że się tak mało uczyłem. Nie jestem maszyną abym mogła / mógł opanować cały materiał w kilka dni. Jestem przecież człowiekiem i nie jestem zdolna / zdolny do tak szybkiego wiązania informacji. Nawet fizycznie nie jest to możliwe, ponieważ organizm szybko się wyczerpuje, nadchodzi zmęczenie, które uniemożliwia dalszą naukę. To wszystko przez to, że akurat w czasie sesji zaczęłam / zacząłem niepotrzebnie zajmować się fotografią, za dużo tych przesiadywań nad jeziorem, w plenerze, za dużo czasu poświęciłam /poświęciłem na wyszukiwaniu ciekawych obiektów do zdjęć makro. Gdybym miała /miał więcej czasu na naukę na pewno dałabym / dałbym radę.


W obu przypadkach – osoba ucząca się tuż przed pozostaje wobec siebie w porządku i utrzymuje pozytywny obraz siebie. Uczenie się tuż przed jest uzależniające, ponieważ w sytuacji kiedy takiemu studentowi „udaje się” zdać może nauczyć się „uczyć” w ten sposób, nie „opłaca mu się” bowiem poświęcać więcej czasu – skoro skutkuje ten system. Jeśli natomiast będzie zdawał sporadycznie – może zadziałać efekt nieregularnego pozytywnego wzmocnienia, które jest silniejsze niż nawet to regularne.

Moim zdaniem dobrym podejściem do nauki jest uczenie się systematyczne. Unikamy wówczas stresu związanego z „szybkim wkuwaniem” materiału. Nie martwimy się co będzie, jeśli odpowiedź na 13 pytanie okaże się d) zamiast a). Nie odświeżamy nerwowo strony internetowej z wynikami. Nie oszukujemy siebie – że jesteśmy super zdolni, jeśli uda nam się zdać, lub nie obwiniamy niczego ani nikogo – jeśli nie zdamy.

A przede wszystkim – zyskujemy czas, pomagający nam spojrzeć na naukę, na studia – nie jak na zadanie do wykonania – lecz jak na obszar ludzkich zainteresowań, który wciąż można badać, opisywać i wyjaśniać, który jest tak pasjonujący.
Potraktujemy wówczas naukę poważnie, spojrzymy na nią jako na środek służący do czynienia dobra, którego tak bardzo pragnie każdy z nas.

Marcin / integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Jak zapomnieć o EX?

niedziela, czerwiec 15, 2008 4 komentarze



W związku z artykułem „Mam dość bycia singlem!” pojawiły się różne głosy odnośnie poszukiwania Drugiej Połowy. Wciąż czekam na Wasze refleksje w tym obszarze, jednak dziś chciałbym odnieść się do nieco innego tematu - odpowiadając na pewnego maila Czytelniczki. Zgodziła się ona na publikację jej maila dlatego prezentuję go tutaj w niezmienionej wersji:

Żeby znaleźć nową połowę najpierw trzeba zapomnieć o tym, kto wcześniej wydawał się tą drugą połową być. A może nią jest? Właśnie czy druga połowa jest tylko jedna? A może to część wymienna/zamienna? Może napiszesz Marcinie artykuł o tym jak zapomnieć o swoim byłym chłopaku czy byłej dziewczynie? Nie wiem jak Twoje doświadczenia w związkach wyglądają więc niech moja historia służy ci za inspirację.

M. poznałam na pierwszym roku studiów byliśmy ze sobą przez ponad rok, nasza znajomość rozwijała się powoli, nawet bardzo powoli, najpierw rozmawialiśmy tylko na uczelni, potem wspólne kawy, potem kino i tak krok po kroku nasza zażyłość się zwiększała. Zresztą nieważne jak było, ważne jak się skończyło - a końca nic nie zapowiadało. Po prostu przed wakacjami M. stwierdził, że nasza znajomość stała się zbyt poważna, a to jeszcze nie na to czas, że mężczyzna jest jak statek i chciałby jak powiedział “jeszcze trochę pożeglować”. Że powinniśmy dać sobie trochę czasu i miejsca na pobycie z innymi ludźmi. Nawet go rozumiem, ale nigdy nawet nie rozmawialiśmy o tym że będziemy razem już na zawsze. Może bał się zaangażować. Przestaliśmy się widywać, a jednak ciągle nie mogę o nim zapomnieć.

Każdego nowo poznanego faceta porównuje z M. (i to M. wygrywa), kupując nową rzecz zastanawiam się czy by mu się spodobała. Każde miejsce mi go przypomina. Kiedy dzwoni telefon mam nadzieję, że może to on. Mam wrażenie, że jest tylko jedno męskie imię na świecie, bo widzę i słyszę je wszędzie, w wiadomościach, w gazecie, w sklepie. Nie mogę się na niczym skoncentrować ani skupić bo moje myśli krążą wokół niego. Czasem jestem na niego wściekła, że nie liczyły się dla niego moje uczucia, tylko tak po prostu myślał egoistycznie o sobie i przygodach, które mógł stracić będąc ze mną. A może to ja nie byłam dla niego dość dobra?

Są chwile, że już jest ok. i wracam do normalnego funkcjonowania, ale po pewnym czasie tęsknota za M. wraca ze zdwojoną siłą. Mam ciągle nadzieję, że wróci z tego “rejsu” i znów będziemy razem. Wiem, że jest mnóstwo innych ciekawych chłopaków, ale w ich towarzystwie nie czuję się tak jak z nim, bo z M. to pewnie wyda Ci się dziwne, ale czułam taką pełnię, doskonałe uzupełnienie. Najgorsze jest to, że widzę go prawie codziennie na uczelni, mówimy sobie cześć i to wszystko… Zdaję sobie sprawę, że potrzeba czasu, aby zapomnieć, ale ja już tak dłużej nie mogę.

Jesteś studentem psychologii, więc z pewnością znasz jakieś metody na zapominanie, skoro istnieją mnemotechniki na poprawę pamięci, to może jest jakaś metoda która działałaby odwrotnie…?

Pozdrawiam,
Anonimowa



Żeby zapomnieć o swoim byłym chłopaku, po pierwsze zadaj sobie pytanie, czy naprawdę chcesz to zrobić. Z treści Twojego maila wynika, że Twoja znajomość z M. została „urwana” przez niego. Jeśli Twój związek z M. nie przetrwał tej próby, kiedy to M. znalazł się w chwili wątpliwości – podczas gdy nie wydarzyło się nic istotnie mogącego wpłynąć na pogorszenie Waszych relacji to jakie rokowania miałby ten związek w dłuższym okresie?


1. POWIEDZ SOBIE PRZED LUSTREM – „ZAPOMINAM O M.”


W ten sposób ustalisz sama przed sobą Twój cel. Tam gdzie podąża Twoja uwaga, tam też podąża Twoja energia – pojawia się działanie. Dlatego tak ważne jest ustalenie celu.

Pamiętaj, Droga Czytelniczko, że nie jest to niczyja wina, że nie jesteście już razem. Ani Twoja ani jego. Po prostu w tak skomplikowanej materii, jaką jest trwałość związku dwojga ludzi przyczyna nietrwałości leży, że tak powiem - po obu stronach. To znaczy, oboje jesteście po części za to odpowiedzialni –co nie znaczy, że winni.

2. KIEDY KTOŚ ZAPYTA CIĘ, CO TAKIEGO ON ZROBIŁ ALBO CO TY ZROBIŁAŚ ODPOWIADAJ: „Jestem w porządku i on jest w porządku. Po prostu jako związek, jako kombinacja naszych cech charakteru nie pasowaliśmy do siebie.”

W ten sposób unikniesz tego, że Twoi znajomi będą wysuwać negatywne cechy M. Podając za przykład, że „sama tak powiedziałaś, że był do niczego” To mogłoby sprawić, że zaczęłabyś się zastanawiać, czy na pewno ta „wada” nie jest tym, za czym tęsknisz. Mówiąc, że przyczyna leży w „niekompatybilności”- nie obrażasz nikogo, a przy tym mówisz prawdę.
I o to w życiu chodzi.


Wiele przedmiotów jakie posiadasz w swoim mieszkaniu, czy miejsc może przypominać Ci Twojego byłego chłopaka. Możesz usunąć je z pola Twojego widzenia, jednak nie niszcz ich ani nie rób z nimi tego, czego nie robisz na co dzień. To znaczy nie wyrzucaj na przykład praktycznego kubka, który dostałaś od chłopaka – tylko dlatego, że Ci się z nim kojarzy. Po prostu przestań go używać na jakiś czas. Nie warto, aby rządziła Tobą nienawiść i abyś robiła rzeczy nieracjonalne, nielogiczne, abyś niszczyła.

3. NIE POZWÓL ABY ZAWŁADNĘŁA TOBĄ NIENAWIŚĆ, OPANUJ EMOCJE NEGATYWNE, ABY NIE POGŁĘBIAŁY W TOBIE ŚLADU TEGO, CO BYŁO.

Przecież łączyło Was tyle dobrego. Nie warto pamiętać o tym co złe. Należy wyciągać wnioski, a nie „przeżywać” wszystko od nowa.

Dbaj o siebie, albowiem dzięki temu możesz przygotować się na kolejny związek. Aby być w pełni szczęśliwą z drugim człowiekiem, najpierw naucz się żyć sama.
Ten kto nie potrafi żyć sam , nigdy nie nauczy się żyć z drugim człowiekiem.


4. POKOCHAJ SAMOTNOŚĆ – ALBOWIEM OD TEGO ZACZYNA SIĘ ZWIĄZEK DWOJGA LUDZI.


Życzę Tobie Anonimowa Czytelniczko, abyś odnalazła w sobie siłę, która pomoże Ci rozwijać Twoją osobowość w taki sposób abyś nawet będąc samą – nie czuła się osamotnioną. Abyś z podniesioną głową realizowała swój plan – i odnalazła w przyszłości szczęście w szczerym, otwartym i stabilnym związku.

Nie jestem do końca pewien, czy moje rady sprawdzą się w Twoim przypadku. To, że studiuję psychologię nie oznacza, że jestem specjalistą od takich tematów. Nie jestem "wszystkowiedzący".

Nakreśliłem Ci jedynie ogólny pomysł na ramy Twojego myślenia - jednak ich wypełnienie zależy tylko od Twojej wewnętrznej natury.

Może Wy, pozostali Czytelnicy PSYCHIKI.net macie inne pomysły na to, jak zapomnieć o EX?
Piszcie.

Marcin / integralny@gmail.com


Czytaj dalej >>

Doskonale niedoskonali

sobota, czerwiec 14, 2008 2 komentarze


Doskonale powszechnie przyjętą opinią jest, że nic nie jest doskonałe. Są pewne ideały w wielu obszarach, które jednak są trudne do osiągnięcia lub chociażby zbliżenia się do nich na dłuższy okres. Dlaczego? Wydaje mi się, że dlatego, iż pojęcie „doskonały” jest takim samym pojęciem jak „biały”, „ciepły” lub „słońce” – jeśli chodzi o znaczenie w kontekście - jaki chcę tutaj wprowadzić. Powiecie, że są to normalne pojęcia, wyrazy używane na co dzień i logicznie przedstawiają to, co jest. Słowa jednak są tylko słowami i nie opisują dokładnie tego, co jakim jest. Moim zdaniem słowa wprowadzają sztuczne granice, przez co człowiek często gubi się w swoim życiu czasem będąc nadmiernie przywiązanym do słów. Słońce nie jest słońcem tylko (tutaj znowu użyję słów haha) czymś co jest, po prostu jest. Każdy opis czegokolwiek co istnieje jest jakby „zamykaniem tego czegoś w naszym umyśle” a przez to nie jest tym czym jest obiektywnie. Nie bez powodu nawet w Księdze Rodzaju Bóg – ofiarując ludziom – Adamowi i Ewie świat pod ich opiekę i dając im świat w posiadanie prosi Adama, aby ten ponazywał zwierzęta. Poprzez nazwanie – one stały się jego własnością. Czy jednak człowiek może być panem i władcą świata? Wątpię. Świat jest zbyt rozległy, aby w pełni mógł zostać poznany przez człowieka, co najwyżej „uchwycony”. I to nie permanentnie.

Neurotycy zapominają o tym, że świat nie jest ich własnością, a jedynie ich psychika. Neurotyk będzie starał się zapomnieć o swojej negatywnej stronie, o negatywnym ujmowaniu przez niego docierających do niego wydarzeń. Neurotyk będzie próbował oddzielić to, co złe od tego co dobre – w samym sobie, próbując żyć tylko tym co w nim idealne.

Tak rodzi się tyrania powinności. Pojęcie wprowadzone przez Karen Horney, które jest „uchwyceniem w słowa” tego, że neurotyk chce być idealny, lepszy niż inni. Narzuca sobie więcej obowiązków, ponieważ uważa, że powinien poradzić sobie z nimi. Nie dopuszcza do świadomości aspektu, że dobre i złe cechy to tylko wartościowanie (ujmowanie w słowa) tego, co jest. Granic w naturze tak naprawdę nie ma. Granice jakie stwarzają słowa nie istnieją.

Tyrania powinności zmusza niejako neurotyka, aby ten – zniewolony przez tę siłę – był miły (nawet kiedy nie ma ochoty) dla innych ludzi, był najsprawiedliwszym ze sprawiedliwych, był najlepszym mężem, żoną, pracownikiem czy dzieckiem. Aby spełniał oczekiwania swoje – mocno wygórowane. Aby pobijał rekordy nawet tam gdzie trudno je pobić. Neurotyk uważa jednak, że jest lepszy a każda racjonalna próba przekonania go, że daje za dużo z siebie zostaje stłamszona jego infantylną wiarą w jakieś ponadnormalne zdolności neurotyka, które „na pewno pomogą mu” pokonać sytuację trudną. Osiągając więcej i lepiej neurotyk tymczasowo, chwilowo tłamsi, wypiera w sobie lęk.

Kiedy ten sam lęk pojawia się jednak kolejny raz, neurotyk ponownie sięga po narzędzie, które wcześniej pomogło. Kompulsywnie narzuca sobie więcej i więcej. Nie jest spontanicznie radosny – jak człowiek, który dąży do rozwoju, tylko automatycznie, przymusowo realizuje plan – nie czerpiąc z niego przyjemności z rozwoju.

Po prostu musi.

Czy warto tak żyć? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami.
Ja już sobie odpowiedziałem.

Marcin / integralny@gmail.com


Czytaj dalej >>

"Piątek trzynastego" - samospełniające się proroctwo?

piątek, czerwiec 13, 2008 6 komentarze

Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie pechowo. Niektórzy moi znajomi wiedzą o co chodzi. Nie będę tutaj pisał o szczegółach tego niefortunnego wydarzenia, jednak powiem Wam, że obiektywnie istniało małe prawdopodobieństwo, żeby stało się TO akurat dziś. Uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka dni temu myślałem sobie „Niedługo trzynasty piątek, pewnie spotka mnie wtedy jakiś pech”. Tak też się dzisiaj stało. Pech mnie dopadł. Nie była to jakaś szczególnie wielka katastrofa, jednak było to niemiłe.

Zastanowiłem się nad tą sytuacją a także nad możliwymi jej wyjaśnieniami. Patrząc na tę sytuację obiektywnie trudno wyobrazić sobie, że miałem na nią jakiś wpływ (to znaczy, że sam „wywołałem wilka z lasu”), jednak teoretycznie moje myślenie, oczekiwanie mogło przyczynić się do jej wystąpienia.
Mówię teraz o tak zwanym „Samospełniającym się proroctwie”. Jeśli w coś wierzymy, możemy nieświadomie prowokować pojawienie się tego.
Wikipedia (internetowa encyklopedia) zawiera taką definicję tego zjawiska:


Samospełniające się proroctwo (samorealizująca się przepowiednia) - zjawisko polegające na tym, że określone oczekiwania w stosunku do innych osób, samych siebie lub przyszłych zdarzeń, wpływają na zachowanie innych, bądź nas samych, co powoduje spełnienie oczekiwań.

Występuje ono wówczas, gdy informacja o mającym się zdarzyć incydencie pochodzi z wiarygodnego dla jednostek źródła i pod wpływem tej informacji jednostki postępują w taki sposób, że realizują w końcu treść przepowiedni. Jest ono zjawiskiem nieświadomym i pojawia się w sposób mimowolny.

Przykładem samospełniającego się proroctwa może być np. plotka o tym, że dany bank w najbliższym czasie z powodu problemów finansowych upadnie. W wyniku rozchodzenia się tej informacji wśród klientów banku pojawić może się zjawisko owczego pędu, gdy klienci wierząc w plotkę zaczynają wyciągać złożone w nim oszczędności. Rezultatem takiego działania jest wyprowadzenie pieniędzy z banku i doprowadzenie go do upadłości.



Być może moja nieracjonalna wiara w dzisiejszy pechowy dzień była przyczyną zaniedbań jakie poczyniłem i nie zapobiegłem tej sytuacji.

A jaki jest Wasz stosunek do „PIĄTKU TRZYNASTEGO”? Czy wierzycie, że jest to pechowy dzień? A czy wierzycie w czarnego kota lub łapiecie się za guzik kiedy spotykacie kominiarza? Chętnie poznam Wasze opinie. Piszcie :)

Tymczasem życzę Wam szczęśliwego wieczoru:)

Marcin /integralny@gmail.com

Czytaj dalej >>

Weź pigułkę, weź pigułkę

czwartek, czerwiec 12, 2008 1 komentarze


Tabletka na pamięć, tabletka na inteligencję, tabletka na stres, tabletka na skupienie, tabletka na brak zmęczenia… mnogość i popularność neuromedykamentów prędzej czy później musiała wywołać dyskusję na tle etycznym. W końcu żyjemy w czasach, gdy prozac zapisywany jest 7letnim dzieciom by radziły sobie ze stresem w szkole. Czego dokładnie dotyczy problem?

Przed sesją, w studenckich miastach, nie dostaniemy w aptekach tussipectu. Za to pełno go w akademikach. Ten specyfik przeznaczony do leczenia kaszlu, zawiera chlorowodorek efedryny - substancję, która działa podobnie do amfetaminy. Studenci biorą więc po kilka tabletek i z radością zasiadają do nauki. Kołotanie serca i odwodnienie organizmu to przecież niewielka cena za dobre stopnie w indeksie. Mądre? Nie, ale przecież wszyscy tak robią…

Przed dużymi występami większość z nas ma tremę - zimne, spocone dłonie, uczucie gorąca, pustka w głowie. W świecie show-biznesu normą stało się więc zażywanie beta-blokerów - środków zapisywanych przez lekarzy by złagodzić symptomy pobudzenia, zdenerwowania. Leki te, stosowane codziennie, coraz bardziej uzależniają od siebie artystów. Występujący nie mogą pozwolić sobie na wpadkę, więc na wszelki wypadek biorą blokery przez każdym występem. W ten sposób łatwo zapomnieć o swoich naturalnych granicach odporności na stres i na każdą trudną sytuację nauczyć się reagować nerwowym sięganiem do kieszeni po tabletkę. Takie ciche przyzwalanie na blokery czy tussipect sprawia, że społeczeństw